Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamiętnikiem opiekuje się Melisha

  ona jest właśnie wtedy, gdy nie chcesz...
Dodał/a Lily lub JamesPiątek, 10 Czerwca, 2011, 21:09

James zmęczony, lecz w końcu usatysfakcjonowany pada na boisko. Wszyscy już poszli, on właśnie schował kule i zamknął szatnie. Oddycha głęboko, trawa jest już zimna i wilgotna, zapadł zmierzch. Powietrze jest chłodne, ma smak tryumfu delikatnie zaprawionego goryczą. Chłopak czuje ten smak w ustach, oblizuje wargi.
Zdaje sobie sprawę, że będzie to czuł do końca życia.
Chyba że James zaciska powieki. Nie. Nigdy więcej. Nie ma sensu.
Wraca do zamku.

***

-Dajżesz ty jej święty spokój! - rzuca w końcu rozeźlona Jo, patrząc jak Lily szturmuje szafkę Carmen.
-To jest jej życie. Ma prawo wyboru.
-Taak? Dokonała złego i jej pomagam. Ty zresztą też nie wybrałaś najlepiej. - sarka Ruda i nadal przerzuca rzeczy Latynoski.
-TO JEST MÓJ PIER****** WYBÓR, DO K**** N****!!! - ryczy ciemnowłosa. Lily oniemiała zastyga bez ruchu, patrząc na przyjaciółkę. Ta rzuca się na nią i przygważdża Evans do podłogi, siada na niej.
-Kiedy ty tępoto zrozumiesz, że nie masz prawa wpier***** się w cudze życie? Może i źle robi, może przez to wszystko się u niej posypie. Ale to będzie droga, którą sama wybrała. Co ty k**** wiesz o ciężkim życiu? Myślisz, że jak po raz pierwszy w ogóle coś poczułaś to masz prawo dyktować innym, co mają robić? Daj nam spokój, dziewczynko. - kończy cicho Jo. Patrzy przez chwilę w oczy Rudej i powoli z niej schodzi.
-Jak wrócę, zdjęcie ma być na swoim miejscu. - rzuca jeszcze przez ramię i wychodzi.
Ruda kuli się na podłodze. To było gorsze niż sprawa z Jamesem. Łzy lecą bezgłośnie, dziewczyna nawet nie łka. Wiedziała, że Jo jest zawsze szczera, widziała kiedyś jej napad, właściwie to nie napad, po prostu w chwilach wielkiego zdenerwowania z ciemnowłosej spadają wszystkie maski, zwalniają się hamulce. Nie ma rzeczy, której by nie powiedziała. Rudej nagle robi się zimno, ktoś otworzył drzwi.
-Wszystko słyszałam. - mówi Carmen. Nie patrzy na Evans, podchodzi do okna i otwiera je, wychyla się.
-Poczułaś coś po raz drugi, hmm? I znowu nie było miło. Tak już jest, dziewczynko. - przypala papierosa.
Chwila milczenia.
-A gdzie "nie pal, to świństwo?" Lily, rozumiem, jesteś w szoku. Najpierw znienawidził cię kochający facet, teraz przyjaciółki. Taa, obie. Ale za kilka minut ochłoniesz, przeprosisz mnie i Jo, i wszystko będzie dobrze. Burza oczyszcza atmosferę. Tylko wyciągnij jakiś wniosek z tej lekcji. Bo jakby nie patrzeć, Jo miała rację, choć zrobiła to w trochę niedelikatny sposób... Powinnam była powiedzieć ci już dawno, że jestem dużą dziewczynką i dam sobie radę. Nie tylko tobie trafiają się nieszczęścia, słonko. Ja jestem nieszczęśliwie zakochana, Jo była. James też. Nie jesteś sama i nie będziesz, jeśli zaakceptujesz ludzi. Po prostu.
Ruda zamknęła oczy. Po chwili usłyszała trzask zamykanych drzwi. Jak w transie otworzyła je i wyszła.

***

Mijają się, idąc korytarzem.
On poznaje ją z daleka, widzi płomienną szopę. Od razu rozpoznaje, że coś z nią nie tak. Nie ma tego sprężystego kroku, co zawsze, otacza ją inna aura. Nie chce do niej podejść, zagadać, patrzeć na nią. Naprawdę nie chce.

Ona idzie ze wzrokiem wbitym w ziemię, nie patrzy przed siebie. Słyszy za to kroki, zbliżają się. Mimo całego zmęczenia wnioskuje, kto tak późno wraca do szkoły. Nie podnosi głowy, choć tak bardzo potrzebuje teraz czyjegoś wsparcia. Chłonie tylko jego obecność, coraz wyraźniejszą...

Mijają się.

On nie może się powstrzymać, przez mgnienie oka patrzy na jej twarz, zamknięte oczy, przygryzione wargi. Ten moment wystarcza. Zatrzymuje się.

Ona słyszy, czuje, że zatrzymał się tuż za nią. Nie otwiera oczu. Czeka. Po kilkunastu sekundach, wypełnionych przyspieszonym biciem serc, nagle pojmuje, że on też czeka. Na jej krok. Nadal stoją do siebie tyłem, ona delikatnie wsuwa dłoń w jego rękę i siada, pociągając go za sobą. Siedzą tak dłuższą chwilę, opierając się o siebie plecami i głowami, milcząc ze splecionymi rękoma. Stopniowo uchodzi z niej napięcie, głęboko oddycha. On czuje ten oddech i zaczyna dostosowywać się do niego. Z rozpaczą uświadamia sobie prawdopodobieństwo oddychania w ten sposób jeszcze przez długi czas. Narasta w nim rozpacz, nie chce tego. Cholernie tego nie chce.

Łzy lecą cicho, ona ich nie słyszy.

[ 108 komentarze ]


 
myśli to zUo...
Dodał/a Lily lub JamesWtorek, 18 Stycznia;, 2011, 21:37

James stawia kropkę po ostatnim słowie w wypracowaniu dla Slughorna i wzdycha. Unosi wzrok znad pergaminu i rozgląda się. W bibliotece został on, Luni, Jo i kilku Krukonów zawzięcie pracujących nad esejem dla McGonagall.
Jest już późno.
Chłopak wpatruje się w migoczące za oknem światła w domku Hagrida i zastanawia się, co jest nie tak. Bo coś jest, i to od kilku dni. Może to, że nie planuje żadnego kawału. Albo to, że nie próbuje zmusić Lily do randki. Albo to, że zaczął odrabiać prace domowe. Albo to, że nie ma poczucia winy po sytuacji z Anette. Bo powinien je mieć i świetnie zdaje sobie z tego sprawę.
Kręci głową.
To żadna z tych rzeczy.
Znowu wzdycha.
-Zioom, bo ci serducho trzaśnie. – rzuca do niego Jo z uśmiechem, maczając pióro w tuszu. Chłopak o mało co nie spada z krzesła.
-Że co? – pyta zdziwiony. Przecież już nie kocha Lily, nie tęskni za nią ani jej nie wypatruje. Skończył z tym. Raz na zawsze.
-No, od tego wzdychania. – mówi Jo i pokazuje mu język. Potter uśmiecha się. Joanne dobrze wiedziała, co mówi, chciała go sprowokować. Kumpluje się z nią od 3 klasy, niedługo po tym, jak dowiedział się, że Remus jest wilkołakiem. Jo jest w porządku, jest jak facet. Żadnych aluzji do bycia dziewczyną, żadnego zrzędzenia i problemów z ubrudzeniem się. Czasem pomagała im przy robieniu dowcipów… Ale Lily o tym wiedziała. I ją też karała, mimo że były przyjaciółkami. Tiaa, Ruda jest uczciwa. Uśmiechnął się do brunetki i wzruszył ramionami. Ta odłożyła pióro i spojrzała na niego.
-Nie chcę być upierdliwa…
-To nie bądź. – przerywa jej James, spinając się. Wie, co ona powie. I wcale nie chce tego usłyszeć.
-Morda. Nie chcę być upierdliwa, ale muszę. Pała z ciebie po prostu. – stwierdza dziewczyna i James się krzywi. Bo ona ma rację.
-Jo ma rację. – potwierdza Remus, nie unosząc wzroku znad wypracowania. James krzywi się do niego.
-Pała z ciebie, nie tyle dlatego, że ciągle o niej myślisz... –kontynuuje dziewczyna. James ma w sobie choć tyle uczciwości, by nie zaprzeczać.
-…ale dlatego, że nie chcesz przestać. Męczysz się już, na ciężkiego trolla, tydzień. I co? I futro bahanki, mój ty drogi przyjacielu. Nie umiesz się z niej otrząsnąć. Próbowałeś pić, próbowałeś z inną. I co? I znowu futro, Rogasiasty. Zatrać się w czymś, co kochasz. – kończy, wskazując na niego piórem, z którego kapie tusz.
-Że w czym niby? – pyta zdezorientowany James, wpatrując się w kleksy, które robi zawieszone w przestrzeni pióro Jo.
-No tu już ci, do cholery, nie pomogę. I tak dużo powiedziałam. Nie, Luni? – mruczy dziewczyna, wycierając pióro o szatę i zbierając swoje rzeczy. Po chwili odchodzi.
-Że niby w czym? – pyta znowu James, patrząc tym razem na Luniego. Ten nadal nie podnosząc wzroku, pyta:
-A co robisz jutro o 5? – Potter myśli. Myśli tak intensywnie i długo, że w końcu zostaje sam w bibliotece.
Co robi jutro o 5?
-Panie Potter, wszyscy już wyszli. Do widzenia. – panna Pince, nowa bibliotekarka, rzuca delikatną aluzją. Rogaś podnosi na nią wzrok.
-Nie wie pani, co robię jutro o 5? – pyta ją w akcie desperacji. Ta w zdziwieniu podnosi brwi.
-Wydaje mi się, iż ktoś wspominał o jutrzejszym kompletowaniu drużyny qudditcha… - mówi niepewnie. James zrywa się i ogarnięty radosnym szałem, nieopatrznie całuje młodą kobietę w policzek.
-Dziękuję, przywróciła mi pani sens życia! – woła i chwyciwszy swoją torbę, wybiega z sali, zostawiając bibliotekarkę z rozmarzonym wzrokiem.

***

Lily ostatni raz przegląda wypracowanie da Slughorna, po czym odkłada je. Nie jest z niego zadowolona. Coś jest nie tak, i to nie tylko w wypracowaniu. Coś jest nie tak od tygodnia. Od czasu kłótni… rozmowy… sprzeczki z Potterem. Ruda krzywi się.
Przez ten tydzień lepiej poznała Jabbo, zwróciła też uwagę na rozwiązłość Jo i smutek Carmen. Znowu się krzywi. Wie, że powinna coś z tym zrobić. Walczyć o życie, szczęście, dobre wspomnienia… takimi bzdurami od tygodnia faszeruje ją Jabbo. Znowu się krzywi. Podchodzi do okna, otwiera je.
Potter… tak właściwie… to wszystko skończone. Sam dał jej to do zrozumienia. Koniec. Żadnych więcej głupich żartów, idiotycznych propozycji. Nikt się już z niej nie śmieje i nikt jej nie żałuje. Absurdalne, ale właśnie teraz, gdy Potter w końcu zachował się jak człowiek, po tym jak dał jej spokój, nie daje jej spokoju. W myślach. Jest ciągle. W Rudej mimowolnie rośnie złość. Bo to przecież nie jego wina, że o nim myśli. Że czeka na ciepły uśmiech, gdy mija ją na korytarzu. Czeka na cokolwiek, byle nie zdawkowe kiwnięcie głowy… Ruda zacisk wargi. Jest zła. Na niego, na siebie, na świat… jak mogła nie zauważyć, że on nie jest kretynem? Na ciężkiego trolla, przeczytał dla niej Szekspira! Jak mogła go ignorować przez te wszystkie lata? Brać iskierki inteligencji w jego oczach za iskierki złośliwości? Czemu właśnie teraz przypominają się jej te wszystkie sytuacje z nim w roli głównej? I czemu, do jasnej cholery, tylko te dobre?!
Jej rozmyślania przerywa trzask drzwi, Ruda odskakuje od okna jakby robiła coś złego. Patrzy w roześmianą twarzy Jo i jej wzrok przykuwa malinka na szyi tamtej. Ruda mruży oczy.
-Po co ci oni? Dlaczego się tak dajesz…?
-A dlaczego ty nie zagadasz do Jamesa? – przerywa jej Joanne. Jej wzrok staje się zimny, uśmiech znika z twarzy. Wali się na łóżko. Ruda zaperza się i wykonuje nieokreślony ruch ręką.
-Nie wyżywaj się na mnie. – dodaje brunetka, otwierając podręcznik. Ruda wzdycha.
-Przepraszam. – mówi. Jo rzuca podręcznik na szafkę i podchodzi do Lily, siada na jej łóżku.
-Czemu z nim nie pogadasz? – pyta. Evans wzrusza ramionami.
-Niby o czym? Sam powiedział, że wszystko skończone. – brunetka wywraca oczami.
-Chyba jednak nie. Od tygodnia zachowujesz się jak goblinka.
-To rasizm. – wtrąca Ruda, ale kuli się pod spojrzeniem przyjaciółki.
-Morda. Jak rozjuszona goblinka. Idź do niego i z nim pogadaj…
-Jak? „O, hej James… właśnie o tobie myślałam… Właściwie to ciągle o tobie myślę. Jeszcze nikt się dla mnie nie nauczył zasady funkcjonowania tostera.” ? Daj spokój… - Lily opada na łóżko.
-Myślisz o nim? – pyta Joanne, przyglądając się Rudej uważnie. Ta parska. Jo kładzie się obok niej i zaczyna głaskać po plecach.
-A nie chodzi o to, że… no wiesz, że się po prostu o ciebie starał? Że ci zaimponował… Pokazał, że jest czegoś tam wart… - Lily patrzy na nią.
-O co ci chodzi? – pyta. Jo zabiera rękę i siada.
-No wiesz… tu się o ciebie rozchodzi… że jest ci go żal, że go podziwiasz… że chciałabyś naprawić to coś spartoliła przez te 5 lat… Bo właściwie, to wtf? Dlaczego o nim myślisz? Bo jeśli tylko z tych powodów, to lepiej z nim nie gadaj, nie mieszaj mu w tej łepetynie… Ledwo się przecież pozbierał… - Ruda zwija się w kłębek.
-Nie wiem… - mruczy. Siedzą przez chwilę w milczeniu.
-Gdzie Carmen? – pyta brunetka.
-Nie wiem… - Lily siada na łóżku.
-Właściwie to nie widziałam jej od obiadu, a zjadła chyba sporo… - mówi zaniepokojona.
-Żesz w mordę… miała tyle nie żreć… ale jest za wcześnie na imprezy… Pewnie siedzi na jakiejś wieży i płacze. – wzdycha Jo. Ruda patrzy na nią.
-Trzeba z tym skończyć. – stwierdza stanowczo.
-Nie, ona musi z tym skończyć. – odpowiada spokojnie przyjaciółka i wstaje.
-Zresztą, ty też musisz z czymś skończyć. Idę jej poszukać. – mówi i wychodzi.
Ruda opada na poduszki. Jo ma rację, musi z tym skończyć.
Tylko jak…?

***

-MASZ TYM UDERZAĆ W PRZECIWNIKÓW! ZŁAŹ Z TEJ MIOTŁY DO CHOLERY!!!!! – wrzeszczy James po zjawiskowym uniknięciu tłuczka, którego odbił w jego kierunku jeden z drugoroczniaków. Chłopak chichocze, ale posłusznie ląduje tuż za Jamesem.
-Von mi z boiska, pókim dobry. – mruczy do drugoroczniaka, zaciskając pięści. Chłopak, teraz przestraszony, umyka. James rzuca swoją ukochaną miotłę i wrzeszcząc coś o dziesięciominutowej przerwie do pozostałych czekających na swą kolej, podchodzi do Jo. Dziewczyna siedzi na brzegu boiska z notatnikiem i piórem w ręce.
-Ten się chyba nie nadawał… - mówi skreślając coś na liście, a w jej oczach igrają zabawne ogniki. Chłopak wali się obok niej i mierzwi ręką włosy.
-Śmiej się, śmiej. A jak ci tłuczek przypiotoli w meczu to ci zejdzie ten błazeński uśmiech… - mruczy Potter.
-Tiaa? I gdzie pójdzie? – pyta dziewczyna, przekrzywiając głowę. Rogacz groźnie patrzy na brunetkę, ale nie wytrzymuje i po chwili parska śmiechem.
-Masz oficjalny zakaz rozśmieszania mnie. – sapie, trzymając się za brzuch minutę później. Dziewczyna patrzy na niego jak na kretyna, na co on się uśmiecha. Lecz po chwili uśmiech schodzi mu z twarzy. Zakłada ręce pod głowę, do kącika ust wędruje źdźbło trawy.
-Myślałem wczoraj o Rudej… właściwie to myślę o niej od tygodnia. – mówi, patrząc w niebo. Jo wystawia twarz do słońca i zamykając oczy, powstrzymuje się od uwagi, iż Lily też wczoraj o nim myślała.
I cały zeszły tydzień.
-I cóżeś wymyślił? – pyta ostrożnie. Chłopak wzdycha.
-Problem w tym, że nic… Po prostu o niej myślę. Właściwie to samo mi się tak myśli… przypominają się te wszystkie sytuacje… - milknie.
-Jo… - mruczy. Dziewczyna odwraca głowę od promieni i patrzy na niego.
-Ile czasu trzeba, żeby się odkochać? - pyta, w końcu na nią spoglądając. Dziewczyna widzi uśmiech na jego twarzy. Ten smutny uśmiech zapada jej w serce. Podczołguje się do niego i obejmuje od tyłu, kładąc podbródek na jego głowie. Chłopak przez chwilę trwa nieruchomo, po czym delikatnie ją ściska.
-Bardzo długo… - mówi cicho, głaszcze go po ramieniu i odsuwa się.
Chwila przemija.
Dziewczyna wskazuje podbródkiem na boisko i zbijających się powoli w kupę Gryfonów.
-Chyba przerwa się skończyła. – mówi.
-O, ty, faktycznie… coś szybko… to znajdźmy jeszcze tylko 5 członków i gotowe… - żartuje sztucznie James podrywając się. Odbiega.
Jo patrzy jak wskakuje na miotłę i wskazując pierwszą z brzegu dziewczynę, podrywa się w powietrze. Wywija wspaniałe ósemki, brunetka jako zawodnik umie ocenić jego umiejętności. Jest świetnym graczem.
I świetnym facetem.
Czemu tacy mają zawsze w życiu najgorzej…?



***

So...

James nie jest zbyt ostry dla Lily, wedle życzenia;]

teraz ja odczuwam podziw dla Ciebie, że chciało Ci się męczyć i aż pytać polonistkę ;] very nice, zrobiło mi się miło ;]


To nie moja wina, że dostałaś uwagę ;]]

aa, i to, że Jabbo jest gejem, nie oznacza, iż ma "nierówno pod sufitem" i "coś jest z nim nie tak". he;s just a normal teenager ;]

[ 331 komentarze ]


 
że niby gay party...?
Dodał/a Lily lub JamesWtorek, 23 Listopada, 2010, 20:20

-Dobra, nie mamy całego dnia na stanie i gapienie się na drzewa. Idziemy do ciebie. – mówi w końcu z westchnieniem Jabbo, odwracając się tyłem do Zakazanego Lasu i błoni. Ruda patrzy na niego pytająco.
-No… to jak z nałogiem – przyznanie, że masz problem, to tylko pierwszy krok, a nie zakończenie terapii. – szczerzy zęby chłopak i Lilly mimo woli się uśmiecha. Ruszają schodami w dół.
-Myślisz, że nikt nas nie przyłapie…? – denerwuje się dziewczyna, wyglądając na korytarz. Chłopak kręci przecząco głową.
-Nauczyciele albo są na lekcjach, albo śpią… A Filtch… to osobna sprawa… po prostu bądźmy cicho. – szepce i pierwszy wychodzi.
Po chwili są już w dormitorium Gryfonów. Ruda dziwi się.
-Skąd wiesz, gdzie…? – pyta, ale Jacob tylko się uśmiecha.
I podaje hasło.
-No dobra, to już było dziwne. Skąd wiesz, gdzie jest nasz pokój wspólny? Od kogo znasz hasło? I jak, na Merlina, możesz iść po tych schodach…? – pyta dziewczyna, zatrzymując się nagle. Odsuwa się od niego.
-Kim ty jesteś…? – pyta podejrzliwie, sięgając po różdżkę. Chłopak krzywi się.
-No nic, i tak by się wydało… schody mnie wyczuły, bywa i tak. Zdemaskowany przez schody… tego jeszcze nie było… - parska i idzie dalej. Zatrzymuje się pod jej drzwiami. Ruda nadal stoi na stopniach i przyciska plecy do ściany.
-Skąd do ciężkiego trolla wiesz, które dormitorium jest moje…? – syka. Jabbo wywraca oczami.
-Chodź, nie marudź. Zaraz ci wyjaśnię, ale nie tylko my zrobiliśmy sobie dzisiaj wagary… Logiczniej będzie porozmawiać u ciebie.
-Nielogicznie to jest wpuszczać obcego do dormitorium… - wzdycha Ruda, ale posłusznie wchodzi do pokoju. Chłopak zamyka za nią drzwi i wali się na jej łóżko.
-Masz coś słodkiego? – pyta, rozglądając się ciekawie. Lilly parska mimo woli.
-Oszust chyba nie byłby tak głupi. – mówi i wyciąga z kufra puszkę z ciastkami dyniowymi. Jabbo szczerzy zęby i wyrywa jej puszkę. Podchodzi do parapetu i zaczyna jeść, patrząc na horyzont.
Milczenie.
Długie, długie milczenie.
Chłopak odwraca się od parapetu i patrzy na Lilly.
-Chyba muszę ci powiedzieć, co? Bo nie dasz mi żyć. – przekrzywia głowę i przygląda się jej.
-Chyba tak. – stwierdza Ruda, odwzajemniając jego spojrzenie.
Chłopak wzdycha. Znowu siada na parapecie, dziewczyna widzi jego profil.
-Po prostu… jestem gejem. – dodaje po dłuższej chwili i w tym momencie spogląda na Rudą. Ta nie kryje zdziwienia.
-Pierdzielisz…! – Marcus krzywi się na te słowa.
-Tiaa… byłoby miło.
-Ale… przecież miałeś dziewczynę! Chodziłeś z Deidree…?
-Utrzymuję pozory. – przerywa jej.
-Zresztą, mamy się tu zabrać za ciebie, a nie roztrząsać piekielnie ciekawą historię mojego życia… to ma być twoja. – zmienia natychmiast temat. Dziewczyna nie docieka.
-Tiaa… a właściwie, o co chodzi…? – pyta po chwili Ruda. W oczach chłopaka zapalają się ogniki.
-Transformacja.
-To brzmi złowieszczo.
-Nie tylko brzmi… siadaj.

***

-O żesz k….!!! – James z impetem zrywa się z mokrego łóżka i siada z powrotem, czując zawroty głowy. Przymrużonymi powiekami obserwuje Lunatyka, odnoszącego kubek do łazienki.
-Nie musiałeś mnie tak od razu oblewać… - mówi z wyrzutem do przyjaciela.
-A ty nie musiałeś się użynać jak świnia. – odpowiada Remus, pakując książki i nawet na niego nie patrząc. James wzdycha i próbuje szerzej otworzyć oczy, ale światło razi… za bardzo. Z westchnieniem opada na zmoczoną pościel.
-Kto mnie tu wczoraj przytargał…? – stęka, obmacując głowę.
-Na pewno nie ja. Za pół godziny zaczynają się lekcje. Weź prysznic, umyj zęby. Już cię spakowałem. Ale najpierw wypij to. - Lunatyk wskazuje podbródkiem na szafkę Jamesa, na której stoi sporej wielkości kubek.
-Co to? – pyta nie podnosząc głowy James.
-Kackiller. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. – odpowiada Remus. Rogacz słyszy nutki rozbawienia w jego głosie i wie już, że paskudztwo na pewno nie jest przyjemne. Mimo to docenia wysiłki przyjaciela.
-Dzięki… a gdzie Łapa? – pyta jeszcze.
-Jak to gdzie? Z dziewczyną. – parska Lupin i Potter słyszy trzaśnięcie drzwiami. Wzdycha i otwiera oczy. Jasność oślepia go, w głowie wiruje, czuje suchość w ustach i piasek pod powiekami.
Kac.
Znowu wzdycha i podnosi się, sięga po szklankę. Upija łyk i wzdraga się z obrzydzeniem. Płyn pali gardło i przewraca wnętrzności, ale Potter ufa Remusowi. Pije więc dalej.
Po kilku minutach czuje się na tyle dobrze, żeby dowlec się do łazienki bez przykrych wypadków po drodze.

***

-Jak tam, Rogaś? Laska w porządku? – pyta Syriusz, gdy James pod chmurnym spojrzeniem Flitwicka spóźniony zajmuje miejsce przy stole.
-Nie krzycz. – krzywi się i poprawia okulary.
-Ooo, panienka ma kaca…? – Łapa szczerzy ząbki. Rogacz wzdycha i otwiera książkę.
-Lepiej się zamknij. – mruczy cicho.

***

-To jak? Laska w porządku? – ponawia pytanie Syriusz, gdy wychodzą z sali. James wzrusza ramionami. Łapa wybucha śmiechem.
-Nie pamiętasz?! Ile wypiłeś…?
-Nie drzyj ryja… nie pamiętam. – Łapa posłusznie przestaje się śmiać.
-To jak wróciłeś…? - pyta ze zdziwieniem. Rogacz patrzy na niego przerażony.
-Myślałem, że to ty…
-O nie, stary. Wyszedłem przed tobą z Jen.
-Miała na imię Allison.
-Co z tego. Ja się pytam, jak wróciłeś? – James wzrusza ramionami.
-A to nienormalne, że ktoś mnie z dobroci serca odholował do pokoju? – pyta z nadzieją.
-Alkohol i dobroć serca to dwa wykluczające się wzajemnie terminy. Nie współżyją, że się tak wyrażę. – stwierdza z całą pewnością Syriusz. Rogacz ponownie wzrusza ramionami. Łapa patrzy na niego przez chwilę, ale daje za wygraną.
-A właściwie, gdzie Lunatyk? – pyta James.
-W bibliotece. – odpowiada piskliwie Peter, wynurzając się nie wiadomo skąd.
-O, cześć, Glizda. Gdzie byłeś? Dawno cię jakoś nie widziałem…
-W lochach. Przez cały tydzień był szwedzki stół. Duchy zrobiły. – przyjaciele nie odnotowują nerwowego drżenia rąk ich mniejszego kolegi. Są pochłonięci własnymi sprawami.
-Fajnie… - rzuca Potter i rozmowa cichnie. Dotarli pod salę transmutacji.


***

***

James czuje delikatny dotyk na ramieniu. Odwraca się z zamiarem spławienia jakiś młodych dziewczyn, ale to nie one… To Lilly.
Tylko jakaś… inna?
Patrzą na siebie przez chwilę. Rogacz zauważa delikatny makijaż i inne uczesanie, Ruda szuka na jego twarzy śladów ostatniej nocy.
Znajduje.
-Nowa fryzura? – pyta zdziwiony. Od kiedy Lilly się czesze? Ona uśmiecha się zażenowana i przygładza włosy.
-Mhm. Ładnie? – mruczy cicho, lekko zażenowana. Jamesa zatyka. Jak to, ona się rumieni? Jak to, pyta go o zdanie?
-Ślicznie. – odpowiada, uśmiechając się. Ruda spuszcza wzrok.
-Nieważne. Jak się czujesz? – pyta już normalnym tonem. Chłopak wzdycha niezauważalnie. Czar prysł.
-A jak mam się czuć? – pyta ostrożnie. Skąd ona…? Lilly patrzy na niego i po chwili wybucha śmiechem.
-Nie pamiętasz? Aż tak się upiłeś? – pyta z rozbawieniem. James nagle zaczyna się bać. A jeśli to ona wczoraj…?
-Spokojnie, Potter. Nie ja holowałam cię do pokoju. Nie jestem skłonna do takich poświęceń. – mówi twardo dziewczyna, odczytując jego myśli. James zaciska wargi. Milczą przez chwilę, przypomina im się niedawna rozmowa w Pokoju Życzeń.
-To skąd wiesz…?
-Jabbo. – przerywa mu. Chłopak klnie w myślach.
-Powinieneś mu podziękować. Gdyby nie on skończyłbyś z pierwszą lep… Zresztą, nie moja sprawa. – Ruda patrzy na niego, oczekując odpowiedzi. Idą powoli korytarzem. James milczy, jest zły.
-Chociaż to ja zrobiłam kackiller. – mówi po dłuższym milczeniu dziewczyna. Rogacz aż się zatrzymuje.
-Że co? – patrzy na nią jakby właśnie oznajmiła mu, że Smarkerus umył włosy. Lilly wzrusza ramionami.
-Tak wyszło. O, moja sala… to cześć. - żegna się szybko i skręca w lewo. Potter patrzy za nią chwilę, i opanowując chęć, żeby za nią pobiec, rusza dalej. Jest kompletnie wytrącony z równowagi.
Jak to, Jabbo…?
Jak to, Lilly…?
Co tu się w ogóle, na dziurawe gacie Merlina, dzieje…?!

***

handmade "pożądna notka" i "w tym miesiącu" :]
Acid, nie staram się, żeby wyszło poetycko. w czasie teraźniejszym pisze się po prostu łatwiej... pomijam, że to błąd ;]] przyznam Ci się, Acid, że odkryłaś moją wielką tajemnicę... bo rzeczywiście jest w kółko o tym samym ;]] ale ciiiiiiicho, bo się wyda ;]
Syrciu, ja też kocham Syriusza. lecz niestety zajebiaszczy faceci już tak mają - paskudny charakter w genach... no ale co zrobić...? tacy już są ;] właśnie za to ich kochamy ;]
ale gdzie interpunkcja leży i kwiczy...? jakoś nie mogę tego usłyszeć ;] pomóż, proszę ;]

[ 51 komentarze ]


 
"Coś się kończy, coś się zaczyna..."
Dodał/a Lily lub JamesŚroda, 15 Września, 2010, 21:34

Huk zatrzaskiwanych za Jo drzwi i w końcu cisza. Lily ściąga koc z głowy i siada na łóżku. Gdy tak leżała, przychodziły myśli... a ona ich nie chce. Wstaje więc ze sztucznym uśmiechem i szybko pakuje torbę. Jeśli się pospieszy, zdąży jeszcze na drugą lekcję.

***

-Potter... pozwól na chwilkę. - zatrzymuje go McGonagall. Rogacz dziwi się - przecież jeszcze nie zdążył nic przeskrobać.
-Nie wiem, co ty sobie myślisz, ale pierwszy tydzień szkoły dobiega końca, a ty jeszcze nie raczyłeś się u mnie zjawić w sprawie drużyny quiditcha. - przechodzi od razu do sedna nauczycielka. Potter wypuszcza z ulgą powietrze, ale zaraz marszczy czoło. No tak, przecież w Hogwarcie nie ma już jednego pałkarza i ścigającego...
-Ja... przepraszam... eee... zapomniałem...
-Lepiej w ogóle się nie przyznawaj. Nie wiem, co się z tobą dzieje... Ani do quditcha nie masz głowy, ani pan Filch jakoś nie narzeka... Zakładam, że masz problemy. Mam tylko nadzieję, iż nie wpłyną one negatywnie na kondycję naszej drużyny. Weź się w garść. - skinęła mu głową i odeszła. James stał tam jeszcze chwilę, wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą zniknęła. Zaraz, czy ona właśnie...? Parsknął śmiechem. No dobrze, pani profesor dostanie to, o co się tak usilnie dopomina...

***

-A co ty tutaj robisz...? - zatrzymuje ją męski głos. Ruda odwraca się i jej oczom ukazuje się Jabbo. Chłopak zeskakuje z parapetu okna i podchodzi do niej. Powoli.
-Szkolna prymuska olałą pierwszą lekcję...? Już w drugim tygodniu szkoły...? Nieładnie, Evans, nieładnie. - Lily odwraca dumnie głowę i próbuje odejść, ale zatrzymuje ją kolejna uwaga ciemnowłosego.
-To dlatego ma cię już dość. Przez te twoje wielkopańskie zachowanie... - na te słowa Ruda odwraca się i mierzy go chłodnym wzrokiem.
-O, to spojrzenie to idealny przykład.
-Jacobie Marcusie Anderson... - chłopak przerywa jej, podchodząc bliżej. ZBYT blisko. Lily się odsuwa, a chłopak parska na to śmiechem.
-Daj spokój, przecież cię nie zgwałcę... Nie jesteś w moim typie. Nie lubię zaniedbanych kujonek. - sarka z rozbawieniem Jabbo. Lilly głośno wciąga powietrze.
-Nie muszę tu być, nie muszę cię słuchać, nie muszę na ciebie patrzeć. Idę stąd. - mówi dziewczyna powoli,opanowując złość. Rusza na drugą lekcję.
-Jasne, uciekaj sobie od rzeczywistości, do swojego świata książek, stopni i wypracowań... Ale jak się obudzisz ze swojego kujonkowatego snu, daj znać... Może ci pomogę... - słyszy jeszcze za plecami. Te słowa przypominają wczorajszą kłótnię z Jamesem... i dzisiejszą z Jo. Przyspiesza.
Po schodach ściga ją cichy śmiech Jabbo.

***

-Kiepskie, stary... - mówi Syriusz przyglądając się ulotce* przywieszanej właśnie przez Jamesa do tablicy ogłoszeń w PW. Rogacz wzrusza na to stwierdzenie ramionami. Zalewa ich fala uczniów pragnących się dowiedzieć, cóż słynny James Potter chciał ogłosić całemu Gryffindorowi. Rozległy się wesołe pokrzykiwania. Rogacz i Łapa przenieśli się w zaciszny róg pokoju, na zacienioną kanapę.
-Myślisz, że w ogóle ktoś się nadaje...? - pyta Syriusz, ze zwątpieniem obserwując podnieconych wizją szybkiej kariery młodych Gryfonów.
-Zobaczymy. - stwierdza filozoficznie James, otwierając książkę. Kumpel patrzy na niego ze zdumieniem.
-Stary, przecież ty nie lubisz czytać. - mówi. Potter wzdycha i rzuca podręcznik w kąt.
-Fakt. - przyznaje przyjacielowi rację. -Więc może pójdziemy się zabawić...? - pyta z błyskiem w oku.
Łapa szeroko się uśmiecha.
-To idź się ogarnąć. Spotkamy się tu za...
-Że niby powinienem. A ty? Nie chcesz poprawić fryzury? - kpi z przyjaciela James, podnosząc się leniwie z kanapy.
-Rogasiu ty mój miły. Jak zapewne zdążyłeś zauważyć i najzwyczajniej w świecie się ze mną droczysz, ja zawsze i bez wyjątku wyglądam zajebiście. - mówi poważnie Łapa i po chwili obaj wybuchają śmiechem.

***

Jabbo wzdycha cicho, słysząc szloch wydobywający się zza uchylonych drzwi. Otwiera je i wchodzi na zalany słońcem szczyt Wieży Astronomicznej. Gdy jego oczy przyzwyczajają się już do blasku, dostrzega Rudą kulącą się z prawej strony baszty. Wzdycha jeszcze raz i podchodzi do niej. Staje obok i wychyla się, próbując dostrzec fale na lustrze jeziora.
Ruda nadal szlocha.
I szlocha.
I wciąż...
-Nie mam zamiaru się nad tobą użalać. Wystarczy, że ty to tobisz. Nie myśl, że przyszedłem tutaj klepać cię po pleckach. - mówi w końcu Jabbo. Rudaze złości aż czknęła. Zrywa się z podłogi i wściekle patrzy na chłopaka.
-Więc po cholerę tu przyszedłeś? Po co w ogóle za mną łazisz? Znajdź sobie inną ofiarę, naprawdę mam cię juz dość! Wszystkiego się czepiasz! Odejdź ode mnie! - krzyczy. Chłopak przemilcza ten wyuch, a na jego wargi wpełza ironiczny uśmieszek.
-I przestań się tak uśmiechać! - ryczy już na maksa wkurzona Lily. Zamierza się a niego i...

Plask.

Zdziwiona patrzy na własną rękę na policzku chłopaka. Przenosi wzrok na jego twarz... On się śmieje! Głośno, nie krępując się, radośnie. Lily opuszcza rękę.
-Przep...
-Nie rób tego. Specjalnie cię prowokowałem. Sprawdzałem czy masz jeszcze trochę tego swojego słynnego temperamenciku, i... się doczekałem. - przerywa jej z uśmiechem Jabbo. Ona patrzy na niego zdziwiona, czując dziwne mrowienie w dłoni.
Nieprzyjemne.
-Chciałem cię obudzić z tego letargu, snu zimowego... zachowywałaś się jak stara panna, bibliotekarka z jakiejś zapadłej wsi... A teraz powinnaś czuć, że żyjesz... Czujesz to? - pyta ją. Ruda patrzy na jego twarz, na której maluje się szczery, radosny uśmiech. Przenosi wzrok na zalane słońcem błonia, błękitne lustro jeziora, zieleń Zakazanego Lasu. Czuje mrowienie w dłoni, którą uderzyła chłopaka, promienie słońca muskające skórę i wiatr poruszający włosami. Otwiera oczy i znów patrzy na Jabbo.
Teraz ona też się uśmiecha, i ten uśmiech mówi więcej niż cokolwiek innego.
Stoją tak, patrząc na krajobraz i po prostu ciesząc się z własnego szczęścia.

***

Syriusz kończy właśnie chodzić wzdłuż korytarza i w ścianie ukazują się spore drzwi. Otwierają się bezszelestnie, i tak samo zamykają. Kumple wchodzą do lekko zadymionego, ciemnego miejsca. Jest to typowy mugolski pub, z pewnymi czarodziejskimi dodatkami... Gwarno, przytulnie, lekki mrok zasnuwa światło rzadkich lamp, zewsząd sączy się dobra muzyka i dym. Syriusz zatrzymuje się na chwilę w progu i wciąga specyficzny aromat dobrej imprezy.
-Stary, dzisiaj będzie zajebiście... - mówi, nawąchawszy się i naoglądawszy dziewczyn. Wypatrzył znajome i ruszył ku nim, przeciskając się między ludźmi i zupełnie przypadkowo potrącając ładne dziewczyny. James westchnął i przypomniało mu się ślęczenie w bibliotece i obserwowanie Lily zza regałów. STOP. Potrząsnął głową, by pozbyć się takich myśli, i zdecydowanie ruszył za Syriuszem. Łapa miał rację, na pewno będzie świetnie...
Wypatrzył go i z uśmiechem dosiadł się obok ślicznej blondynki zajmującej miejsce naprzeciwko Blacka – ten upodobał sobie jej koleżankę, zjawiskową brunetkę. Taa, on zawsze wyrywał najlepsze sztuki... James roześmiał się z własnych myśli i nawiązał rozmowę z blondynką. Nie była tak drapieżna jak jej kumpela – ta po 10 min. z Syriuszem już nieźle sobie poczynała. Blond miała na imię Anette, była serdeczna i nienapastliwa. Wypili kilka Ognistych Whisky, całkiem miło im się nawet nad nimi rozmawiało... James więc powoli, patrząc jej w oczy i tak bardzo chcąc w nich ujrzeć odmowę, zbliżał twarz do jej twarzy. Niestety, nie było jej tam. Nie było również więcej o czym rozmawiać, gdyż musieliby poruszyć tematy, których nie porusza się z osobami poznanymi na jeden wieczór... Pocałował ją więc. I nawet nie było tak źle, jak się spodziewał. O dziwo, było dobrze... Nie tak dobrze jak z Lily, gdy rok temu bez zastanowienia ją pocałował, ale... ale nie przypominało to również pocałunku z trollem... Więc po chwili wahania usadowił ją sobie na kolanach...
... i postanowił przestać porównywać ją ciągle z Rudą.
Całkiem słusznie, gdyż właśnie wszedł z Anette w etap, do którego z Evans nie doszedł.




ulotka - ogłoszenie o naborze do drużyny quditcha



***

wiem, jestem straszna. macie oficjalne prawo mnie zlinczować... czekam :D :D :D

[ 5679 komentarze ]


 
...po burzy
Dodał/a Lily lub JamesŚroda, 26 Maja, 2010, 20:42

***
Szedł korytarzem oświetlanym tylko blaskiem pochodni. Rozmawiali dosyć długo, ale nie zauważył tego, dopóki nie wyszedł. Nie miał ochoty wracać do dormitorium, do pytających spojrzeń, milczenia czy głupich żartów. Wyjął z torby pelerynę niewidkę, założył i ruszył na Wieżę Astronomiczną.
Gdy tam dotarł, sprawdził na mapie czy jest bezpieczny. Był - nauczyciele w swoich komnatach, Filch w piwnicy, Pani Norris z nim. Poszukał Lilly, ale nie było jej ani w dormitorium, ani w PW… to znaczyło, że siedzi jeszcze w Pokoju Życzeń. Westchnął. Nie chciał żeby płakała, chciał po prostu żeby… żeby wiedziała… Chciał to skończyć, swoje beznadziejne zauroczenie, takie dziecinne i długotrwałe. Nie wiedział, czy mu się udało. Nie czuł się inaczej, wypełniała go po prostu taka wolność… dziwnie pusta wolność. Znowu westchnął. Nie wiedział czy dobrze zrobił, ale przynajmniej coś zrobił… zakończył pewien etap. Tylko to uczucie nie dawało mu spokoju. Postanowił, że to będzie pierwsza i ostatnia noc, kiedy da się mu pochłonąć. Już nigdy nie będzie tego rozpamiętywał, zapełni to innymi dziewczynami, może nauką – w końcu to już 6 klasa… imprezy, piwo miodowe… życie będzie w porządku… Oprócz tej nocy. Bo teraz zwinie się w kłębek, przyciśnie czoło do kamiennej podłogi, i powspomina kolor jej włosów, wyraz oczu gdy się złościła, kształt ust gdy się śmiała…

***

Obudził go cichy trzask. Otworzył oczy i rozejrzał się po błoniach zalanych słońcem, które, właśnie wschodziło. Widok był piękny. Usiadł i przyjrzał się uważniej otoczeniu, próbując zlokalizować sygnał dźwięku, który go obudził – to Hagrid zatrzasnął drzwi swojej chatynki, kierując się do Hogwartu. To by znaczyło, że jest pora śniadania. James wstał i podniósł z podłogi pelerynę, która zsunęła się z niego w czasie snu. Idąc wolnym krokiem w stronę Wielkiej Sali, rozmyślał o wczorajszych wydarzeniach. Teraz już wiedział, że to przeszłość, że to za nim i nie musi się już martwić nowym planem uwiedzenia Lily… ani kogokolwiek. Bo wszystkie oprócz niej na niego leciały. Westchnął, ale nie było to westchnienie smutnego człowieka.
Wszedł do WS i usiadł obok kumpli. Przywitali go pytającymi spojrzeniami, których tak nie chciał wczoraj. Spróbował się uśmiechnąć i chyba nie wyszło tak źle.
-W porządku. Dałem sobie spokój. – powiedział dosyć pogodnie jak na człowieka, który właśnie zdał sobie sprawę, że zmarnował 5 lat, i zaczął smarować grzanki dżemem. Lupin westchnął.
-To przeze mnie… - zaczął.
-Nie, to nie przez ciebie. Po prostu wczoraj porozmawialiśmy, i wiem, że to już… przeszłość. – przerwał mu dość gwałtownie James. Syriusz wywrócił na to oczami, Remus znowu westchnął, bawiąc się swoją kiełbaską. Zapanowała niezręczna cisza.
-OK., wszystko jest w porządku, nie traktujcie mnie jak psychicznego inwalidy. Naprawdę jest dobrze. – powiedział Rogacz, patrząc po przyjaciołach. Syriusz zerwał się z krzesła.
-Brawo, stary! Wiedziałem, że zmądrzejesz! – i zaczął walić kumpla po plecach.
-Naprawdę? – spytał Lupin, gdy Syriusz i Glizdek odeszli.
-Naprawdę. – potwierdził Potter, i… uśmiechnął się.
Remus przyglądał mu się podejrzliwie, ale nic nie powiedział.
- A teraz grzecznie pójdę po książki… Co mamy pierwsze?- zapytał Potter, podnosząc się i chwytając tost z dżemem.
-Trasnmutację. – rzucił za nim Remus, kręcąc głową. Sam dobrze wiedział, że nie można w ciągu jednej nocy pogodzić się z odejściem jakiegoś człowieka. Uczył się tego całe życie…
Ale James dopiero zaczynał.

***

-Kochanie… wstań, już rano. – usłyszała gdzieś za głową cichy szept. W odpowiedzi naciągnęła koc na głowę.
-Zostaw ją, nie widzisz, że potrzebuje spokoju… - zaoponował inny głos.
-Nie będzie cały dzień leżeć w łóżku i się nad sobą użalać. – stwierdził pierwszy stanowczo, a jego właścicielka pociągnęła za róg pledu.
-Odwalcie się. – mruknęła Ruda, nie wypuszczając nakrycia.
-Oo, ktoś ma humorki. Czyżby Potter…
-Nie wymawiaj przy mnie tego imienia!!! – wrzasnęła Ruda, siadając. Carmen podparła się pod boki.
-Bo co? Teraz to smutno, ale jak go olewałaś 5 lat to…
-Zamknij się, Car. – przerwała jej Jo, z obawą spoglądając na Lilly.
-Niby dlaczego? Prawda w oczy kole, nie? Najłatwiej zagrzebać się w poczuciu winy, że to niby sobie sprawy nie zdawałaś, że podświadomość…
-Bo tak było!!! – przerywa jej Evans. Dziwi się, skąd w Latynosce tyle zawiści. Z każdym jej słowem w plecy Rudej wbija się ostra szpilka. A przecież to przyjaciółka…
-Naprawdę? Naprawdę tak było? Podświadomość kazała ci go olewać? – pyta cicho Carmen. Lily siada na łóżku, wygładza pościel. Zna odpowiedź. Milczy. Nie potrafi…
-No widzisz?! To właśnie to mnie tak wkurza! Nie umiesz powiedzieć co myślisz, nie umiesz czegoś przerwać albo czegoś komuś dokładnie wytłumaczyć! A później albo zwalasz winę na tą drugą osobę, albo na swoją podświadomość. Podświadomość, kur… - tu splunęła. Próbowała oduczyć się przeklinać.
-Żałosna jesteś. Żal mi Pottera...
-Zamknij się, do cholery! – przerywa jej Jo i staje obok Lilly, głaszcząc ją po głowie. Ta łapie jej dłoń.
-No jasne, schowaj się za nią, przytul. Niech rozwiąże twoje problemy… - Ruda puszcze dłoń Jo.
-Ooo, brawo. Ale kto cię teraz będzie za rączkę prowadził? Nie ja, nie Jo, nie rodzice, nie Potter, nie Lupin… to kto? – Lilly milczy. Zwija się w kłębek.
-No właśnie. Będziesz tkwić na tym pieprzonym łóżku dopóki ktoś ci nie każe wstać. Dopóki ktoś ci nie każe… - powtórzyła ciszej, już bez złości. Zwyczajnie, stwierdzając fakt.
Carmen wyszła.
Ruda zaczęła szlochać. Jo usiadła obok niej i westchnęła.
-Ja… naprawdę…? – charka Lilly. Mimo iż roi to cicho i niewyraźnie, Jo ją rozumie. Milczy przez chwilę.
-Pomyśl. - mówi, po czym też wychodzi.
Ruda wali się na podłogę i przykrywa kocem.
Nie chce myśleć.
Nie chce nic.

***

-Nie uważasz, że przegięłyśmy…? – pyta Jo, podchodząc do Carmen. Ta stoi oparta o balustradę, spogląda na dół.
-Nie. Miałam ochotę ją uderzyć. Weź pomyśl o Jamesie… - mówi, parskając.
-Tiaa… jak go znam, to z tydzień się pozamartwia, potem będzie udawał, że mu przeszło, zaliczy wszystkie imprezy, spadnie na dno… a później z niego wyjdzie. – wzdycha Joanne, siadając obok ciemnoskórej. Pociąga nosem.
-Znowu paliłaś to świństwo… - stwierdza. W jej głosie brzmi rozbawienie.
-Wkurzyła mnie. A fajki mnie uspokajają... Tak właściwie, to nie daje mu tygodnia. Nie będzie chciał zamartwiać Luńka i Syriusza. Dwa, trzy dni.
-Może i masz rację…
Milczenie.
- Nic nie zrobimy.
-Nie. James sam musi się pozbierać. – Jo wzdycha i kładzie się na zimnej posadzce Wieży Astronomicznej.
-Kumplujesz się z nimi 5 lat, a tu nagle robią coś takiego… - kręci głową. Carmen przeczesuje włosy palcami i wyciąga z torby drewniane pudełko.
-Nie pal przy mnie… poza tym nauczyciele… - oponuje Jo, krzywiąc się.
-Kij im w oko. – przerywa jej Latynoska i wyciąga długi, biały papieros.
-Naprawdę nie możemy nic zrobić? – wzdycha, przewracając się tyłem do ciemnowłosej.
-Mają po 16 lat! Co niby, mamy za nimi latać i wszystko im…
-Hej. – przerywa jej głośny głos. Obok dziewczyn materializują się Syriusz i Lupin.
-Wasza pieprzona mapa, co? – pyta rozbawiona, a zarazem lekko wkurzona Latynoska. Syirusz szczerzy zęby i siada obok niej. Wyciąga rękę po pudełko.
Chwila ciszy.
-Chyba czas na naradę. – mówi w końcu Lupin.



***
buu back.
jestem, jestem. wredna i nieobecna (oksymoron...? ;]) ale jestem. przepraszam za te miesiące. mołabym się usprawiedliwiać egzaminami, końcem rokum stresem... ale to i tak bybłoby kłamsstwo, prawda? bo lenistwo to lenistwo, after all.
dzięki, że jesteście. najlepszy kop energii dla autora - pozytywne komentarze pod notką. dzięki wam ta wielka machina zwana... właściwie sie wiem, jak się nazywa, ale ją nakręcacie ;] dzięki.

jak wam się podoa notka? trochę mroczna mi wyszła, ale muszę atmosferę wprowadzić ;]]

[ 34 komentarze ]


 
talk show
Dodał/a Lily lub JamesSobota, 27 Lutego, 2010, 16:47

Pomieszczenie okazało się niewielkim, ale przytulnym salonikiem, z ogniem trzaskającym na kominku i wygodnymi fotelami.
-Jak sielankowo… - mruknął ironicznie Potter.
-A jak… atmosfera musi być. – rzuciła Ruda, sadowiąc się na fotelu najbliżej ognia. James usiadł na fotelu obok, Lunatyk na dywanie obok kominka, twarzą do przyjaciół.
-Tiaa… nie ma to jak talk-show na dobre rozpoczęcie wieczora, co nie? – sarknął Rogacz, rozpierając się na fotelu.
-Potter, tu nie ma twoich kretyńskich kumpli… nie wysilaj się więc na lamerskie teksty. – zgasiła go chłodno Ruda.
-Nie wysilam się… - zdziwił się i oburzył Rogacz. Lilka spojrzała na niego ironicznie, mrużąc powieki.
-Zresztą… - zaczął.
-Po prostu… bądź. – przerwała mu. Prychnął, lecz zamilkł.
-No… to musimy pogadać. – zaczęła Lilly po chwili ciszy.
-Sprawa pierwsza : nie jesteśmy z Remusem namiętnymi kochankami, jeśli o to chodzi. – powiedziała, krzywiąc się do bruneta.
-To już wiem… - odparł, wzruszając ramionami.
-Cicho… ja mówię. No… to my się tylko kumplujemy… przyjaźnimy. Jakbyś się o tym dowiedział, to…
- To co? Wszystko bym zniszczył…? Daj spokój… Po prostu nie chcieliście, żebym się dowiedział… Tylko ogólnie nie wiem dlaczego. – przerwał jej z pozornym spokojem.
-Wszystko byś… - znowu zaczęła.
-Łajno, nie kłam w żywe oczy, kobieto. Wszyscy wiemy, że nie o to chodzi… - rzucił zdenerwowany już, lecz zrezygnowanym tonem.
-Jasne, wkurzyłbym się jak rogogon węgierski, gdy mu ktoś jajo zabierze… ale w końcu bym to strawił… ale nie, wy musicie robić ze mnie takiego ghula kretyńskiego, który panować nad sobą nie potrafi… - wstał i zaczął krążyć po pokoju.
-Ale przecież… - spróbowała zaskoczona Ruda.
-Co? No co? Jak nie jestem mądry to już uczuć nie mam? Jak nie mam samych wybitnych to nie zasługuję na uwagę? Jak jestem czystej krwi to znaczy, że jestem zły, tak? Do kości…?
-James… - zaczął niepewnie Lunatyk. Potter przyskoczył do niego.
-No co? Myślisz, że ona tak nie myśli…? To cię wyprowadzę z błędu. Ona dokładnie tak myśli. No, przyznaj się… - odwrócił się do Lilly, a ona zobaczyła w jego oczach coś dzikiego, jak u zranionego leśnego zwierzęcia.
-No przyznaj się… Myślisz, że jak gram w quiditcha, to już we mnie nic nie ma… Jak dziewczyny za mną latają, to jestem pusty i to moja wina… I ja to jeszcze wykorzystuję…! I co, oburza cię to, nie? Że taki przygłup ma czelność do ciebie startować, odzywać się, myśleć o tobie… co? Perfidnie cię wkurza, że coś takiego, neandertalczyk taki, ma śmiałość cię dotykać… - rozkręcał się Potter. Lilly jak wmurowana stała przy kominku.
-James, wystarczy. – tym razem głos Lunatyka brzmiał stanowczo. Chłopak stanął między dziewczyną i sportowcem, jakby chroniąc ją przed nim.
-I ty się za nią wstawiasz…? Przyjaciel… - prychnął James, ale jego wzrok powoli przestawał być taki dziki, jakby powoli się opamiętywał…
-Ona też jest moim przyjacielem, James. I nie pozwolę jej obrażać. – oczy Lunatyka zwęziły się.
-To ona obraża ciebie, że w ogóle ma czelność się z tobą zadawać… - sarknął Potter.
-Dosyć. Wyjdź stąd, albo…
-Albo co? Staniesz w obronie honoru znieważonej damy? Daj spokój, Luniek… Nie będę bił się z przyjacielem z jej powodu… Jak w ogóle mogłem być taki ślepy… 5 lat zmarnowałem… - Potter opadł na krzesło, mówił coraz ciszej, twarz miał schowaną w dłoniach.
Ruda coraz bardziej kurczyła się w sobie. Ogarnął ją niewyobrażalny strach, że straci przyjaciela, ale musi to zrobić, nie może trwać w kłamstwie… No już, weź się w garść, wstań i powiedz to…
-Remus… -
-Spokojnie Lilly, już dobrze… - blondyn odwrócił się, a dziewczyna zauważyła, że w kieszeni konwulsyjnie zaciskał palce na różdżce.
-Już wszystko dobrze… - podszedł do niej, by ją objąć, lecz ona stała tak, nieporuszona. Zauważył, że coś jest nie tak, zauważył wyraz przerażenia na jej twarzy… Nad ramieniem Lupina zauważyła wzrok Jamesa. Zdradzony, pełen niedowierzania, rozgoryczenia, smutku… Migotała w nim też… o nie, nie… czym prędzej znowu spojrzała na Lupina, byle dalej od tego wzroku…
-Remus… on… - przycisnęła skostniałe ze strachu palce do skroni, lecz nie mogła spuścić spojrzenia, musiała wytrwać, tyle była im winna.
-On powiedział prawdę. – wychrypiała. Lupin patrzył na nią, ale jego wzrok stawał się coraz bardziej odległy.
-On… ja… ja podświadomie… - i znowu poczuła na sobie wzrok Pottera, ale przecież mówiła prawdę! Nie kłamała… czy to się jeszcze liczy…?
-Ja naprawdę podświadomie… chyba tak miałam zakodowane… Dopiero niedawno to zrozumiałam, i chciałam to naprawić, porozmawiać…- tłumaczyła szybko i nieskładnie, obserwując twarze chłopaków. Na twarzy Remusa niedowierzanie zakwitało w całej okazałości, natomiast w twarzy Pottera…
Nienawiść w jego wzroku nie była już aż tak paląca, jakby dotykała jej gorącymi płomieniami… ale nadal gdzieś tam się w nim tliła, widziała ten żar w jego wzroku, a żar nigdy nie gaśnie.
Usiadła, ale nie mogła spuścić z niego oczu.
Musiała, po prostu musiała patrzeć.
-Lilly… ty naprawdę miałaś go za takiego… takiego… - spytał ciężko Remus, nie mogąc skończyć.
-Śmiecia, Remusie, dokończ, jesteśmy wśród swoich. – powiedział gorzko James. Lupin ciężko opadł na fotel obok Lily i schował twarz w dłoniach.
-To moja wina… nie mówiłem ci o nim nic dobrego, i to dlatego… podświadomie wyczułaś, że według mnie on…
-Remusie…? – spytał cicho pełen niedowierzania James.
-Nie, ja tak nie myślę. – odrzekł Lunatyk spokojnie, a James odetchnął.
-Ale ponieważ ze zwykłej zazdrości nie mówiłem jej o tobie dobrych rzeczy, ona mogła podświadomie myśleć, że uważam cię za niedobrego… To była tylko zazdrość… Na Merlina… - westchnął Lupin.
-Ja właśnie dzisiaj to zrozumiałam… - powiedziała cicho. Jej głos drżał, i w tym momencie nienawidziła się za to.
-Tak, zrozumiałaś to dzisiaj, ale myślałaś tak przez całe 5 lat. I co, to rozumienie wg ciebie coś zmienia? – spytał, patrząc na nią zimno Potter. Spojrzała błagalnie na Lunatyka, ale ten na nią nie patrzył. Poczuła, jakby coś smagnęło ją lodowatym biczem.
-Ja… chyba… chyba tak… - wyjąkała, kuląc się.
-Nie wkurzaj mnie bardziej, kobieto! – krzyknął James, podchodząc do niej i ciągnąc ją w górę, by stała.
-Ja… przepraszam… - bąknęła przerażona, prosząco patrząc na Lunatyka. Ale ten przecząco pokręcił głową. Wiedziała, że on ma rację, nie powinien wtrącać się między nią a Jamesa, ale tak się bała… Nie, przecież Potter nic jej nie zrobi, Remus mu ufa, to wystarczy… Ale… znowu przerażona spojrzała na Rogacza.
-Nie patrz tak. – rzucił zimno, puścił ją i odsunął się trochę.
-Tak, jakbym to ja krzywdził ciebie. To ja tu do cholery jestem ofiarą, nie ty! – krzyknął znowu, patrząc na nią z rozpalającym się na nowo ogniem w spojrzeniu…
Nie, nie, tylko nie znów ten ogień…
Wyprostowała się i wstała.
-Ja… wiem. Przepraszam. Naprawdę. – powiedziała z trudem. Spojrzał na nią niechętnie, ale milczał. Blask w jego oczach lekko przygasł.
-I co, będziesz z tym walczyć, tak? Obiecasz, że będziesz już grzeczną dziewczynką? – zadrwił. Zacisnęła powieki – na Merlina, jak bardzo go zraniła tymi wszystkimi myślami, tą postawą! Dopiero teraz to spostrzegła. A przecież nie chciała… Może faktycznie należało ją tak potraktować, za to wszystko, ale on ją przecież kocha… Podobno. Otworzyła oczy.
-Nie, nie będę. Dzisiaj pokazałeś, że wszystko, co o tobie myślałam, to była kupa łajna. – powiedziała cicho. To był pierwszy objaw obrony z jej strony. Zmierzył ją chłodnym wzrokiem, ale tylko wzruszył ramionami. Usłyszeli cichy trzask zamykanych drzwi.
-Wyszedł. – powiedział James, nie spuszczając z niej wzroku. Skinęła głową, również patrząc na niego.
-Nie chciał przeszkadzać… bo teraz pewnie przejdziemy do bardziej intymnej części. I jak, chcesz mnie przeprosić? – spytał chłodno James. Aż drgnęła… ile agresji, ile żalu było w jego głosie.
Nagle pojęła, że zwykłe „przepraszam” nie załatwi sprawy.
-Nie chcesz…? – spytał z pogardą, odsuwając się od niej. Zrozumiała, że milcząc, obraża jego męską dumę.
-James… właściwie dlaczego mnie… kochasz? Czy może raczej – kochałeś? –spytała, patrząc na niego. Mięśnie na jego twarzy zadrgały, jakby próbował opanować jej wyraz.
-To już chyba nieważne. – powiedział zimno.
-Proszę, chciałabym wiedzieć. To w końcu mnie dotyczyło… tak jakby. – powiedziała. Westchnął i pokręcił głową.
-Dlaczego jesteś taka szczera? Taka szczera… zawsze mówiłaś to co myślisz, nieważne jak byłoby to śmieszne, kretyńskie czy mądre. Zawsze. – usiadł, ona w fotelu niedaleko, tak, żeby widzieć jego twarz.
-Nie gryzę. – powiedział , i znowu zobaczyła, że go uraziła.
-Przepraszam. Pomyślałam, że możesz się poczuć skrępowany. – powiedziała i przesiadła się na fotel naprzeciwko jego. Skrzywił się na jej słowa.
-No widzisz? Szczera do bólu. Inne dziewczyny rzuciłyby jakimś głupim tekstem czy spróbowały mnie wyśmiać, czy flirtować… Ale nie, ty mówisz, co myślisz. – przerwał, ale nic nie powiedziała, czekając na ciąg dalszy. Nie myliła się, nastąpił po kilkunastu sekundach.
-Już na początku szkoły, w pociągu w pierwszej klasie, jak dla mnie zaczęłaś się wyróżniać. Nie wyglądem, to nie było tak, że zobaczyłem cię i coś mnie trafiło… czy coś… nie. Patrzę i myślę – dziewczyna jakich wiele, nic specjalnego. Ale później zobaczyłem twoje oczy. Nie są po prostu zielone... Nie znam nikogo, kto by miał takie oczy. Kiedy milczysz, one mówią za ciebie. – przerwał i spojrzał w jej oczy. Zarumieniła się, ale nie spuściła wzroku. Uśmiechnął się smutno.
-No widzisz… nic nie mówisz, a ja i tak wiem, co myślisz. Że żal ci tego jak i co myślałaś o mnie przez te 5 lat. I że chciałabyś to naprawić. – znowu zamilkł.
-Już w tym pociągu w pierwszej klasie przepadłem. Miałem z 10 lat, głupi smarkacz, ale już wtedy… było jakoś inaczej, już wtedy byłaś inna. W tym pociągu zawarłem najważniejsze znajomości jakie mam – poznałem Syriusza, Luniaka, Petera… i ciebie. Tak głupio dziwiłaś się wszystkiemu, takie śmieszne rzeczy mówiłaś o wszystkim, co dla mnie było normalne. Zaśmiałem się z jakiegoś twojego komentarza, a ty spojrzałaś na mnie… i bach, zrozumiałem, że po mnie, że nie będziesz mnie lubić. Tak wysoko podniosłaś ten podbródek… Dotąd nikt mnie nie zignorował, po prostu musiałem zwrócić na siebie twoją uwagę… i rozpocząłem tą grę, która trwa przez te 5 lat. Grę – spojrzy czy nie spojrzy, bardziej wkurzy ją to czy tamto… Lubię, jak się ciskasz, wiesz… - spojrzał na nią.
-Masz wtedy takie… oczy ci się robią takie… jak środek huraganu, właśnie, ta cisza w środku cyklonu. – powiedział cicho i odwrócił od niej wzrok.
-Zapamiętałem twoje zdziwienie z tego pociągu, i zacząłem się interesować mugolami… Wiem co to toster, ładowarka do telefonu… Wiem na jakiej zasadzie płynie prąd i przedmioty nie lecą w kosmos… te wasze teorie, przyrządy… znam wszystko. Na wypadek, gdybyś kiedyś zgodziła się pójść ze mną na randkę, to wtedy zabrałbym cię do mugolskiego baru, jak zwykli ludzie… i zobaczyłabyś, ile się dla ciebie nauczyłem. Właściwie wiedziałem, już od czasu tego pociągu w pierwszej klasie, że się ze mną nie umówisz. Nie wiem, po kiego ghula się tego uczyłem. – przerwał i spojrzał na nią.
Z oczu kapały jej łzy, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku, żeby nie przeszkodzić mu w opowiadaniu. Żachnął się.
-Nie płacz… - zamilkł.
-Właściwie, zawsze myślałem że w końcu się odkocham, ty wtedy do mnie przybiegniesz, a ja ci wtedy powiem, że to już nieaktualne. A ty się rozpłaczesz… taka zemsta… zdziwiona? –spytał. Uśmiechnęła się przez łzy.
-Teraz już za późno, nie próbuj robić z siebie tego złego… wiem, że nim nie jesteś… - mruknęła cicho. Westchnął.
-Jesteś za mądra… ale naprawdę zawsze myślałem, że tak będzie… ale czas mijał, 3 klasa, 4, 5… a ja nadal… hmm… no, nadal mi się podobałaś… - mruknął zawstydzony, a Lilly łzy pociekły już ciurkiem, ale on tego nie widział, patrzył w ogień na kominku.
-No… Ale to z czasem zamiast mi ulegać, to coraz bardziej mnie nienawidziłaś… wiesz, że nawet nigdy nie rozmawialiśmy? Tak normalnie, ciągle się tylko na mnie darłaś… a ja na ciebie. Staliśmy się atrakcją turystyczną, wiem, że to cię wkurzało… Ale tylko jak byłaś wkurzona to się do mnie odzywałaś, tylko jak coś odwaliłem, to mnie zauważałaś… No więc odwalałem…
Zbyt ona piękna, Zbyt mądra zarazem.
Zbyt mądrze piękna, stąd istnym jest głazem.
Zacytował. Zdziwiona, aż otworzyła usta.
-Przecież to…
-Szekspir. – powiedział usłużnie, gdy gapiła się na niego i nie dokończyła.
-„Romeo i Julia”. Ale to nie o Julii, tylko o…
-Rozalinie. – przerwała mu, nadal gapiąc się, zdziwiona. Uśmiechnął się smutnie.
-Wiedziałem, że będziesz to znać. Założyłem, że skoro jesteś taka ambitna, to znasz cały materiał, który mugole normalnie znają w twoim wieku.
-I ty też go znasz…? – spytała przerażona. Wzruszył ramionami.
- Na Merlina… - westchnęła i ukryła twarz w dłoniach.
-Znam też… - zawahał się krótko.
-Znam też ciebie. – dokończył. Ramiona jej opadły.
-Nie masz nic ulubionego, oni owocu, ani koloru… To prawda, jedne lubisz, innych nie, ale… nie potrafisz określić tego, który lubisz najbardziej. Inni myślą, że jesteś niezdecydowana, ale nie patrzą ci wtedy w oczy. – powiedział z triumfem. Siedziała, nie ruszając się, jak spetryfikowana.
-Ja patrzyłem. Ty po prostu wiesz, że masz całe życie przed sobą… i w tym życiu możesz spotkać jeszcze inny kolor czy kwiat, który stanie się twoim ulubionym. – powiedział triumfalnie i spojrzał na nią, lecz zaraz jego uśmiech zmył się z twarzy. Podszedł do niej i kucnął przed nią. Wyciągnął powoli rękę i delikatnie pogładził blady policzek.
-Wiem, że myślisz teraz inaczej. Powiedziałem ci to wszystko i myślisz teraz, że jestem kimś innym. Ale ja nadal jestem tym kretynem, który wrzucał łajno bomby w twoje okno w pierwszej klasie. – powiedział cicho. Zabrał rękę, ale nadal kucał przed nią.
-Zmieniło się tylko twoje wyobrażenie o mnie, nie ja sam. – powiedział jeszcze ciszej i wstał. Patrzył jej w oczy.
-Wiedziałem że to się stanie, ale nie chciałem, żebyś lubiła mnie tylko dlatego, że wiem kto jest premierem Anglii. Nie chciałem mówić tego wszystkiego, ale… - znowu dotknął jej twarzy, tym razem samymi opuszkami palców, zamknął jej powieki.
-Ale ty zawsze byłaś szczera. Więc ja też ten jeden raz mogłem być. – zabrał palce i usłyszała jego kroki na kamiennej posadzce. Nie otworzyła oczu, wiedziała, że tego nie chciał.
-No, tylko się nie przyzwyczajaj! – krzyknął jeszcze, zanim drzwi się zamknęły.
Dopiero, gdy odgłos jego kroków ucichł zupełnie, wybuchnęła płaczem.

[ 345 komentarze ]


 
pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają...
Dodał/a Lily lub JamesPoniedziałek, 04 Stycznia;, 2010, 20:44

tiaa... wróciłam.
notki nie było jakieś 3 miesiące... moja wina. przestałam pisać... ale teraz jest dobrze ;] mam nadzieję, ża za każdym razem, gdy przestanę, coś mi o tym przypomni. wy też mi tego życzcie ;]



Lily szła ze wzrokiem wbitym w podłogę. Myślała intensywnie nad wczorajszą rozmową z Carmen. Co, jeśli Latynoska miała rację? Jeśli to był dziecinny sposób na odegranie się? A jeśli nie…? Dziewczyna westchnęła, lecz zaraz potem parsknęła śmiechem. Robi się ze mnie egzaltowana kretynka – pomyślała. Jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, to muszę po prostu pogadać z tym imbecylem. Najlepiej od razu… - z tym postanowieniem puściła się pędem do lochów, gdzie właśnie rozpoczynały się lekcje eliksirów.
Wparowała do klasy dokładnie z dzwonkiem.
-O, jak miło, panna Evans. – powiedział Slughorn, uśmiechając się szeroko. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
-Przepraszam za spóźnienie. - powiedziała, spuszczając skromnie oczy. Wiedziała, że Slughorn nic jej nie zrobi, ale o pozory trzeba dbać…
-Ależ cóż to za spóźnienie, moja panno, siadaj, siadaj… Inni nawet się jeszcze nie rozpakowali… - mruczał nauczyciel. Lilly posłała mu jeden z uśmiechów zarezerwowanych na takie okazje – w jej wzroku kryło się podziękowanie i rozbawienie. Kilku Ślizgonów prychnęło.
-Tak, tak, moje panie i panowie, zaczynamy. Dzisiaj uwarzymy eliksir humoru…
Lilly wepchnęła się na miejsce obok Jo. Ta pokręciła głową.
-Jesteś po prostu niewiarygodna. On. Cię. Kocha. Ubóstwia. Stary pedofil. – wyszczerzyła się do niej ciemnowłosa i razem parsknęły śmiechem do swoich kociołków.
-I nie tylko on… - rzuciła cicho Carmen, świdrując wzrokiem Pottera, który niby przypadkowo pochylał się właśnie w ich stronę. Słysząc te słowa, wzruszył ramionami, i uśmiechając się zawadiacko, odwrócił. Jo parsknęła śmiechem. Ruda po chwili wahania też.
-O. – zdziwiła się Carmen, patrząc na Evansównę.
-Już mi przeszło. – powiedziała ta, leniwie mieszając w swoim kociołku. Jedna idealna brew Latynoski podjechała w górę, lecz jej właścicielka nic nie powiedziała.
-Co ci przeszło? – spytała Jo, nic nie rozumiejąc. Lilly krótko streściła jej, co się stało poprzedniego dnia.
-A to dupek! – mruknęła cicho i zbyt energicznie zamieszała w swoim kociołku, czego skutkiem była wielka klucha na jego dnie. Znowu zaklęła. Gdy Slughorn się odwrócił, Lilly pomogła jej doprowadzić eliksir do znośnego stanu.

-A to dupek! – powtórzyła głośno Jo, gdy po skończonej lekcji eliksirów szły do klasy transmutacji.
- Co zrobisz? – spytała, gdy Ruda nie odpowiadała.
-Porozmawiam z nim. – rzuciła Lilly, szczerząc się.
-Tiaa… ale mi to zabroniłaś coś mu zrobić. – mruknęła Carmen. Evans roześmiała się.
-Nie, naprawdę z nim pogadam. Nic mu nie zrobię. – przyrzekła zielonooka.
-To kiedy? – Jo przeszła do konkretów.
-Eee… chyba jak najszybciej. – rzuciła niezdecydowanie Ruda. No tak, łatwiej przedsięwziąć plan niż wcielić go w życie… Ale od czego ma się przyjaciół? ;-)
-No to masz okazję… - rzuciła Jo i zanim Ruda skontaktowała co się dzieje, już stała, a właściwie chwiała się jeszcze po popchnięciu, przed Jamesem. Skwasiła się jeszcze do mijającej ich, chichoczącej Jo. No tak, przyjaciół ma się właśnie od tego, żeby cię stawiali w debilnych sytuacjach…
-Cześć. – rzuciła dziarsko do Pottera. Chłopak wytrzeszczył do niej oczy i rozejrzał się. Ale w pobliżu nikogo nie było, wszyscy spieszyli się na lekcje i korytarz był pusty.
-Odzywasz się do mnie? – spytał zatem zdziwiony.
-Nie, otrułam cię na eliksirach i to, co ci się teraz dzieje to halucynacje. – mruknęła ironicznie, poprawiając pasek torby. Chłopak zastanowił się.
- To byłoby możliwe… ale wtedy mógłbym zrobić tak… - odpowiedział i szybko przyciągnął ją do siebie. Zanim zdążył wykonać następny ruch, leżał już na podłodze trzy metry dalej. Tiaa, kurs samoobrony zdany z wyróżnieniem 2 lata temu się przydaje…
-Czyli jednak to nie halucynacje. – wyszczerzył zęby, podnosząc się i otrzepując. Na te słowa oczy Rudej zaćmił gniew.
-Kretyn. – rzuciła i minęła go, jakby nie istniał.
-I tak cię kocham! – krzyknął za nią. Zanim zniknęła za rogiem, zauważył jeszcze, jak jej ręka konwulsyjnie zacisnęła się na różdżce. Wybuchnął śmiechem, targając sobie włosy. Ruszył za dziewczyną.

Ruda dołączyła do klasy pod salą transmutacji, lecz z rozmową z przyjaciółkami poczekała na wejście i zajęcie miejsc.
-Porozmawiać to się raczej z nim nie da. – mruknęła do przyjaciółki, opadając na krzesło obok Jo. Ta uniosła wysoko brew, i szybko spojrzała na Pottera, ale widząc siniak na jego policzku, parsknęła śmiechem. Carmen również go zauważyła.
-Lilly, zapominasz, kto jest ciemną stroną w naszym związku… - mruknęła.
-To ja tu jestem od pojedynków, pamiętaj… - dodała.
-Sooorki. – rzuciła do niej Ruda. Latynoska prychnęła i skupiła się na zaklęciu.
-Ale teraz przynajmniej wiesz. – stwierdziła, poprawnie rzucając zaklęcie na kubek i z satysfakcją obserwując, jak wylatuje przez okno.
-Hm? Co wiem? – mruknęła Lily, skupiając się na swojej płonącej filiżance.
-Po jego obrażeniach i głupiej minie wnioskuję, że próbował cię nagabywać. Czyli nadal cię… kocha. –stwierdziła Carmen, uważnie obserwując Rudą.
Ta tylko wzruszyła ramionami.
Filiżanka, nadal płonąc, uniosła się ze stołu, po czym po okrążeniu sali kilka razy, rozsypała się w drobny mak.

***

-Hej, Luniek! Luniek! - Remus odwrócił się, słysząc wołanie. Ku niemu biegła Lily, z rozwianymi włosami i iskrami w oczach.
-Zrozumiałam! – wydyszała, przystając obok niego i próbując złapać oddech. Lupin zmarszczył się i rozejrzał, na szczęście nikogo nie było w pobliżu. No tak, koniec lekcji, a na błoniach rozlewa się wrześniowy żar… idealna pogoda na rozmowy o wakacjach…
-Lil… myślę, że nie powinniśmy… spotykać się… przez jakiś czas… - mruknął, poprawiając ramię od torby i unikając jej wzroku. Ruda wyprostowała się, zdziwiona.
-Boisz się go? – spytała, mrużąc oczy.
-Nie o to chodzi! My go po prostu… ranimy. – westchnął.
-Dzisiaj, gdy próbował mnie obmacywać, wcale nie wyglądał na zranionego. – prychnęła.
-ŻE CO?!
-No… bo spróbowałam z nim pogadać…
-STÓJ. TY chciałaś z NIM pogadać? – spytał pełnym niedowierzania głosem. Ruda skinęła głową.
-Ale ty przez 5 lat miałaś go głęboko…
-Remus. Nie wyskakuj z gaci. – powiedziała Lilly spokojnie, delikatnie klepiąc Lunatyka po policzku. Ten skrzywił się.
-Słuchaj. Już wczoraj chciałam to z nim wyjaśnić, więc na próbę uśmiechnęłam się do niego. A ten gumochłon kretyński, cały czas na mnie patrząc, objął inną! – Remus uśmiechnął się na te słowa.
-Jesteś zazdrosna. – stwierdził. Ruda pokręciła głową i westchnęła. Usiadła na podłodze, a chłopak obok niej.
-Nie… po prostu… wyobraź sobie : od 5 lat słyszysz : Lilly, kocham cię, Lilly, umów się ze mną, Lilly, jesteś moim życiem, nikt poza tobą… i tak dalej, i tak dalej… a tu nagle, na moich oczach, obejmuje inną. Poczułam się… - zamilkła nagle, jakby zdziwiło ją własne odkrycie.
-Zdradzona…? – podsunął Lupin, delikatnie obejmując sztywną dziewczynę.
-No właśnie. - wyszeptała, opierając głowę na jego ramieniu.
-I oszukana. – dodała i pociągnęła nosem.
-Ale wiesz… skoro to czuję… to chyba odczuwam też coś do tego kretyna, nie? – spytała, rumieniąc się lekko. Remus uśmiechnął się na te słowa.
-Chyba tak. – mruknął cicho.
-No właśnie. Tak sobie pomyślałam… więc znowu chciałam z nim pogadać, dzisiaj po eliksirach… a ten łajnojad spróbował mnie obmacywać! – wyprostowała się, oburzenie wywołane tym wspomnieniem wytrąciło ją z refleksyjnego nastroju.
-Więc potraktowałaś go… - zaczął Remus.
-…tak, jak na to zasłużył. – przerwała mu Lilly i oboje wybuchnęli śmiechem. Przez chwilę panowała cisza, jedna z tych dobrych cisz, które zapadają pomiędzy dobrze rozumiejącymi się ludźmi.
-Ale to nadal nic nie rozwiązuje… On nadal jest na mnie zły, słusznie z resztą. – przerwał ciszę Remus.
-Luniek, daj spokój. Przyjaźnimy się, tak? Ty się przyjaźnisz nie tylko z nim, ale także ze mną. No. Więc wobec mnie też powinieneś być uczciwy, a nie tylko wobec niego. – zaoponowała Ruda.
-Ale ja właśnie wobec ciebie cały czas byłem, a wobec niego nie! – zaprotestował zrezygnowany Lupin.
-To nie tak. Owszem, mogłeś powiedzieć mu, że się przyjaźnimy. Ale on by ci wtedy nie dał żyć. Zamęczałby cię cały czas. To by było…
-straszne…? – odezwał się pozornie wesoły głos i z ciemności zaułka wychynął nie kto inny… jak Potter. Lunatyk zamarł.
-Jak…? Skąd…? – wyjąkał, patrząc to na zaułek, to na Rogacza.
-Mapa… - syknął cicho James, wwiercając zimny wzrok w przyjaciela.
-Trzeba było uważać, gdzie się ją zostawia...- dodał, podchodząc do nich.
-Czego tu chcesz, Potter? – spytała agresywnie Lilly, wstając.
-Zauważyłem, że jesteście razem, pomyślałem więc, że może się przyłączę… i porozmawiamy. – cały czas używał tego pozornie wesołego tonu. Lecz gdzieś w głębi można było wyczuć w nim groźbę… Niespodziewanie Ruda się rozpogodziła.
-To jest myśl! – powiedziała wesoło, uśmiechając się do milczącego Lunatyka.
-W końcu wszyscy sobie wszystko wyjaśnimy… Ale nie tutaj, chodźmy to 7 piętro… - rzuciła i pognała schodami. Chłopcy spojrzeli na siebie i powoli ruszyli za nią.


-No tak… - mruknął Potter, zatrzymując się pod portretem Barnabiasza Bzika i jego trolli.
-Myśleliście, że tylko wy o nim wiecie? – spytała go zimno Rudowłosa. James wzruszył ramionami, ale spojrzał na nią z uznaniem. Prychnęła i zaczęła chodzić wzdłuż ściany.
Raz…
Dwa…
Trzy…
Ukazały się drzwi i dziewczyna zniknęła za nimi, a zaraz za nią Potter. Remus przełknął ślinę. Zbliżył się do dębowych drzwiczek i delikatnie dotknął klamki. Zamknął oczy i nacisnął…

[ 6355 komentarze ]


 
no i UFO
Dodał/a Lily lub JamesCzwartek, 10 Września, 2009, 21:41

zjadło mi notatke...
aaa, jeśli ktos to w ogóle czyta, to niech skomentuje ;]

James i Syriusz odpoczywali w Pokoju Wspólnym. Przed nimi na stoliku piętrzył się stos prac domowych, który stopniowo się powiększał. Bez Remusa Huncwoci mieli małe szanse na pozytywne oceny choćby z jednej czwartej zadanych wypracowań, ale James widocznie przekładał honor nad oceny… a może to nie był honor? Może on naprawdę jest urażony, zdruzgotany, pogrążony w rozpaczy? – myślała Ruda, obserwując chłopaka z zacienionego końca pokoju. Mimo iż jak zwykle siedział koło kominka, otoczony uwielbiającymi go uczniami, minę miał niewyraźną… jakby chciał się stamtąd wyrwać. Lily westchnęła. Czyżby on naprawdę był człowiekiem? Czyżby miał jakieś drugie, wrażliwsze ja? Jeśli nie, to czemu wtedy uratował Seva? Na myśl o Severusie Lily ścisnęło w dołku. Nie przestał kumplować się ze zbirami, ludźmi żądnymi mocy lub szukającymi niebezpiecznych przygód. Przeciwnie, spotykał się z nimi coraz częściej. A Lily… chyba powoli przestawała go obchodzić. Spotykali się coraz rzadziej, najczęściej tam, gdzie nikt ich nie widział. Ruda wiedziała, dlaczego. Nie chciał, by ją z nim łączono. Nie chciał, by wiedziano, że zadaje się z kimś o nieczystej krwi. Brudnej. Szlamowatej… Znowu westchnęła i uniosła wzrok. Napotkała spojrzenie Jamesa. Patrzyli na siebie przez chwilę. Lily postanowiła wziąć na siebie odpowiedzialność za sytuację Remusa i załagodzić atmosferę – uśmiechnęła się do Rogacza delikatnie, z pewnym wahaniem. Zobaczyła w jego spojrzeniu coś, co u kogokolwiek innego określiłaby jako bezbrzeżny smutek. Ale przecież Potter nie był zdolny do takich uczuć… A może jednak? Uśmiechnęła się więc szerzej, próbując dodać mu otuchy. Lecz on w tym samym momencie, nie spuszczając z Rudej wzroku, przygarnął do siebie dziewczynę siedzącą obok. Nie byle jaką dziewczynę, nie jedną z tych jego fanek. Dziewczynę śliczną, dowcipną, i, co gorsza, inteligentną. Deidree Andersoon, piątoklasistkę. A ona, zamiast się roześmiać i odsunąć, położyła mu głowę na ramieniu.
Rudej na chwilę przestało bić serce, lecz już za chwilę tłukło się w oszałamiającym tempie. Na szczęście była mistrzynią w ukrywaniu emocji… W końcu to już 6 rok z Potterem. Ale on nigdy, przez całe sześć lat, nie zranił jej tak bardzo jak dzisiaj. Więc, jak każda dumna, znieważona kobieta, udała, że nic się nie stało - kąciki jej ust uniosły się w kpiącym pół-uśmiechu, brwi podjechały do góry, wyrażając obojętne zdziwienie. Podniosła się z gracją, i nie zaszczyciwszy chłopaka już ani jednym spojrzeniem, wyszła z PW.

***

Deidree jeszcze bardziej pochyliła się nad Jamesem, który miał minę zbitego psa. Już żałował tego, co zrobił. To prawda, Dei była świetną dziewczyną, ale on kochał Lily. Jak mógł zrobić coś takiego? Przecież nie jest skończonym kretynem!
-Jesteś skończonym kretynem. – wyszeptała mu dziewczyna do ucha. Spojrzał na nią zaskoczony.
-Nie patrz tak. To co zrobiłeś, było bardzo głupie. – szeptała dalej.
-Za chwilę się podniosę, a przy drzwiach zrobię do ciebie znaczącą minę. Pójdziesz za mną. Nie dziw się, trzeba dbać o pozory. Przecież w tej chwili wyglądasz, jakbyś przewiercał mi bluzkę wzrokiem. – James spojrzał w dół. Deidree miała rację – jej dekolt był centymetr pod jego brodą. Zobaczył nawet delikatny fiolet koronki. Szybko odwrócił wzrok. Dziewczyna roześmiała się i wplotła rękę w jego włosy.
-Hej, przecież jesteś Jamesem Potterem. Stanik to chyba dla ciebie nic nowego. – mruknęła, a potem delikatnie się od niego odsunęła. Wyplątała rękę z jego włosów, musnęła jego policzek ustami. I odeszła. Przy drzwiach zrobiła do niego zachęcającą minę.
-Rogaś, ona widocznie ma na ciebie chrapkę… Korzystaj, bo to trudna sztuka, mi się nie dała… - rzucił do niego Syriusz, szczerząc zęby.
James zastanawiał się, o co dziewczynie chodzi. Tego, że grała, był pewien. Ale chyba dostrzegł jakiś błysk w jej oku, gdy dotknęła jego włosów? A może to tylko gra światła? Postanowił zaryzykować. Podniósł się i wyszedł za dziewczyną. Kilka osób uśmiechnęło się do niego znacząco, jednak zignorował to. Był pewien, że plotka o tym, że James Potter w końcu ma dziewczynę, i nie jest nią Lily Evans, jeszcze dzisiaj obiegnie cały Hogwart.
Czekała w wyłomie korytarza. Niepewny, stanął przed nią. Nie była już tą dziewczyną sprzed pięciu minut, która wplotła rękę w jego włosy (swoją drogą, to był pierwszy raz, gdy ktoś to zrobił, i musiał przyznać, że było to całkiem przyjemne). Teraz była taka, jaką ją czasem widywał, gdy dyskutowała z kimś zawzięcie lub słuchała czegoś interesującego - była skupiona.
-Jesteś skończonym kretynem. – rzuciła na dzień dobry. James trochę się zapeszył, ale w duchu przyznał jej rację.
-Hej, powiedziałaś to już drugi raz w ciągu godziny. Mam jakiś limit obelg… - mruknął.
-Stwierdziłam fakt. Jeśli mam kłamać, to równie dobrze mogę stąd iść. – czekała na odpowiedź. Chłopak zastanawiał się, czy jest sens z nią rozmawiać i stracić dumę? Czy może jednak powie mu coś interesującego o Lily?
-Zostanę. Nie dla ciebie, dla niej. Więc, interesujesz się Rudą już 6 lat. I nie masz żadnych osiągnięć, żadnej randki, prawda? – spytała. James znowu się zapeszył.
-O co ci chodzi? Robisz sobie ze mnie jaja? – spytał ostro. Parsknęła.
-Nie, kołku. Spróbuję ci pomóc.
-W czym? W zdobyciu jej? To nie ma sensu… - mruknął Rogacz.
-Jeśli naprawdę myślisz o zdobyciu, to faktycznie, nie ma sensu. Bo widzisz, ona nie jest typem, który się zdobywa. Ona w ogóle nie jest żadnym typem. Jest inteligentna, a to wyklucza zdobywanie. Nie, Casanovo, ją musisz poznać. Aha, Casanova to…
-Wiem, kto to Casanova. A o Lily wiem wszystko. Dzięki za pomoc, ale chyba…
-Wiesz, kim był Casanova? Skąd? – przerwała mu ze zdumieniem. A kiedy się zarumienił, roześmiała się.
-Czytasz dla niej mugolskie książki. Naprawdę ją kochasz! – powiedziała, uśmiechając się. James zacisnął zęby i wstał.
-Przestań, nie śmieję się z ciebie. Po prostu się cieszę, że jest jeszcze jakiś porządny facet na tej ziemi. – chłopak nadal stał.
-James, ulubiona pora dnia.
-Nie jestem pewien, ale chyba zachody słońca. Lubi obserwować je z wież albo z błoni. Uśmiecha się do siebie, lubi te kilkanaście minut spędzonych samotnie. – odpowiedział, uśmiechając się na myśl o promiennej twarzy Rudej, o jej oczach, gdy odbijają się w nich czerwone i złote promienie.
-Ale nie jest wtedy sama. Jesteś z nią… tylko jak? – pyta Dei. James wzrusza ramionami, a dziewczyna nie naciska. W końcu wstaje.
-No dobra, idę. Spróbuj dowiedzieć się o niej więcej, tylko dyskretnie.
-Więcej? – pyta z powątpieniem James.
-Tak, więcej. Nigdy nie dowiesz się wszystkiego, ale im więcej, tym lepiej. Dla was obojga. – stwierdza dziewczyna i odchodzi. Chłopak zawstydza się trochę – Dei miała rację, nie jest możliwe, by ktoś wiedział o drugiej osobie wszystko. Jestem trochę za bardzo pewny siebie. – pomyślał.
Wrócił do dormitorium, gdzie zastał Lunatyka. Mimo że jego zdrada nadal bolała, gniew wyparował.
Lupin spiął się, gdy James wszedł do pokoju i cicho zamknął za sobą drzwi.
-Remus…
-James… - powiedzieli jednocześnie i zamilkli.
-Przepraszam. – rzucił Lunatyk cicho, z wahaniem. Rogacz po chwili kiwnął głową, a Remus odetchnął z ulgą.
-Opowiedz mi o niej. – poprosił James, kładąc się na łóżku, twarzą do przyjaciela. Blondyn zawahał się.
-Nie chodzi mi o sekrety, tylko o zwykłe rzeczy. Co lubi jeść, gdzie chodzić, co robić…
-Przecież wiesz. – mruknął zdziwiony Lunatyk. Jim westchnął i przewrócił się na plecy, zakładając ręce pod głowę.

-Wiem. Ale… chyba powinienem wiedzieć inaczej. Powinienem wiedzieć, bo ona powinna chcieć, żebym wiedział. Powinna mi na to pozwolić…– powiedział cicho.
-Poznać siebie… tak. Powinna. – mruknął jeszcze ciszej Remus.

***

Lily cicho zamknęła drzwi dormitorium i oparła się o nie. Jak on śmiał zrobić coś takiego? Jak śmiał odrzucić jej wyciągniętą dłoń? – myślała gorączkowo, podchodząc do okna. – Przecież ugania się za mną od 6 lat! O co mu chodzi? Czy to było tylko tak, dla rozrywki? – źrenice rozszerzyły się ze zdumienia, lecz mózg zapamiętale pracował. - Może właśnie na ten moment czekał przez 6 lat? Nie na moment spotkania, tylko na moment upokorzenia mnie? – ta myśl ją zmroziła. Stała przez chwilę, wpatrując się tępo w ognistą kulę. Lecz zaraz otrząsnęła się – Nawet, jeśli faktycznie chciał mnie upokorzyć, to mu nie wyszło. Nikt oprócz mnie i Jamesa nie wiedział, o co naprawdę chodzi… Mimo to boli. Bo… przecież przez te 6 lat mnie okłamywał. Nigdy nie zrobił nic szczerego, a wszystkie jego słowa były fałszywe, wcześniej ustalone. Nie był tym miłym, roztrzepanym chłopakiem, za którego wszyscy go uważali. Był żądny zemsty za kilka upokorzeń, które przeze mnie przeżył. – myślała. Zaczęła chodzić po pokoju, intensywnie rozmyślając. -Teraz już wiem, czego chce, i on wie, że ja wiem. Może po prostu dam mu się odegrać? Nie chcę czekać, aż on wymyśli coś naprawdę… niemiłego. Taak, sama dam mu okazję, to najlepszy sposób. Niech się, na zgniłego trolla, odegra. Niech patrzy, jak odwracam się i znikam. A wtedy wszyscy zobaczą prawdziwego Pottera. Jaki jest, kiedy zdaje sobie sprawę, że mu nie wyszło. – pomyślała. Stała przy oknie, patrząc na Zakazany Las, lecz go nie widząc. Ostatnie promienie słońca odbijały się w wodach jeziora. Nawet nie zauważyła, że jest już tak późno. Wolno odwróciła się od okna, nie chcąc patrzeć na czerwoną kulę znikającą za horyzontem. Nie chciała czuć ciepłych promieni na twarzy, wyobrażać sobie, jak po drugiej stronie półkuli budzą się ludzie. Nie chciała myśleć… osunęła się nad podłogę i ukryła twarz w dłoniach. - Głupek, fałszywy kretyn, imbecyl… Jak on mógł… I jeszcze ta Andersoon… Cała ta sytuacja jest chora, bez sensu… im szybciej ją zakończę, tym lepiej… Porypaniec… Chory porypaniec…
Jakiś czas później ktoś głośno otworzył drzwi i wparował do pokoju. Carmen, widząc klęczącą w rogu Rudą, podeszło do niej wolno.
-Co się stało? – spytała cicho. Zawsze zachowywała zimną krew, niezależnie od sytuacji. Za to Lily ją kochała – nigdy nie nalegała, by wyjawiać jej sekrety, przez co idealnie nadawała się na powiernicę. Właśnie za piękno i chłód kochały ją tłumy chłopaków. Nigdy nie owijała w bawełnę, była cicha i spokojna.
-Nic mi nie jest. – chrypi Ruda, połykając ślinę.
-To były łzy rozpaczy? –pyta ostrożnie Latynoska. Evans próbuje parsknąć śmiechem, lecz nie za bardzo jej to wychodzi, i w efekcie powstaje coś na kształt kaszlnięcia.
-Nie. Gniewu. Ale nie bój się, już mi przeszło. Jest dobrze, a nawet lepiej. – mówi, wstając. Znowu spróbowała się uśmiechnąć, i tym razem się jej udało. Carmen niepewnie wyciąga rękę, a Lily pomaga jej wstać, pociągając ją do góry silnym, zdecydowanym ruchem. Ciemnowłosa otrzepuje z niewidzialnego pyłku sukienkę i siada na łóżku. Mimo, że nie pyta, ba, nawet nie podnosi wzroku, Ruda postanawia coś powiedzieć.
-Nic się nie stało. I tu akurat nie kłamię. – Lily szczerzy zęby i pada na właśnie posłane łóżko. Jedna idealna brew ciemnowłosej podjeżdża do góry.
-Można płakać bez powodu?
-Wychodzi na to, że można. – odpowiada żartobliwie Ruda, ściągając ubranie. Druga idealna brew Carmen podjeżdża do góry – Lily nigdy nie była impertynencka w stosunku do nikogo. Niezależna - owszem, broniąca swoich praw i ideałów - jak najbardziej, ale nigdy nie była niemiła. Uznano ją za jedną z najbardziej miłych i sympatycznych osób w Hogwarcie. Rudą ewidentnie coś musiało wyprowadzić z równowagi. A raczej ktoś… Latynoska ze złości zmrużyła oczy (wcale nie myśląc o czekających ją w przyszłości zmarszczkach). Wbiła swoje idealnie czerwone paznokcie w nadgarstki i zastanawiała się, co zrobić. Zemsta musi być bolesna. Niech dupek odpłaci za łzy Lily swoimi. Niech płacze i wrzeszczy, albo gorzej – niech zamknie się w sobie i zamilknie. Tylko… jak to zrobić? I co? Coś, co ugodzi go w samo serce. Na czym mu najbardziej zależy? Kiedyś odpowiedziałaby, że na Lily. Ale teraz… zostali mu tylko jego przyjaciele od siedmiu boleści… A tego zrobić nie może, po co mają cierpieć niewinni… więc co… - nagle zamarła z paskudnym uśmieszkiem na ustach. No tak. Oczywiście, że wie, jak zranić Jamesa Pottera jeszcze bardziej, niż on zranił Lily.
To będzie nawet prostsze, niż można sobie wyobrazić.
-Carmen… Nie lubię, gdy się tak uśmiechasz. – mówi Lily, siadając obok Latynoski. Ta wzrusza ramionami i przybiera obojętny wyraz twarzy.
-Wiem, że planujesz coś okropnego. Nie rób tego… Nawet nie wiesz, co Potter zrobił. Tak właściwie to nic… Poza tym, pamiętasz, że ostatnio o mało co nie wyleciałaś ze szkoły? Za ten numer z Cornenrem? – mówi Ruda, zaczynając czesać gęste, ciemne loki przyjaciółki.
-Wiesz, co zrobił Jo. Zasłużył. A co do Pottera… gdyby nic nie zrobił, to byś nie płakała. – Lily wzdycha.
-Może to ja zrobiłam coś nie tak?
-A zrobiłaś? – pyta natychmiast Carmen. Ruda zagryza wargi.
-Carmi… Nie rób tego. Chcę to po prostu skończyć. Sama, dobrze? Bez żadnej zemsty… ani nic w tym rodzaju. – ciemnooka powoli kiwa głową.
-Carmen.
-Nic mu nie zrobię. – obiecuje ciemnowłosa. Lily wzdycha. Historia dzisiejszego wieczoru sama wypływa jej z ust. Latynoska milczy, malując Rudej paznokcie.
-Naprawdę wierzysz w to, co powiedziałaś? – pyta. Zielonooka dziwi się.
-Tak, wierzę. Ty nie? – pyta z ciekawością.
-Nie. On po prostu chciał się odegrać. Kocha cię, i w ten sposób odgrywa się za plotki o Jabbo. – Lily jeszcze bardziej się dziwi.
-Skąd wiesz?
-Wszyscy wiedzą. Ale nieważne… wiesz, że odkąd się przyjaźnimy, zawsze was chroniłam. Zrobiłam dużo paskudnych rzeczy, najczęściej słusznie. Jednak było kilka przypadków, gdy ucierpieli niewinni. – mówi ciemnooka, spoglądając Rudej w oczy. Ta kiwa głową.
-Ale zauważ… nigdy nie chroniłam cię przed Potterem. Nigdy nic mu nie powiedziałam, nic nie zrobiłam. Wiesz czemu? – zielonooka milczy, spuszczając głowę.
-Bo on naprawdę cię kocha. Jest mądrym, przystojnym, dowcipnym facetem. I cię kocha. Wiesz, czemu nic mu nie zrobiłam. – Lily kiwa głową.
-Bo mnie kocha i jest mądrym, przys… - powtarza po przyjaciółce Ruda.
-Nie. Bo on jest porządny. Nie sprawdziłam go. Po prostu to wiem. – przerywa jej cicho Latynoska i gładzi Rudą po głowie.
-Jest porządny. – powtarza, ścierając pojedynczą łzę z bladego policzka.

[ 289 komentarze ]


 
Pani Jadzia z Hogwartu
Dodał/a Lily lub JamesŚroda, 03 Czerwca, 2009, 15:24

Remus zaklęciem zatamował krwawienie z nosa, ale nie zrobił nic z szczęką. Czuł się winny, mimo, iż między nim a Lilly nic nie zaszło. Zgarnął prezenty od Lilly z powrotem do koszyka i ruszył w stronę Skrzydła Szpitalnego.
Levi parsknął na widok ucznia, ale zaraz spoważniał.
-Hej, przecież to nie pełnia… - rzucił do niego zdziwiony. Remus nigdy się z nikim nie bił (przynajmniej pod ludzką postacią), medyka złapał więc lekki szok.
-Siadaj... – rzucił mężczyzna podsuwając słaniającemu się Remusowi łóżko i odkładając pasztecik na talerz. Towarzyszący mu chłopak również przerwał jedzenie i poszedł do pokoju medyka po potrzebne leki. Levi za to zbliżył się do jęczącego Remusa.
-Chłopie… ktoś ci po prostu przywalił. – mruknął, oglądając szczękę Lupina.
-O o y ie ojes… - zaseplenił wściekle chłopak. Medyk domyślił się, że była to ironia.
-Sorry, Rem, to było głupie. Nos też masz złamany… Zatamowałeś tylko krwawienie… Przecież z twoim doświadczeniem mógłbyś się sam poskładać… Czyli chcesz, żeby bolało. Czujesz się winny, więc przypuszczam, że lanie dostałeś zasłużone… A zasłużone lanie dostaje się tylko od kumpli… Czyżbyś kręcił z Rudą…? – myślał głośno Levi strzykając palcami, a na końcu zaśmiał się z własnego żartu. Ale widząc dziki wyraz twarzy Remusa, bynajmniej nie spowodowany obrażeniami, westchnął. Lecz zanim zdążył coś powiedzieć, wrócił towarzysz Leviego.
-Medikamenta… hmm, nie wiem, czy się przydadzą, Jabbo. On chce czuć ból.
-W twojej głowie powstają nonsensy. Niczym nieugruntowane fanaberie. – rzucił Jabbo ni to do Remusa, ni to do Leviego. Medikamenta postawił na szafce obok łóżka Remusa.
-Jabi ma rację, Rem. Jak chcesz cierpieć, to cierp w inny sposób. Ale nie mogę cię poskładać bez twojej zgody, chłopie… Decyduj. – Zanim Luni zdążył pomyśleć, towarzysz medyka machnął różdżką. Lupin poczuł, jak kości wędrują na swoje miejsce, złączają się, zrastają…
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!! – wrzasnął. Bo Jabbo zastosował zaklęcie bez efektu paraliżu mięśni i nerwów… Medyk wyszczerzył zęby.
-Boli jak cholera, co? – zachichotał. Remusa nadal rwała cała twarz, ale kiwnął głową.
-Dzięki. – mruknął do chłopaka i przyjrzał mu się uważnie. Jabbo był blady i miał delikatne brązowe piegi, brązowe włosy, ciemnoniebieskie oczy. Był wysoki i szczupły. Mógł mieć jakieś 15 lat…
-Poboli, poboli, i przestanie… tylko nie jedz krówek ani karmelu… - rzucił wesoło medyk.
-Joyce Levi, on jest czarodziejem, nie mugolem…. – mruknął Jabbo, nadal wpatrując się w Remusa.
-Jare, jare… mój błąd. Sorki. – zaśmiał się medyk, drapiąc się po głowie.
-Jak ty skończyłeś Hogwart? I Akademię Najwyższą? – rzucił cicho Jabbo, odwracając się od Remusa i idąc po kanapkę.
-Hej, nie pozwalaj sobie… jestem starszy… - zaperzył się Levi. Szatyn rzucił mu wymowne spojrzenie, więc medyk prychnął.
-No, Remi… będzie dobrze. Jak chcesz, to możesz tu poleżeć, ale wnioskuję, że nie chcesz, więc idź. – zagderał Joyce. Remus spojrzał na swojego przyjaciela, szkolnego medyka, Joyce’a Leviego, absolwenta Hogwartu i Akademii Najwyższej. Chudego 27-latka o wesołym usposobieniu i tym nieuchwytnym czymś, co przyciągało do niego ludzi. Nawet Jacoba Marcusa Andersona, byłego kapitana drużyny Ravenclaw, chłopaka z przeszłością i bez przyszłości.
Joyce zauważył jego spojrzenie i westchnął prawie niezauważalnie. „Później” – wyczytał Remus z jego ust. Nie sprzeciwiał się, wstał i wyszedł.
-A, i podziękuj Rudej za maź! Zatrzymam ją – krzyknął za nim, znów wesoło, Levi.
***
Drzwi SS znowu się otworzyły i do środka wszedł wolnym krokiem Syriusz Black. Jabbo cały się spiął, a Levi udał, że niczego nie zauważył.
-Co tam, C.B.? – mruknął do niego przyjaźnie medyk.
-Nie mów tak o mnie, medyku od siedmiu boleści…
-Przecież to twoje inicjały… Nie ważne. Co tam? – Syriusz prychnął i wyciągnął do niego rękę.
-Ojej, rączka poszła? A łóżko też…? – zachichotał medyk.
-Kiedyś cię zabiję… - mruknął Black, ale mimowolnie się uśmiechnął.
-Aha, aha. I kto będzie wtedy leczył złamane serca…? Uprzedzam, że do naprawiania łóżek się nie nadaję… Poproś Flitcha… - mruknął Levi, wyciągając różdżkę i naprawiając rękę Łapie. Chłopcy parsknęli, i dopiero wtedy Syriusz zauważył Jabbo.
-Cześć. A tobie co się stało? – zapytał przyjaźnie Black.
-Słucham? – zdziwił się Krukon.
-No… to jest Skrzydło Szpitalne… - rzucił inteligentnie Łapa. Jabbo odetchnął.
-Wyrównuję mu sufit. – mruknął medyk.
-Aaa… czyli główka… To chyba lepiej, niż łóżko… - wyszczerzył zęby do Jacoba, a ten się uśmiechnął.
-Hej, ja cię skądś znam… Czy ty nie byłeś w trzeciej klasie kapitanem Krukonów? – spytał Black, przyglądając się szatynowi. Ten kiwnął głową, spinając się.
-Czemu przestałeś? Sorry, ale Ryan to tyłek trolla jeśli chodzi o quiditch…
-Miałem… wypadek.
-Aaa… i jeszcze leczysz kontuzję? Łapię. – Syriusz uśmiechnął się do Jabbo i zabrał poskładaną już rękę ze stołu. Zgiął ją i rozprostował, zgiął i… Łup. Levi parsknął śmiechem. Kość wskoczyła na swoje miejsce.
-Bolało… Gnojek z ciebie… - mruknął niewyraźnie Black. Medyk wyszczerzył zęby.
-Dobra, idę. Muszę jeszcze… coś zrobić. – zakończył niezgrabnie Czarny.
-Cześć gnojku, cześć… właściwie jak cię zwą? – zapytał szatyna.
-Jabbo.
-OK. Cześć Jabbo, cześć gnojku. – krzyknął Syriusz już przy drzwiach. Zamknęły się, zanim przebrzmiały jego słowa.
***
-Expelliarmus! – i postać placnęła na podłogę. Przy świetle różdżki medyk rozpoznał Jima. Cofnął zaklęcie, zapalił światła, przeniósł chłopaka na łóżko. Przyjrzał mu się i westchnął. W wyniku zderzenia z podłogą James zemdlał, ale to chyba lepiej dla niego. Składanie nieprzytomnego będzie łatwiejsze niż przytomnego. Nie będzie odczuwał bólu. Levi poszedł po medikamenta i zabrał się do pracy.

Był środek lata, Dolina Grodricka. Urządzał przyjęcie na cześć rodziców. Pomagała mu jego dziewczyna i najlepsi przyjaciele – Lily, Syriusz, Remus… Glizda oczywiście gdzieś się zaszył z jedzeniem… Słońce świeciło, kumple poszli po piwo kremowe do piwnicy, a on i Lily siedzieli w cieniu drzewa trzymając się za ręce. Zbliżył się do niej i poczuł dotyk na ramieniu…
-James… James… obudź się… - chłopak otworzył oczy i zaklął cicho, światło świecy go raziło.
-Nie mogłeś pół minuty później… - mruknął, poprawiając okulary i siadając. Nie czuł już bólu.
-Gdzie się szlajałeś? Nie, to głupie pytanie… zresztą, różdżka ci w oko… - medyk odwrócił się i odszedł.
-Levi… przepraszam… chodź tu… - szatyn opadł na poduszki. Był wykończony. Joyce podał mu tabliczkę czekolady, znów podchodząc do łóżka.
-Jak już się domyśliłeś, najpierw była bójka. Potem sam komuś przywaliłem… - tu spojrzał na opuchniętą dłoń.
-Tego nie zauważyłem… Ale chyba ci się należy. – powiedział cicho medyk. James westchnął.
-Taa, nie powinienem był… Hmm… później…
-…poszedłeś tajnym przejściem do Hogsmeade. I wałęsałeś się sam po niebezpiecznej okolicy. – szatyn uśmiechnął się przepraszająco. Nie pytał, skąd Levi wie. Bardzo prawdopodobne było to, że Joyce wiedział już wszystko o dzisiejszym dniu… każdego z uczniów Hogwartu.
-Rogasiu, nie wiem czy wiesz, ale nie jestem zmieniaczem czasu… - chłopak pytająco uniósł brwi.
-To znaczy, że ja naprawiam, a nie przywracam stan ciała sprzed wydarzeń.
-Załapałem. – mruknął obojętnie chłopak.
-Nie załapałeś. Jakbyś załapał, to byś się zerzygał. – mruknął gniewnie Levi. Ponieważ Rogacz nadal nie poruszał się, medyk prychnął i odszedł.
-Jak dojrzejesz albo coś się stanie, to przyjdziesz. Nie gniewam się. Nie miałem nigdy dziewczyny, więc nie wiem jak to jest, ale… hmm… z Rudą to nie jest tak, jak myślisz. – powiedział cicho. James zastanowił się. Levi nigdy nie mówił niepotrzebnych rzeczy. Jak teraz – nie powiedział, jak każdy dorosły czarodziej, że James zachowuje się jak smarkacz, że każdy przez to przechodził. Nie pytał, nie wrzeszczał. Nie kłamał… Zaraz… NIE KŁAMAŁ?!?!?! Chłopak zerwał się z łóżka i dopadł do medyka, ale ten przecząco pokręcił głową.
-Ty i te twoje święte zasady… - zaklął Potter i popędził do dormitorium.
***
-Levicorpus! – sapnął James. Lunatyka poderwało z łóżka, ale nawet nie pisnął. Jim rzucił Muffliato na Glizdogona – on nie był w to zamieszany.
-Co to znaczy, że nie jest tak, jak myślę? – syknął szatyn, budząc Syriusza. Ten usiadł i oparł się o ścianę, przyglądając się dziwnej scenie.
-To znaczy, że nie kocham Lily. To znaczy kocham, ale nie tak jak ty. Po prostu jak kumpel.
-Kochasz ją …jak kumpel? – Jamesa przytkało z wściekłości.
-To znaczy, że spotykasz się z nią regularnie? Że rozmawiacie? Że… - tu utknął. Remus wiedział, o co mu chodzi.
-Tak, jak znikam na noc gdy nie ma pełni, to śpię u niej. – powiedział. James opuścił różdżkę i zrezygnowany usiadł na podłodze. Remus z cichym tąpnięciem opadł na łóżko.
-Skoro… znasz ją… właściwie… jak…?
-Pytasz, czemu ona nie ma oporów, żeby ze mną gadać, mimo iż jestem twoim kumplem?
-Byłeś moim kumplem. – rzucił cicho Jim, ale blondyn go zignorował.
-Hmm… bo wie, że nie jestem taki jak wy. To znaczy ona myśli, że jesteście inni niż ja, ale to skomplikowane… Poznaliśmy się jeszcze w pociągu w pierwszym roku… Zagadało do mnie, bo czytałem jakąś książkę, byłem sam. Właściwie, znam ją dłużej od was. Jest jednym z moich najlepszych przyjaciół. Ale to wszystko, nigdy nas do siebie nie ciągnęło, nie było żadnej chemii…
-Chemii? – zdziwił się Black.
-To znaczy, że między nimi nie iskrzyło. – rzucił niecierpliwie Jim. Syriusz przeklął Remusa… Przecież Rogacz tyle robie dla tej rudej, nawet czyta mugolskie książki dla dziewczyn i prenumeruje gazety, na wypadek gdyby zechciała się w końcu z nim umówić i nie mieli o czym rozmawiać… A Lupin nawet słowem nie pisnął, by im to ułatwić…
-Widzisz… nie mogłem ci pomóc, bo…
-Nie chciałeś jej do mnie zrazić? Nie chciałeś, żeby się zniechęciła? – zapytał gorzko James. Remus zastanowił się.
-Właściwie to… nie chciałem, żebyście byli razem. Byłem zazdrosny, że mi ją zabierzesz… A ona… chyba podświadomie… Cały czas czekała na jakiś znak ode mnie… że nie jesteś taki zły. – James milczał. Po chwili wstał i położył się na łóżku, tyłem odwracając się do Lunatyka. Ten zrozumiał i również milczał.
***
Lilly westchnęła z ulgą, widząc Jamesa całego, gdy wyłaniał się z Zakazanego Lasu. Całe popołudnie spędziła czekając na jego powrót przy oknie. Bała się, że przez głupie nieporozumienie coś może mu się stać… Zaraz, bała się, że coś może mu się stać? Czyżby się o niego troszczyła…? O Pottera, tego kretyna? Nie, błagam… - nie dopuszczała do siebie tych myśli. W końcu była Lily Evans, jedyną dziewczyną, która oparła się temu idiocie… On nie może jej się podobać. To w końcu nie brazylijska telenowela, do tłustego trolla! Odetchnęła. Taak, życie to nie opowiadania z „Młodej Czarownicy”, którą prenumerowała Carmen. Albo te wszystkie mugolskie, romantyczne historie. To się po prostu nie może tak skończyć. Nie on. Nigdy.
NIE James Potter.
***

[ 903 komentarze ]


 
Nieładnie, Remi. Nieładnie.
Dodał/a Lily lub JamesPoniedziałek, 20 Kwietnia, 2009, 22:32

Lily przemykała korytarzami Hogwartu. Nasłuchiwała szeptów i kroków, cichych rozmów i głośniejszych stukotów. Tak, ukrywała się. Przed kim? Westchnęła i oparła czoło o zimny mur obok drzwi kuchni. Nagle ktoś obok niej cicho się roześmiał. Szybko odskoczyła.
-Nie wiedziałem, że jestem aż taki straszny, że musisz ukrywać się jak zbieg… I to w kuchni. Brakuje ci tylko długiej peleryny zarzuconej tak, by skrywała twarz. – śmiał się Jabbo. Lily zaklęła.
-Jak mnie znalazłeś? – spytała. Zaprzeczanie temu, że się ukrywała, byłoby żałosne… Ale czy cała ta sytuacja nie była żałosna?
Chłopak wzruszył ramionami.
-Przypadek. Właśnie niosłem kolację… przyjacielowi. – rzucił z uśmiechem, wskazując na koszyk w lewej dłoni, ale Lily wyczuła w jego głosie nutkę wahania, gdy wspominał o przyjacielu.
-Czyli mnie nie prześladujesz? Mogę czuć się bezpieczna? – spytała, wypuszczając powietrze i oddychając głęboko. Chłopak znowu się uśmiechnął.
-Nie prześladuję cię, ale bezpieczna… - tu nachylił się ku niej, a ona, wbrew rozsądkowi, nie ruszyła się – będziesz tylko ze mną. – mruknął cichutko do jej ucha. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać i wybuchła śmiechem.
-Daj spokój, zachowujesz się jak napalony nastolatek, a nie uprzejmy młody człowiek, którym byłeś dawniej. – Jabbo popatrzył na nią i westchnął.
-Wybacz, kumple mówili, że tak to się robi… - i podrapał się za uchem.
-Nie martw się. – poklepała go po plecach.
-Będzie gorzej. Więc teraz jest lepiej. – Jabbo parsknął na takie słowa pocieszenia.
-Czyli nie będziesz się już ukrywać?
-A nie będziesz już tak gadał?
-Spróbuję… - zapadła cisza. Jedna z tych miłych, przyjemnych cisz między dwoma ludźmi, którzy znaleźli porozumienie. Szli więc w tej sympatycznej ciszy, a każde uśmiechało się do swoich myśli.
-To ja tu… pójdę… - zawahała się Lily.
-W drugą stronę?- podsunął Jabbo, a jedna z jego ciemnych brwi podjechała do góry.
-Tak, po prostu w drugą stronę. – dziewczyna uśmiechnęła się z ulgą i poczekała, aż chłopak odejdzie, po czym zawróciła i poszła tam, skąd przyszła.
***
-Trzymaj. – Ruda rzuciła Remusowi paczkę owiniętą białym papierem. Chłopak pociągnął nosem i rozdarł opakowanie.
-Mm… czekolada, paszteciki, sok z dyni… a to co? – Lupin odłożył nadgryzionego pasztecika i wyciągnął słoiczek z białą mazią. Przyglądał mu się podejrzliwie. Dziewczyna usiadła obok niego na łóżku Syriusza i wyciągnęła spod poduszki jakąś gazetę.
-Krem. – mruknęła, przewracając kartki. Westchnęła.
-Czy on nie może mieć normalnych rzeczy? – mruknęła w stronę Remusa, odrzucając pismadło ze wstrętem. Lupin nieufnie wąchał mazidło.
-Hmm? Syriusz? On właśnie ma normalne rzeczy. – powiedział chłopak, odstawiając słoiczek na szafkę, ale Ruda szybko skoczyła na równe nogi i porwała maź.
-O nie, tak szybko się jej nie pozbędziesz… Żeby to zrobić musiałam wydębnić od Slughorna dodatkowe składniki… co nie było łatwe… Rozbieraj się! – rzuciła, groźnie mrużąc oczy.
-Lily, naprawdę doceniam twoje starania, ale…
-Ale już!- wrzasnęła, wyciągając różdżkę. Remus widząc, że dziewczyna nie odpuści, westchnął.
-Odwróć się. – Ruda parsknęła.
-Zjadłeś już pierwszego pasztecika, prawda? - chłopak zmarszczył brwi, ale zaraz się uśmiechnął.
-Jesteś przerażająca… - zdążył jeszcze powiedzieć, zanim osunął się nieprzytomny na łóżko Syriusza. Lily uśmiechnęła się wesoło, ściągając z chłopaka szatę.
-Ja nie, ale nieuwaga – jak najbardziej… - podśpiewując, smarowała świeże rany Lupina białym mazidłem, po czym zostawiła go, aby wysechł. Podeszła do okna i wyjrzała na błonia, aby sprawdzić, czy drużyna quiditcha wraca już z treningu. Zauważyła tylko Syriusza czytającego pod drzewem. „Pewnie znowu te swoje piśmidła” – pomyślała złośliwie.
***
Black, jakby wiedziony jakąś tajemniczą siłą, uniósł wzrok i zobaczył smukłą postać okalaną rudymi włosami, która wychylała się przez okno jego sypialni. Mrugnął, zdziwiony, i postać zniknęła. Już miał wstać i sprawdzić czy to omamy, czy kac, lecz usłyszał wesołe pokrzykiwania drużyny Gryffindoru i zaniechał. Dołączył do kapitana i westchnął. James jak zwykle tryskał radością i skupiał wokół siebie uwagę wszystkich ludzi. Potter poklepał go po plecach.
-Kac dokucza? – rzucił do kumpla, widząc jego kwaśną minę.
-Choć, odniesiemy miotły, i powiesz mi, kto dał ci kosza… - rzucił pocieszająco do kumpla. Syriusz oczywiście potraktował to jako obrazę majestatu i prychnął.
-Czyli kac… - mruknął wesoło kapitan, patrząc w niebo. Szturchnął Syriusza i spróbowali cichaczem odłączyć się od grupy, ale…
-Cześć, James!
-Do następnego!
-Trzymaj się! – zabrzmiał grad głosów.
-Taa, i ty też się nie puszczaj!* – odkrzyknął wesoło Jim, co wywołało salwę śmiechu wśród oddalającej się grupki. Black pokręcił głową i wepchnął ręce do kieszeni.
-Przestań, baranie. – mruknął nagle James. Łapa myślał, że się przesłyszał, ale nie – przyjaciel patrzył na niego uważnie, i znów wypowiedział te słowa.
-Przestać co? – spytał głupkowato Black.
-Te całe podrywy, tą hipokryzję, to… wszystko. – i zatoczył ręką koło, ale jego oczy pozostały poważne.
-Widzę, że po 6 latach kochania się w Pannie Idealnej nadal nie umiesz formułować przejrzystych zdań… nie dziw się, że cie nie chce… - parsknął Black i odszedł.
-Właśnie o tym mówię! To się nazywa ucieczka! – krzyknął za nim Jim, ale tamten tylko machnął ręką. To rozsierdziło Pottera i… rzucił się na kumpla, powalając go na ziemię. Przetoczyli się tak kilka metrów…
-Czy ciebie totalnie ************? – sapnął Syriusz, próbując zepchnąć z siebie Jamesa, ale ten mocno przygniatał go kolanami do murawy.
-To ciebie totalnie ************. – wrzasnął Jim.
-Marnujesz sobie życie, szlajasz się za tymi pan…- Syriusz nie pozwolił mu dokończyć – jego zaciśnięta pięść sympatycznie przywitała się ze szczęką kumpla. Zaskoczony kapitan z impetem spadł z Blacka i potoczyli się dalej. Teraz to Łapa był na górze.
-Nie mam zamiaru słuchać porad życiowych od kogoś, kogo własny żywot jest marny i zazdrości mi popularności, bo sam nie umie zaciągnąć do łóżka jednej panny!!! – wrzasnął Black. Po oczach Rogacza poznał, że przesadził. Tym razem to on strzelił kumpla pięścią w zęby trzonowe. Syriusz spadł na trawę. Dyszeli obaj.
-Gnój. – mruknął James, wypluwając krew.
-To dlatego tak śmierdzisz. Wszystko jasne… - sapnął w odpowiedzi Black. Po chwili tarzali się po trawie, okładając się pięściami i kopiąc.
***
-Remus… chyba mamy problem. – rzuciła Lily z wahaniem, patrząc na błonia. Remus zapiął spodnie i zarzucił koszulę. Stanął obok dziewczyny, i wyglądając przez okno, uśmiechnął się.
-To im pomoże odreagować. – zachichotał. Dziewczyna wzruszyła ramionami i spojrzała na Lupina.
-Zapiąłbyś tą koszulę… - mruknęła, kręcąc głową, i sama wykonując wspomnianą czynność.
-To byłaby hipokryzja, zważywszy na to, że pół godziny sama zdarłaś ze mnie szatę. – parsknął chłopak, ale nie zdjął jej rąk ze swojej klatki. Nad jej ramieniem nadal patrzył na kotłujących się na trawie chłopaków. Nagle James spojrzał na niego i zamarł, przez co oberwał w głowę, lecz nie zwrócił na to uwagi. Syriusz podążył za wzrokiem przyjaciela i zaklął. Zerwali się obaj i pędem rzucili w stronę zamku, w porę uciekając nadbiegającemu Slughornowi.
Remus również zaklął. (a prawda, że ta dzisiejsza młodzież niewychowana…? :) - dop. autorki.)
-Lily, szybko, zwiewaj! – krzyknął i popchnął ją do wyjścia. Nie opierała się, ufała mu na tyle, by nie kwestionować jego decyzji. Po chwili, biegnąc korytarzem, zrozumiała.
-Widzieli nas, tak?
-Tak! Ty do dormitorium, ja do biblioteki! Szybko!!! – dziewczyna pędem wpadła do pokoju wspólnego i wbiegła do dormitorium. Na szczęście było puste. Szybko rzuciła zaklęcie, dając Remusowi dodatkowych kilka sekund.
Lupin podziękował w duchu Lily , gdy usłyszał huk zbroi rozbijającej się o podłogę i w tym samym momencie dopadł do drzwi biblioteki. Wpadł tam, i wyrównując krok z szaleńczego galopu (na szczęście pani Pince łajała jakichś pierwszaków i nie zauważyła jego brawurowego wejścia)do szybkiego marszu, porwał z najbliższej półki kilka tomów i dosiadł się do brązowowłosego chłopaka.
-Jeśli ktoś by pytał, to siedzimy tak razem od godziny, a ja tu byłem wcześniej, i prowadzimy uprzejmą, acz zaciekłą konwersację na temat – tu szybkie spojrzenie na okładkę książki i ciche przekleństwo - garnków w życiu mugoli… - rzucił szybko i przyjął wygodną pozycję oraz minę lekko znudzonego człowieka.
-A może lepiej walki goblinów z wampirami w XIV wieku? – spytał uprzejmie chłopak, podsuwając Remusowi książkę. Ten szybko ją chwycił.
-Dzięki… a więc… o co była walka? – spytał inteligentnie Remus i przyjrzał się swojemu rozmówcy. Jego oblicze nie wyrażało najmniejszego zdziwienia.
-Nieistotne. Wymyśl dalszy ciąg historii i jakie alibi mam ci zapewnić, abyś nie wpadł… - tu przerwał mu huk otwieranych drzwi.
-Po prostu graj idiotę. – rzucił jeszcze kątem ust Remus, na co tamten prawie niezauważalnie kiwnął głową. Więc obaj zdziwieni i jednocześnie zaciekawieni spojrzeli na drzwi. Pani Pince również patrzyła, po czym podeszła do nich. Lupin westchnął cichutko.
-Idiota – mruknął do siebie. Bibliotekarka oczywiście nie wpuściła obszarpanych, uwalanych błotem chłopaków do swej świątyni, wobec czego rzucali Remusowi wściekłe spojrzenia.
-Lepiej idź… jeśli masz zamiar strugać debila, to idź, i udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. – mruknął chłopak, pochylając się nad książką.
-Dokończymy kiedy indziej, ale ciekawie się z tobą rozmawiało. Cześć- rzucił głośno Remus i szybko podchodząc do wściekłych kumpli. Zamykając za sobą drzwi, zauważył delikatny uśmiech na wargach chłopaka. Ze zdziwieniem pomyślał, że był to pierwszy raz, gdy chłopak okazał uczucia…
-Zapewne powiesz, że byłeś cały czas w bibliotece. – powiedział James, ruszając spokojnie do dormitorium. W drodze nikt się nie odzywał, dopiero w sypialni rozgorzałą kłótnia.
-Naturalnie. Odrabiałem pracę domową. Ten chłopak ma bardzo ciekawe zapatrywania na świat… ale nieistotne. Co się wam stało? – zapytał zatroskany, oglądając ich rany. Patrzyli na niego podejrzliwie.
-Przecież to niemożliwe, żeby wydawało nam się to samo w jednej chwili… - mruknął James, targając włosy.
-Co się wam wydawało? – zaciekawił się Lunatyk.
-Że Lily cię ubiera. I że się obejmujecie. – powiedział odważnie Rogacz, unosząc podbródek. Lupin najpierw spojrzał na niego z politowaniem, później z niedowierzaniem, a widząc, że ten nie żartuje, wybuchnął śmiechem.
-Debile. – rzucił w końcu, kręcąc głową.
-To oczywiste, że ktoś rzucił na was zaklęcie… Ale co robiliście, to może być ważne… Ktoś was widział? – uporczywie pytał Lunatyk. Syriusz i Rogacz spojrzeli na siebie, w końcu sympatyczniejszy wzruszył ramionami, ale przystojniejszy pokręcił przecząco głową.
-Dajcie spokój… Nie wierzycie mi? Kretyni. – zaperzył się i ruszył do PW.
-Stój, kołku… Wierzymy. – mruknął James z ociąganiem.
-Najpierw James miał trening, stąd kurz, pył i błoto, a później się pobiliśmy. – rzucił Black, zdejmując koszulkę przez głowę i rzucając obok łóżka. Skierował się do łazienki. Lunatyk uniósł brwi.
-Wykąpcie się, a ja wam później opatrzę rany… Kretyni. – mruknął. James podszedł do niego i… rąbnął go pięścią w brzuch.
-Czuję jej perfumy. – rzucił do kumpla. Zacisnął rękę na jego koszulce i zawlókł do okna.
-Stąd doskonale widać miejsce, gdzie się biliśmy. – mruknął, celując w szczękę. Głuchy dźwięk, Remus stęknął, ale nie opierał się.
-A składniki na taką maź -tu wskazał podbródkiem na łóżko Syriusza- mogła wydębnić od Slughorna tylko Lily. Ciebie on nie lubi. No i ty nie pieczesz. – powiedział cicho i uderzył jeszcze raz, w nos. Remus jęknął, a Jim go puścił. Blondyn upadł na kolana i oparł głowę o wezgłowie łóżka.
-Rogacz… - zaczął Lunatyk. Brunet nawet na niego nie spojrzał. Wyjął koszulkę i po prostu wyszedł. Remus popatrzył na niebo, ale padł na niego cień.
-Luni, jesteś świetnym aktorem, ale to była z góry przegrana sprawa. Nie miałeś szans żeby wygrać, więc się nie przejmuj. Zabierz te śmieci z mojego łóżka, mówię też o tobie, i nie waż się do niego odzywać. Do mnie też. Jesteś najpospolitszym… po prostu… - Syriusz zamilkł na chwilę.
-Jesteś gorszy niż moja cała rodzina. – powiedział cicho i wyszedł. Remus skurczył się w sobie.
Często się wyzywali, ale tak Syriusz nie powiedział jeszcze nigdy. Do nikogo.


***

Zostałam ostrzeżona... Mmm, ta adrenalina ;]

[ 391 komentarze ]


1 2 3 4 »  

| Script by Alex

 









  
Newsy po angielsku:
Harry Potter's Page

  
Konkursy-archiwum

  

ŻONGLER
KSIĘGA HOGWARTU

Nasza strona JK Rowling
Nowości na stronie JKR!

Związek Krytyków ...!
Pamiętnik Miesiąca!
Konkurs ZKP

PAMIĘTNIKI : KANON


Albus Severus Potter
Nowa Księga Huncwotów
Lily i James Potter
Nowa Księga Huncwotów
Pamiętnik W. Kruma!
Pamiętnik R. Lupina!
Pamiętnik N. Tonks!
Elizabeth Rosemond

Pamiętnik Bellatrix Black
Pamiętnik Freda i Georga
Pamiętnik Hannah Abbott
Pamiętnik Harrego!
James Potter Junior!
Pamiętnik Lily Potter!
Pamiętnik Voldemorta
Pamiętnik Malfoy'a!
Lucius Malfoy
Pamiętnik Luny!
Pamiętnik Padmy Patil
Pamiętnik Petunii Ewans!
Pamiętnik Hagrida!
Pamiętnik Romildy Vane
Syriusz Black'a!
Pamiętnik Toma Riddle'a
Pamiętnik Lavender

PAMIĘTNIKI : FIKCJA

Aurora Silverstone
Mary Ann Lupin!
Elizabeth Lastrange
Nowa Julia Darkness!

Joanne Carter (Black)
Pamiętnik Laury Diggory
Pamiętnik Marty Pears
Madeleine Halliwell
Roxanne Weasley
Pamiętnik Wiktorii Fynn
Pamiętnik Dorcas Burska
Natasha Potter
Pamiętnik Jasminy!

INKUBATOR
Alicja Spinnet!
Pamiętnik J. Pottera
Cedrik Diggory
Pamiętnik Sarah Potter
Valerie & Charlotte
Pamiętnik Leiry Sanford
Neville Longbottom
Pamiętnik Fleur
Pamiętnik Cho
Pamiętnik Rona!

Pamiętniki do przejęcia

Pamiętniki archiwalne

  

CIEKAWE DZIAŁY
(Niektóre do przejęcia!)
>>Księgi Magii<<
Bestiarium HP!
Biografie HP!
Madame Malkin
W.E.S.Z.
Wmigurok
OPCM
Artykuły o HP
Chatka Hagrida!
Plotki z kuchni Hogwartu
Lekcje transmutacji
Lekcje: eliksiry
Kącik Cedrica
Nasze Gadżety
Poznaj sw�j HOROSKOP!
Zakon Feniksa


  
Co sądzisz o o zakończeniu sagi?
Rewelacyjne, jestem zachwycony/a!
Dobre, ale bez zachwytu
Średnie, mogłoby być lepsze
Kiepskie, bez wyrazu
Beznadziejne- nie dało się czytać!
  

 
© interREKLAMA.pl
strony internetowe szczecin - Wszystkie prawa zastrzeżone
linki