Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamiętnikiem opiekuje się Meg

  ...The end...
Dodał Malfoy Wtorek, 31 Marca, 2009, 19:02

Moi drodzy. Kochane Czytelniczki, Czytelnicy, Znajomi i Nieznajomi. Nie jestem w stanie pisać dla Was pamiętnika Dracona tak, jak dotąd. Próbowałam odnaleźć go w sobie, lecz nie udało się. Wiele zyskałam podczas pracy nad tym pamiętnikiem i tego nigdy nie będę żałować. Cieszę się, że dzięki temu poznałam również wielu wspaniałych ludzi. Dziękuję za wszystko. Szczególne podziękowania dla tych, którzy skomentowali wpisy w tym pamiętniku 740 razy. Tak, myślę, że średnio 9 komentarzy za wpis a 740 takich za 80 notek, to wynik, z którego możecie być dumni. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto przejmie ten pamiętnik i będzie pisał go ku równej bądź i większej Waszej uciesze, kochani :-) Ja pozostaję z Wami nadal jako Margot z pamiętnika Marty Pears (halo, co tam tak mało komentarzy? :P) oraz Marta G z ZKP. Dziękuję raz jeszcze ;*

[ 369 komentarze ]


 
80. Tajemniczy animag z wolna odsłania karty.
Dodał Malfoy Sobota, 21 Lutego, 2009, 20:52

Wybaczcie, że tak długo nic nie dodawałam, ale nie miałam czasu zająć się Draconem. Teraz już ten czas na nowo mam, sesja minęła, ulga w oddechu :-) Zapraszam też do Marty Pears ;*

- - -

9 sierpnia, poniedziałek, 22:19

Padam dosłownie z nóg. Państwo Rogers dostali dziś kopniaka energii i zaproponowali wycieczkę… statkiem. Tak, statkiem!
-Mam nadzieję, że żadne z was nie ma choroby morskiej?- zapytała Madam Rogers przed wejściem na pokład, patrząc na nas spod umalowanych rzęs i powiek. Nawet przegub, zdobny w markowy, złoty zegarek wygięła w teatralnym geście niepewności.
-Nie.- odpowiedzieliśmy Pansy i ja, chociaż przyznam szczerze: jak znaleźliśmy się na pokładzie, poczułem dziwny skurcz w brzuchu. A właściwie , zastanowiłem się, podchodząc do ławeczek i siadając na niej, skąd mam wiedzieć, że nie mam choroby morskiej, skoro nigdy wcześniej nie płynąłem statkiem? Wolałem sobie nie odpowiadać na pytanie i dla całkowitej pewności zamknąłem oczy. Tak zdecydowanie lepiej!
Wycieczka trwała półtorej godziny. Pani Rogers najpierw strasznie naciągała nas na stanie przy burcie i obserwowanie widoków oraz rozpryskujących się fal, ale po pół godzinie, gdy jej syn przypomniał, że przestała być pilotem wycieczek po ślubie, umilkła (wreszcie). Dzięki temu mogłem w ciszy zastanowić się nad dziwnymi zdarzeniami (zastanawianie się odsuwało na dalszy plan nieprzyjemne dolegliwości związane z kołysaniem statku), a było ich całkiem sporo.
Dlaczego ten facet się ukrywał? Dlaczego, skoro jest legalnym animagiem, jak mniemam, bardzo chciał pozostać niezauważonym? Co zrobił, że tak się bał ludzi, co miał na sumieniu? I jaką tajemnicę ukrywa Alex? Co się stało z jej rodzicami? , pytałem się, próbując dojść do racjonalnych wniosków lecz niestety, nie udało mi się to. Nagle statkiem wstrząsnęło porządnie, łupnęło w pokład i zrzuciło mnie z ławki.
-Co jest…?!- zacząłem, zły i z lekka przerażony tym, że serce podeszło mi do gardła.
-To normalne, silniejsza fala.- odpowiedziała mi pani Rogers, spokojnie stojąca przy burcie i wystawiająca twarz do słońca. Z trudem powstrzymałem się od grymasu.
-Wstawaj, stary.- mruknął Dan, podając mi rękę. Usiadłem na ławce i strzepnąłem spodnie. Dan miał szczególną minę.
-No?- zachęciłem go, oglądając się na jego starszych (byli zbytnio zajęci widokami, by zwracać uwagę na nas). Pansy stała za nim i też miała coś w oczach, co mnie zaintrygowało.
-Wiesz, gdzie leży Coast New, prawda?- zapytał Dan. Spojrzałem na niego, zastanawiając się, czy aby zadurzenie się w Alex nie pomieszało mu zmysłów, ale on nie żartował.
-Tak, raczej tak…- odpowiedziałem niepewnie, bo czego można spodziewać się po utajonych wariatach? Tacy są podobno najgorsi. -Ale nie zapytasz mnie, jak mam na imię, prawda?
-Co? Nie, skąd!- nie zrozumiał. -Chodzi mi o to, że…- zniżył głos do szeptu i pochylił się ku mnie konfidencjonalnie. -o dwie mile stąd znajduje się Fricon i… spójrz tu- podał mi wydanie Proroka Codziennego , którego nagłówek głosił: UCIECZKA GROŹNEGO WIĘŹNIA. Rzuciłem okiem na artykuł a potem na przyjaciół.
-Klik!- Pan pstryknęła palcami. -Zaskoczyłeś?
-Ożesz…- odpowiedziałem inteligentnie. -Czyli widzieliśmy tego Blacka tamtej nocy przy Coast New… wolał się pojawić tam, niż we Fricon, gdy każdy wie, że we Fricon jest punkt połączenia z Azkabanem. Ukrywał się, bo jest - zerknąłem do artykułu- mordercą, zbiegłym więźniem… to dlatego miał takie podarte ciuchy i wyglądał, jak żebrak!- ostatnie zdanie niemal wykrzyczałem, ale Dan zaraz mnie uciszył kopniakiem.
-Z łaski swojej milcz.- polecił. -Chyba nie chcesz, żeby starzy zrobili aferę, że widzieliśmy tego gościa? Zaraz by się zaczęło!
-Więc mamy udawać, że o niczym nie wiemy?
-Wolisz lecieć do Ministerstwa z gębą, żeby w nocy cię zaszlachtował?- odpowiedziała pytaniem na pytanie Pansy. Troszkę się skrzywiłem, więc dodała z ulgą: -No, to zapomnij o kablowaniu.
-Ale jeśli będą wiedzieli, że tu był… szybciej go złapią, zabije mniej ludzi i w ogóle…- wahałem się w dalszym ciągu. Zaczęli mi tłumaczyć natarczywym szeptem, że popełniłbym straszne głupstwo, wyrywając się z informacją na temat Blacka.
-To morderca.- syknęła Pansy. -Uciekł nie po to, żeby założyć rodzinę i mieszkać w kolorowej willi z ogródkiem. Nawet najbardziej zdesperowani nie uciekają stamtąd tylko dla wolności. Im dłużej przemilczymy, tym lepiej dla nas. Na pewno mam rację.
-Jak chcecie…- zgodziłem się, czując szum w głowie, bo ich rewelacyjne odkrycie z deczka mnie ogłuszyło. Na szczęście, dopływaliśmy już do przystanku w małej, rybackiej wiosce. Grunt pod nogami, to jest to!
Niestety, moje nadzieje na chwilę odpoczynku rozwiały się równie szybko, jak się pojawiły.
-Tu jest wiele pasjonujących zabytków, to wasza jedyna okazja w życiu, by je zobaczyć, to fascynujące przeżycie!- mówiła z werwą pani Rogers i wyruszyliśmy na zwiedzanie. Na ten temat mam do powiedzenia tylko tyle: NIENAWIDZĘ zwiedzania. NIGDY więcej. Jeśli kiedykolwiek będę miał żonę i dzieci, NIGDY nie będę zmuszał ich do zwiedzania. NEVER.
O, Dan właśnie mnie minął i powiedział, że powinienem się położyć, bo kiwam się nad pamiętnikiem jak ich śp. skrzatka w chwilach depresji nad butelką piwa kremowego. Ma rację, chyba czas do łóżka.

12 sierpnia, czwartek, 11:58

No, tak. Państwo Rogers pojęli wagę informacji o zbiegłym więźniu, zawłaszcza, że widziano go w okolicach naszego miasta - ktoś doniósł, że znaleziono zwinięty, podarty kaftan więzienny w krzakach nad wodą. Starsi Dana spanikowali i kazali nam się natychmiast pakować. W godzinę zebraliśmy się i zdążyliśmy na pierwszy przedpołudniowy pociąg do Londynu. Prawdę mówiąc, jeszcze czuję, że nie ochłonąłem. Wrzaski matki Dana chyba spiłowały mi doszczętnie nerwy.
-Szkoda, że wyjechaliśmy bez pożegnania z tymi z Walii.- westchnął Dan, gdy już ulokowaliśmy się w przedziale a on przyniósł z bufetu trzy butelki oranżady. -Sorry, że tak wyszło…
-Daj spokój, to nie twoja wina. Oni po prostu się bali, zachowali się odpowiedzialnie.
-Draco ma rację, Dan, było fajnie, nawet tylko przez parę tych dni.
-No, tak… nawet nie mamy ich adresu i w ogóle…- resztę wymamrotał w szybę, do której odwrócił wzrok. Uhu, niedobrze , pomyślałem. Naprawdę go wzięło…
-Spoko, stary.- klepnąłem go po ramieniu. -Ja pamiętam, gdzie mieszkają, John mi opowiadał.
-I nic nie powiedziałeś??!!- w pierwszej chwili chyba miał ochotę mi przywalić, ale w drugiej, opanował się i natychmiast rozpogodził. Zerknął na Pansy.
-Daj spokój.- prychnęła. -I tak wiem, o co wam chodzi.
-O co??
-O to, że się zabujałeś w Alex.- pokręciła głową i wyszła na korytarz, by tam patrzeć na widoki.
-Ty wiedziałeś, że ona jest taka inteligentna?- zapytał, patrząc z niedowierzaniem na jej sylwetkę za drzwiami. -Skąd te laski wszystko wiedzą?
-Nie wiem.- parsknąłem śmiechem. -Ale ja też wiedziałem, a jestem facetem. Może to ty jesteś inny?
-Inny? Chcesz w dziób?
-No, dobra, dobra, żartowałem! Dan, nie bij!
Wybacz na chwilę, ale muszę mu oddać. Nie daruję mu tej fangi!

piętnaście minut później

Pansy ostro po nas pojechała, jak wróciła i zobaczyła nas tłukących się.
-Zachowujecie się jak dzieciaki i dziwicie się, że nie chcemy potem mieć z wami do czynienia w tym wieku?- zapytała wyniośle, siadając na swoim miejscu. -Lepiej byście pomyśleli, co z tym Blackiem, a nie.
-A co mamy myśleć?- zapytałem z udaną urazą. -Zdaje się, że kazałaś nam milczeć?
-Milczeć, nie myśleć. Zastanawia mnie, po co zwiał z Azkabanu. Taki ktoś, jak on… co on miał w życiu, do czego mógł wrócić? Przecież skazali go dawno temu, chyba dziesięć lat…
-Dwanaście.
…no, właśnie, dwanaście, więc miał wtedy… ee… jakieś… dwadzieścia parę lat! Praktycznie całą młodość przesiedział w pudle, nie miał nawet czasu na założenie jakiejś rodziny, czy coś w tym stylu… dlaczego więc nagle, po tych parunastu latach zachciało mu się wrócić do cywilizacji?
-Może musiał załatwić jakieś dawne porachunki i nie chciał czekać? Dostał przecież dożywocie za zabójstwo, nie?
-Porachunki? Nie wydaje mi się. Musiałby mieć wroga już w szkole, żeby po tylu latach chcieć się zemścić, za co zresztą? Moim zdaniem, to jakaś dziwna sprawa.
-Pansy, czy my naprawdę musimy teraz roztrząsać psychikę jakiegoś popapranego zabójcy?- wzniosłem oczy do nieba. -Co nam tego przyjdzie?
-No, jak to…- spojrzała na mnie ze złością lecz nie dokończyła, bo właśnie państwo Rogers przyszli oznajmić, że idziemy na obiad do pociągowego bufetu i musieliśmy wychodzić. Próbowałem jej coś powiedzieć, ale tylko rzuciła dumnie głową i powiedziała, że jestem głupi. No, świetnie , westchnąłem, zamykając za sobą drzwi przedziału. Wracamy z wakacji po paru dniach, widzieliśmy groźnego zbiega, o którym nie możemy nikomu powiedzieć a teraz na dodatek dowiaduję się, że jestem głupi! Życie jest takie niesprawiedliwe…

[ 10 komentarze ]


 
79.Chwila grozy i chwila ulgi,plażowanie z Walijczykami i nostalgiczna noc.
Dodał Malfoy Poniedziałek, 26 Stycznia;, 2009, 17:44

-Idziemy już w dół od co najmniej dwudziestu minut. Chyba czas, żeby pojawiła się jakaś droga w bok, co?- Pansy skrzywiła się i podniosła nogę. -W dodatku obtarłam sobie piętę i odechciało mi się wszystkiego. Gdzie my jesteśmy?
-Nie mam zielonego pojęcia, Pansy.- odpowiedziałem z rezygnacją i desperacją. -Mam wrażenie, że cały czas kręcimy się w kółko i że zostawiliśmy miasteczko daleko za sobą. Może odpocznijmy chwilę?
Pansy bez słowa usiadła na murku, który cały czas nam towarzyszył i zwiesiła głowę. Chyba naprawdę miała wszystkiego dość, od momentu, gdy zgubiliśmy Dana, przeszliśmy całkiem sporo i tylko bardziej się zakręciliśmy. Teraz naprawdę już nie wiedziałem, z jakiej strony przyszliśmy, nie mówiąc o tym, w którą powinniśmy iść, aby wrócić z powrotem do Coast New. Jak na ironię, nie mijał nas ani jeden człowiek, było pusto, ciemno i cicho.
Usiadłem obok Pansy i westchnąłem. Nie spojrzała na mnie, więc nieśmiało wyciągnąłem rękę i pogładziłem ją po gołym ramieniu. Ślicznie wyglądała w ciemnoróżowej bluzeczce na ramiączkach i białych szortach, ale zaczynało się robić nieco chłodnawo.
-Nie martw się, Dan i jego starzy na pewno są już od dawna w hotelu.- powiedziałem, żeby coś powiedzieć. -Zejdziemy na sam dół, na pewno gdzieś dotrzemy i zapytamy kogoś o drogę. Zobaczysz, pewnie będzie tak, jak gdy szukaliśmy…- urwałem, bo usłyszałem wyraźny szelest w krzakach za murkiem. Znieruchomiałem i spojrzałem na Pansy, która też zesztywniała. Palcem nakazałem jej ciszę, chociaż żadne z nas nie miało odwagi się ruszyć, a co dopiero - odezwać.
Szelest powtórzył się, wyraźniej i bliżej, niż przedtem. Przemknęło mi przez głowę, że to może być jakieś zwierzę, nie zdążyłem jednakże sprecyzować myśli, gdy usłyszałem coś, jakby chrząknięcie i pyknięcie. PYKNIĘCIE, takie, jak przy aportacji
-Na trzy zejdziemy.- powiedziałem bezgłośnie do Pansy, która siedziała, jak słup soli. Kiwnęła głową. Zgiąłem jeden palec, potem drugi, a gdy zgiąłem trzeci, oboje zeskoczyliśmy z murku. Pansy chciała w pierwszym przebłysku uciekać w górę, ale ja pociągnąłem ją za wydmę, którą wypatrzyłem wcześniej.
Padliśmy plackiem na piach, nie wiedząc, czy ten tajemniczy ktoś zauważył nas, czy nie i patrzyliśmy na siebie z przerażeniem. Po krótkiej chwili, gdy nic się nie działo, odważyłem się wychylić nos zza wydmy i skamieniałem.
Na ścieżce stał czarny, dość duży acz wychudzony pies. Rozglądał się, dysząc, przez chwilę patrzył w stronę naszej wydmy, ale potem spojrzał w inną stronę.
-Pansy, to tylko…- zacząłem ledwo dosłyszalnym szeptem, dotykając zimnej dłoni Pan i zaniemówiłem. Pies przemienił się w człowieka i oto teraz widziałem w odległości kilku stóp od siebie wysokiego, zarośniętego, zaniedbanego mężczyznę w podartych łachmanach, ze zmierzwionymi włosami i splątaną brodą. Choć był mrok, widziałem jego błyskające oczy.
Dziwny mężczyzna rozejrzał się czujnie a potem ruszył szybkim krokiem w stronę ścieżki, odbijającej w bok od naszej wydmy. W trzy sekundy znikł mi z oczu, a ja padłem z powrotem na ziemię i zamknąłem oczy, licząc w duszy do pięciu.
-Już go nie ma, pewnie jest daleko.- usłyszałem głos Pansy i otworzyłem oczy.
-Widziałaś go?- tyle tylko byłem w stanie z siebie wydusić. Pansy pomogła mi wstać - nogi miałem jak z galarety - i wróciliśmy ostrożnie na trakt. Rany boskie, kto to był, to musiał być jakiś wariat! Kto normalny kryje się po krzakach pod postacią psa?!
-Uspokój się.- syknęła, rozglądając się. -Nie rozmawiajmy tutaj o tym, wracajmy do góry, do tamtej wąskiej drogi.
Choć w duszy kotłowało mi się od rozszalałych myśli, obrazów i domysłów, usłuchałem jej. Pansy błyskawicznie odzyskała równowagę, zachwianą zniknięciem Dana a ja - przyznam się bez bicia - chętnie poddałem się jej dowodzeniu. W końcu mogłem na nią liczyć no i w tej sytuacji, lepiej było słuchać kogoś, kto mówił mądrze.
Minęło kolejne kilkadziesiąt minut, nim udało nam się wrócić na rynek. Nie pamiętam, jak szliśmy, dość, że natychmiast zapytaliśmy pierwszego lepszego przechodnia o drogę do Es Palomy i udaliśmy się do hotelu, bacząc uważnie na nazwy ulic oraz skrzyżowania. Kilkanaście minut później (szliśmy ciągle z górki) znaleźliśmy się z powrotem w eleganckim holu, gdzie zaraz dopadł nas nieludzko zdenerwowany Dan.
-Gdzie wyście łazili, jak rany Boga, myślałem, że was kto porwał i zabił!- wyrzucał nam, gdy wracaliśmy windą na swoje piętro. -Co wam odbiło, wiecie, co ja przeżyłem?
-A wiesz, co my przeżyliśmy?!- odparowałem, ciesząc się w duchu z tej idealnej okazji rozładowania skumulowanych we mnie emocji. -Trzeba było trzymać się z nami, a nie, odchodzić gdzieś i potem jeszcze na nas się drzeć!
-Ja się nie drę, przecież mówiłem, żebyście zaczekali!
-Zamknijcie się obydwaj, albo zamknę się w apartamencie i nie wpuszczę was do rana!- dotąd milcząca Pansy podniosła głos. Minę miała taką, że lepiej było z nią nie zadzierać, więc umilkliśmy, obrażeni i dopiero w pokoju zaczęliśmy dyskutować na nowo.
-Myślałem, że widzę Alexandrę , Polly i tego ich brata, obejrzałem się za nimi, a wy w tym czasie zniknęliście. Myślałem, że poszliście do przodu, więc pobiegłem dalej, ale was nie było. Cofnąłem się, zaczęłam zaglądać do każdego sklepu, bo, mówię sobie, pewnie zatrzymaliście się gdzieś i tyle. W końcu dałem za wygraną i uznałem, że jak tak dalej będę latał, to pogubimy się doszczętnie i postanowiłem wrócić do hotelu i tu na was poczekać. Czekałem chyba ze czterdzieści minut, w dodatku moi starzy wsiąkli gdzieś, ale bałem się wyjść znowu do miasta, żeby się z wami nie minąć. W dodatku sam pomyliłem ze trzy razy drogę do hotelu.
-A my szukaliśmy cię po każdej uliczce, wróciliśmy do tej restauracji, co jedliśmy w niej kolację, ale nie było ani twoich rodziców, ani ciebie. Uznaliśmy też, że po prostu dotrzesz sam do hotelu i też zbłądziliśmy.
-Wyszliśmy z miasta, doszliśmy chyba nad morze, bo tam były wydmy i wtedy stało się coś strasznie dziwnego.- Pansy spojrzała na mnie i opowiedziała Danowi o dziwnym psie w ludzkiej postaci.
-Jeśli zmienił się z psa w człowieka, to pewnie był animagiem, czyli posiada zdolność do zamieniania się w zwierzę i odwrotnie. - wywnioskował Dan, opierając się o ścianę i marszcząc czoło. -Ale jeśli animag, to teoretycznie nie miał czego się bać, na to jest licencja…
-Może jej nie miał?- podsunąłem.
-Coś ty, mówicie, że to był facet pod czterdziestkę, taki na pewno ma licencję, w końcu po co takiemu uczyć się na starość animagii? No i dlaczego się tak z tym krył…
-On wiedział, że ktoś go widział.- powiedziała ponuro Pan, podwijając nogi i oplatając je ramionami. -Moim zdaniem, uciekał.
-Mówiłem, że wariat.
-To nie był zwykły wariat, Draco. Gdyby był wariatem, gadałby do siebie, a nie zwiewał świadomie.
-Mógł mieć manię prześladowczą.
-Nie wyglądał na takiego. Mówię ci, on zwiał.
-Moim zdaniem, zwiał z psychiatryka i świeć Panie nad jego duszą, aby mu się powiodło.- zakończyłem, aby nieco rozładować sytuację, choć w gruncie rzeczy wydawało mi się, że było coś o wiele bardziej niepokojącego w zachowaniu tego człowieka - psa. Pogadaliśmy jeszcze trochę a potem po kolei zajmowaliśmy łazienkę. Z wybiciem pierwszej w nocy wszyscy byliśmy w łóżkach. Długo leżałem, wpatrując się w sufit i przypominając sobie tę mrożącą krew w żyłach chwilę na wydmie. A co, jeśli to nie był taki sobie zwykły wariat i teraz będzie grasował w Coast New, żeby nas znaleźć i zabić…?

Następnego dnia wstaliśmy dość późno, ale i tak musieliśmy czekać jeszcze prawie godzinę na rodziców Dana. Chyba wieczór im się udał, bo wyglądali na zmęczonych lecz zadowolonych (co za brak odpowiedzialności, ani słówka o tym, czy bezpiecznie dotarliśmy do hotelu i czy nie spotkaliśmy jakiś dziwnych nieznajomych!). Po śniadaniu poszliśmy na plażę i dużo czasu zmitrężyliśmy na znalezienie pustego fragmentu plaży. Wszędzie było pełno ludzi, leżaków, ręczników parasoli i małych, rozwrzeszczanych dzieciaków, o które trudno było się nie potknąć. W końcu jednak wyczailiśmy z Danem ładny kawałek pustego piachu nad wodą i ruszyliśmy z naszymi ręcznikami w tamtą stronę lecz w tej samej chwili z przeciwka na piach weszły trzy osoby.
-To nasz teren.- powiedziała Alexandra, odrzucając gniewnie warkocz na plecy i mierząc nas nieprzyjaznym wzrokiem.
-Al, daj spokój, to przecież ci z Londynu!- Polly uśmiechnęła się do nas wesoło. -Miejsca jest dosyć, możemy się rozłożyć wszyscy.
-Świetny pomysł!- ożywił się Dan. -Hej, tu jest fajnie!- zawołał do rodziców, którzy przedzierali się brzegiem morza ku nam.
Kiedy doszli, akurat zetknęli się z rodzicami Polly, Johna i Alexandry - parą bardzo sympatycznie wyglądających trzydziestolatków w jednakowych, białych strojach kąpielowych.
Podczas gdy dorośli nawiązywali kontakt, my rozłożyliśmy się szybko na piasku. Próbowałem pomóc dziewczynom w ułożeniu ręcznika i nadmuchaniu materaca, ale o ile Polly chętnie mą pomoc przyjęła, o tyle jej siostra skwitowała to gniewnym uniesieniem ramion i odęciem warg. Dan był chyba niepocieszony, gdy i jemu dostało się tak mroźnym spojrzeniem, gdy zaofiarował się, że pomoże Alex rozstawić parawan w hawajskich kolorach. Tylko jedna Pansy dawała sobie z nimi wszystkimi radę, bo John zaciągnął ją do wody i tam razem zaczęli się chlapać i śmiać. Natychmiast ruszyłem z odsieczą, co skończyło się kurczem w kostce po tym, jak przyjąłem wyzwanie Johna, by dopłynąć do pierwszej mielizny.
-Nie wolno pływać bez natarcia ciała wodą i rozgrzania mięśni.- powiedział dziarsko, gdy, zgięty w pałąk z okrutnego bólu, próbowałem nie miotnąć w niego jakimś zaklęciem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w ten sposób pozbywał się mnie na dobre parę godzin, drań jeden! Nie pozwolę mu poderwać Pansy, nie…

8 sierpnia, niedziela, plaża w Coast New

Jestem spalony przez słońce! Całe szczęście, że nie spaliłem sobie twarzy, chociaż Pansy uważa, że jeśli nie posmaruję nosa jogurtem, to zejdzie mi skóra, ale ja w to nie wierzę - e, babskie gadanie!
W ciągu tych paru dni, które spędziliśmy dotąd w Coast New, przeszliśmy chyba z piętnaście mil, nie licząc pechowego pierwszego wieczora. Myślę, że plażę w kurorcie znamy lepiej od rybaków, a wszystko przez dociekliwość Dana. Jak nie mówi o Alex (a mówi coraz więcej, im silniej ona go ignoruje), to na pewno mówi o tym tajemniczym facecie, co przemienił się z psa w człowieka.
Uparł się, że chce zobaczyć miejsce, w którym się pojawił - więc zabraliśmy go tam wczesnym popołudniem, dobrze przeczuwając, że trafienie tam za dnia może być nieco kłopotliwie.
Potem zachciało mu się zejść na plażę i przejść nią w przeciwną od właściwej stronę co najmniej kilka mil. Zapytany o sens tego (ugh) spaceru odpowiedział, że szukał śladów animaga (chyba ich nie znalazł, bo szybko zgodził się na powrót). Powrót do miejsca, w którym czekali na nas państwo Rogers, był totalną masakrą. Wracaliśmy w największym upale, byliśmy zmęczeni i nieco zirytowani sobą wzajem. Dopiero mama Dana uświadomiła nam, że bulwarem byłoby szybciej…

Wczoraj wieczorem wybraliśmy się ze starszymi na balangę w klubie na dole. Dziewczynom zachciało się tańczyć - o, dziwo, nawet Alex złagodniała i zaczęła się śmiać, a my - tj. Dan i ja- rozmawialiśmy z Johnem przy bufecie. On pił piwo, my skromnie sok porzeczkowy z limetkowym wsadem. John ma już szesnaście lat, poza tym jego rodzice są luzakami w pełnej gali, jak sam twierdzi, choć, rzecz jasna, nie można wierzyć we wszystkie jego słowa.
-Więc mówicie, żeście widzieli jakiegoś cudaka nad morzem?- powiedział z zamyśleniem, popijając piwo i dzielnie się nie krzywiąc.
-Który przemienił się w psa.- uzupełnił Dan. -To znaczy, Draco widział i Pansy, tam, przy wydmie koło zejścia za miasteczkiem.
-Taa… w psa… to ciekawe. To w sumie chyba normalne, że większość pełnoletnich czarodziejów dysponuje tak pożyteczną umiejętnością, jak animagia. Może tamten facet nie chciał, żeby ktoś podebrał mu formę?
-Nie można podebrać komuś formy.- wtrącił czyjś dziewczęcy głos. Odwróciwszy się, ujrzeliśmy obok siebie ze zdumieniem Alex. Skąd ona tu się wzięła?! -Każdy kandydat na animaga ma unikatową formę, unikatowe zwierzę, w które się przemieni. Na to, czy to będzie kot, czy pies, jakiej maści i jakiej rasy, ma wpływ nie tylko widzimisię- a na pewno nie przede wszystkim- lecz uwarunkowania magiczne. Pewne cechy genetyczne, charakterologiczne, jest wiele tego typu czynników, które przyczynią się do wykreowania postaci zwierzęcia, w które się przemienimy.
-Wow, skąd ty to wszystko wiesz?- Dan prawie oblał się sokiem. Był pod dużym wrażeniem wykładu, jaki walnęła nam Alexandra, ja zresztą też, jednakże ja w odróżnieniu od niego miałem na tyle rozumu, by przemilczeć to. Czułem w kościach, że Alex mu nie odpowie albo rzuci ripostę, która będzie go kąsać po piętach do rana.
-Alex ma świra na punkcie animagii, od kiedy…- zaczął, ale Alex w tym momencie zbliżyła się do niego, wyrwała mu szklankę z ręki (słowo, nie wiem, jak można komuś wyrwać szklankę z piwem, ale ona to zrobiła!) i spojrzała na niego tak, jak czasem patrzy na mnie Granger (zazwyczaj wtedy, gdy nazwę ją ‘szlamą’).
-Nie mam świra, ty głupi ograniczeńcu i dobrze wiesz, co rodzice o tym sądzą.
-Którzy rodzice?- wyrwało się Johnowi z uśmieszkiem lecz zaraz się zreflektował.- Przepraszam, Al, wyrwało mi się głu…- nie dokończył, bo w tym momencie dziewczyna wylała mu na koszulę piwo a potem wybiegła z sali, odprowadzona zdumionym spojrzeniem Dana. Ja patrzyłem na zalany piwem jasnozielony len, jednakże de facto wciąż widziałem ten piorunujący wzrok Walijki.
-Zaraz wracam.- zsunąłem się z krzesła i ruszyłem w stronę wyjścia. Po drodze natknąłem się na Polly i Pansy: powiedziałem im, że Dan oraz John czekają na nie z drinkami bezalkoholowymi przy barze i raz - dwa wymknąłem się na dziedziniec.
Jeden rzut oka wystarczył mi by stwierdzić, że Alex nie ma w pobliżu. Pewnie poszła gdzieś w samotne miejsce, nad morze , pomyślałem rozsądnie i ruszyłem, chrzęszcząc sandałami po piasku, za budynek restauracji. Moja intuicja spisała się znakomicie: Alexandra siedziała na murku, oddzielającym teren knajpy od wydmy i patrzyła gdzieś w stronę horyzontu. Niepewien, czy czegoś mi nie zrobi, podszedłem do niej na dwa kroki.
-Wszystko OK.?- zapytałem bez specjalnych ceregieli, patrząc na jej włosy. Długie, ciemne, jak czekolada, lśniące, wyprostowane. Tak inne od prawie czarnych loków Polly, a przecież były w tym samym wieku…
-A nie widać?
-Widzę tylko twoje włosy. Owszem, są piękne, ale wolałbym patrzeć ci w oczy.
Prychnęła i spojrzała na mnie - czujnie, ostrzegawczo lecz zarazem piekielnie smutnie.
-Nic nie rozumiesz, Draco.- powiedziała, wstając i podchodząc do mnie. Dziwne, cały czas myślałem, że jest wysoka, a ona tylko unosiła wysoko zadartą głowę… teraz było widać naprawdę, że nie jest bambusem. Niezbyt wysoka, szczupła, gibka, jak trawa, w jasnofioletowym topie e na ramiączkach i białej spódniczce wyglądała dziewczęco, ale ponuro. Nie, nie ponuro. Raczej - jakby nie żyła w naszym świecie. Zamrugałem oczyma kilka razy. Ostatnio mam zwariowane myśli.
-Jak mi nie powiesz, to nic nie zrozumiem. Mogę się źle domyślać.- powiedziałem, licząc na to, że to ją przekona, ale ona tylko potrząsnęła lekko głową i wyminęła mnie. Zostałem tam jeszcze chwilę sam, patrząc jak Alex wcześniej na morze i oddychając głęboko.

[ 372 komentarze ]


 
78. Nad morzem.
Dodał Malfoy Poniedziałek, 19 Stycznia;, 2009, 09:36

Hej Wam :) Dziękować ja pięknie za wszystkie komentarze, prześmieszne :P Liczę na to, że ten wpis też się spotka z Waszą przychylnością no i zapraszam do Marty, tam też nowa notka :) Buziaki 4 All ;*

* * * * * * * * * * * *

W swoim niedługim, ale i niekrótkim życiu bywałem nad morzem raz do roku, jeśli pozwalał nam na to czas oraz plany (częściej jednak wakacje kończyły się biznesowymi wycieczkami z szychami z MM, lub siedzeniem w domu i czekaniem na ojca, który wychodził i wracał, gdy było ciemno), więc kiedy jechaliśmy do Coast New, sądziłem, że będziemy tam robić to, co się w takich miejscach robi. Wiadomo, plaża, kąpiele, spacery może, dużo ryb i jodu, oczywiście oraz wieczorne przechadzki po okolicy. Musze przyznać, że się myliłem. Myliłem… na korzyść!
Kiedy zajechaliśmy około szóstej po południu na dworzec, nic jeszcze nie zapowiadało niesamowitości. Dopiero, gdy w godzinę później dotarliśmy do fantastycznego, wielopiętrowego, burżujsko wyglądającego hotelu o nazwie „Es Paloma” i weszliśmy do recepcji (kryształ, marmur, błękitne ściany, dużo roślin), państwo Rogers wręczyli naszej trójce klucz, mówiąc:
-To klucz do waszego apartamentu, dzieciaki. Pansy, dla ciebie jest ten pokój w głębi. Rozpakujcie się i odświeżcie, a za godzinę spotkamy się tutaj, w holu i pójdziemy na extra kolację.
-Jasne.- przytaknęliśmy wszyscy troje, chociaż - serio! - wszyscy byliśmy nieco zszokowani… ee… luzactwem państwa Rogers?
-Hej, wiedziałem, że twoi starzy są OK., ale nie sądziłem, że są aż tak… liberalni!- wyrwało mi się, gdy zabraliśmy swoje bagaże i ruszyliśmy z nimi w stronę windy, bardzo podobnej do ministerialnej.
-Szczerze, to ja też nie wiedziałem.- odpowiedział Dan, poprawiając sobie włosy. -Pansy, uważaj, bo potkniesz się o tamtą reklamówkę.
-Ja podniosę.- powiedziałem i przechyliłem się nad murem z naszych męskich dwu toreb, by podnieść reklamówkę z sandałami, która upadła Pan.
-Przepraszam, może pomóc?- usłyszeliśmy za sobą i jak na komendę, odwróciliśmy się wszyscy troje.
Przed nami stały dwie wysokie dziewczyny, jedna brunetka, druga blondynka, ale obie bardzo ładne. Obok nich stał dobrze zbudowany przystojniak z miną boksera, ale tchnął czymś fajnym.
-Też chcielibyśmy pojechać tą windą.- powiedział chłopak. -Jest mały tłok, pozwólcie, że wam pomożemy, to będzie raz - dwa.- to mówiąc, bez trudu ujął dwie nasze torby swoimi potężnymi dłońmi, a potem ukradkiem wyjął różdżkę i szepnął parę zaklęć, po których bagaże zmniejszyły gabaryty co najmniej dwukrotnie. Jego towarzyszki pomogły nam zebrać to w ramionach i już bez większych kłopotów wsiedliśmy do windy (ale nie można mieć pewności, że ten chłopak nie powiększył kabiny, majtał tą różdżką i wg Pan używał zaklęć niewerbalnych, a to już wyższa szkoła jazdy).
W środku nasi nieoczekiwani pomocnicy przedstawili się. Prezentacji dokonał chłopak.
-Jestem John, to jest Alexandra a to Polly, jesteśmy niestety rodzeństwem. Jesteśmy z Manchesteru, a wy?
-To jest Draco, to Pansy, a ja jestem Dan, wszyscy z Londynu.- uścisnął dłoń Johnowi i spojrzał na Alexandrę (brunetka). -Miło was poznać.
-Ty jesteś Draco?- John spojrzał na mnie, z trudem ukrywając uśmieszek pełen pobłażania i wzgardy. Już myślałem, że zacznie się śmiać, ale Polly szybko posłała mi słodki uśmiech i poprawiła sobie jeden ciemny kosmyk, wypadający zza jej słonecznych okularów.
-Ciekawe imię.- powiedziała. -Nadano ci je na cześć Teodozjusza Dragoniewicza czy też może tego malarza, Draquesa de Lonnetaire?
-Och, przestań.- prychnęła Alexandra, poprawiając uchwyt torby. Spojrzałem na nią z ukosa a ona w odpowiedzi zrobiła grymas.
-Prawdopodobnie nadano mi takie imię dlatego, że podobało się mojej matce.- wyjaśniłem, kiedy winda zatrzymała się na siódmym piętrze. -Tu wysiadamy.
-Fajnie, bo my też.- John wyszczerzył zęby i pomógł nam wyładować się z kabiny. -Może mamy pokoje obok siebie?
Z tym akurat nie miał racji: mieliśmy pokoje dosyć oddalone więc pożegnaliśmy się i każda trójka poszła w swoją stronę. Kiedy przeszliśmy obok pokoju 723 (taki był numer naszego ‘apartamentu’), stuknąłem Dana w ramię.
Ej, to nasz pokój, stary, dokąd to?
-Ach, tak, racja.- Dan spojrzał na nas nieprzytomnym wzrokiem i wyjął z kieszeni spodni klucz. Po krótkiej chwili znaleźliśmy się za drzwiami.
Apartament był dosyć wygodny i przestronny, ale nie był przesadnie luksusowy - no, może poza tym, że kanapy obite były kremowym safianem, w kuchni stały naczynia z pierwszej jakości żelaza a w łazience znajdowała się półkolista wanna z jaccuzi, którą nie pogardziłby nawet Zefirek.
Przebraliśmy się raz - dwa i zeszliśmy na dół, bo tak jakoś czas nam się niemiłosiernie dłużył w pokoju i woleliśmy posiedzieć w hallu.
-Co sądzisz o naszych nowych znajomych?- zapytałem Pansy, gdy rozsiedliśmy się w jasnych fotelach niedaleko zielonego kącika (doniczki z palmami, strumyk, kamienie, mikro - wodospad i błękitne podświetlenie). Dan kompletnie nas ignorował, wpatrzony w wejścia do wind.
-Na razie są w porządku.- odmruknęła. -Chociaż ta cała Alex nie potraktowała cię najmilej, a szkoda, bo obie są wyjątkowo atrakcyjne.
-Och, nieprawda.- zaprzeczyłem, wyczuwając w jej ostatnich słowach jakieś napięcie. -Wcale tak nie uważam, są zupełnie brzydkie!- zapewniłem ją gorąco, na co ona tylko spojrzała na mnie niemal tak kwaśno, jak wcześniej Alex. Miałem właśnie zapytać, o co jej chodzi lecz nie zdążyłem, bo w hallu właśnie pojawili się rodzice Dana.
-Cześć, dzieciaki, no i jak wam się tu podoba?- tata Dana wyraźnie tryskał humorem, czego nie można było powiedzieć o nas. -Pięciogwiazdkowy hotel najlepszej sieci na świecie, komfortowe warunki…
-Odpowiada ci twój pokój, Pansy? Nie brakuje wam niczego?- pytała w tym samym czasie pani Rogers. Odpowiadając, zapewniając, że jest świetnie i uśmiechając się grzecznie do siebie, wyszliśmy z Es Palomy.
Coast New przypominało prestiżowy, pełen magii kurort. Co i rusz napotykaliśmy znane nam z widzenia lub słyszenia osoby, nie mówiąc o drogich, znanych butikach, kuszących lodziarniach czy straganach z koralami, bursztynami i muszlami. Fantastyczne było też to, że szliśmy cały czas szpalerem niewysokich, jakby powpuszczanych w ziemię domków z bajecznymi ogródkami w głębi i mnóstwem okien. Ulice- nie, właściwie trakty piesze były po prostu zabetonowanymi, szerokimi drogami, pnącymi się coraz wyżej i wyżej, ku sercu miasteczka. Żeby tam dotrzeć - państwo Rogers uparli się, że zjemy typowo nadmorski obiad w centrum - musieliśmy się nieźle nagimnastykować, biorąc pod uwagę całkowity brak oznaczeń (nie, przepraszam, było jedno: namalowana na murze strzałka z napisem CENTER, ale Dan przypomniał sobie o niej, jak po raz dwunasty weszliśmy na ten sam dukt przy zboczu, na którym rosły drzewa oliwne), oświetlenia i nieznajomość terenu.
-To nic, dzieciaki, napawajcie się świeżym, morskim powietrzem i atmosferą, naładujcie baterie!- mówił nam raz po raz pan Rogers, przyciskając mocno do siebie odzianą w skąpą, jasnoczerwoną sukienkę swoją żonę. Pansy stłumiła uśmiech i spojrzała w bok.
-Patrz- pokazała dłonią odległy punkt. -Statek?
-Aha, faktycznie.- podszedłem do niej i wysiliłem wzrok. Widziałem linię morza i kołyszący się punkcik. -Chyba statek.
Do centrum dotarliśmy jakąś godzinę później, gdy zapytaliśmy o drogę jakiegoś faceta, mijającego nas na rowerze. Rzecz jasna, okazało się, że schodki, wiodące na centralny plac, żeby nie powiedzieć: ryneczek, znajdowały się za zakrętem drogi…
Rodzice Dana zafundowali nam frutti di Mare (nie jadłem tego wcześniej, bo podobno wg matki mam uczulenie na owoce morza, ale to chyba jakaś lipa, bo bardzo mi smakowały te wszystkie homary, kraby, krewetki i kalmary), a kiedy zauważalne stały się oznaki naszego znużenia a oni sami kończyli drugą karafkę wina (my piliśmy pyszny sok z kiwi i limetki z mnóstwem lodu i startej skórki pomarańczowej), powiedzieli, że możemy sami pochodzić po rynku a potem wrócić do hotelu.
-My tu jeszcze zostaniemy i pokontemplujemy krajobraz.- powiedział pan Rogers, z trudem ukrywając zadowolenie, a pani Rogers prosiła, żebyśmy na siebie uważali i żebyśmy zaopiekowali się Pansy.
-Pokontemplować krajobraz!- prychnęła Pansy, gdy ruszyliśmy cichą, wąską uliczką na koniec Coast New. -Dam sobie głowę uciąć, że chcieli zwyczajnie pobyć sam na sam, Dan… Dan?
Zatrzymaliśmy się na środku chodnika. Dana nie było z nami.
-Co jest, przecież dopiero co zeszliśmy z rynku, był obok ciebie!- rozejrzała się Pansy.
-Może wrócił po coś do rodziców, np. zapomniał klucza?- wszedłem na wysoki ganek, wiodący do dusznej winiarni i spojrzałem ponad głowami turystów w stronę niezbyt oddalonego rynku. -Nie, nie widzę go… może wszedł do jakiegoś sklepu?
-Nie, zauważylibyśmy.- Pansy zmarszczyła brwi. -Naprawdę nie widziałeś, żeby gdzieś został w tyle?
-Naprawdę.- spojrzałem na nią. -Jak myślisz, może powinniśmy powiedzieć o tym jego rodzicom?
-Tak i co im powiesz? Że w ciągu pięciu minut zapadł się pod ziemię w miasteczku pełnym ludzi?- zdenerwowała się, choć starała się to maskować ironią. Zrobiliśmy jednak tak, jak mówiłem lecz ku naszemu wielkiemu zdumieniu, nie było też jego rodziców. Znikli, jak kamfora.
-Teraz dopiero zaczyna się zabawa.- mruknąłem, nie chcąc pokazywać po sobie, jak bardzo mną to de facto wstrząsnęło. Koniec końców, to nasi opiekunowie a Dan miał klucze od pokoju… w dodatku droga na plac zaczęła mi się zacierać w pamięci i nie byłem pewien, z której strony przyszliśmy.
Sytuacja zaczynała być coraz bardziej skomplikowana. Staliśmy przed wejściem do kawiarni, słuchając międzynarodowego gwarzenia gości i patrzyliśmy na siebie, próbując dodać sobie wzajem otuchy…

[ 352 komentarze ]


 
77. Na wolności!
Dodał Malfoy Poniedziałek, 12 Stycznia;, 2009, 20:38

Bardzo Wam dziękuję za ten pozytywny ładunek energii, jaki popłynął z Waszych komentarzy! Oto specjalnie dla Was, kolejny wpis :) Pozdrawiam gorąco z magicznego Torunia i zapraszam też do Marty Pears :)

* * * * * * * * * * * *

-Co ty robisz, Draco?- zapytał, patrząc na mnie swoim kamiennym spojrzeniem. Natychmiast przestałem się śmiać i zszedłem do niego, pal sześć poszarpaną odzież. -Ogarnij się.- polecił mi z niesmakiem.
-Dzień dobry panu.- przywitał się Dan, zbiegając również. On wyglądał równie pięknie jak ja, ale mój ojciec okiem nawet nie mrugnął. Zapytał tylko, czy jest ktoś z dorosłych, żeby podziękować za opiekę nade mną, więc Dan poleciał szukać babci (ha, ha, ha), a ja ruszyłem do łazienki, żeby się trochę przyczesać i obmyć.
Kiedy wróciłem, ojciec doprowadził moje ubranie do schludnego wyglądu jednym zaklęciem. Dan stał razem ze swoją babcią, anielsko uśmiechniętą i patrzył na mnie z wyrazem jednoznacznie świadczącym o tym, co czuje do tej kobiety. Zdusiłem w sobie śmiech, pożegnałem się z nim i z babcią a potem wyszedłem za ojcem.
Przez chwilę szliśmy obok siebie w milczeniu. Z każdą stopą oddalającą mnie od domu Dana znikał mój fantastyczny humor oraz energia. Prawdę mówiąc, nie miałem ochoty iść teraz do szpitala, a tam właśnie zmierzaliśmy.
-Mama już… jest zdrowa?- zapytałem. Ojciec obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem.
-Nie była chora.- podkreślił niechętnie. -Czuje się lepiej, jeśli o to ci chodzi. Gdy wychodziłem, podawali jej coś do jedzenia.
-Więc… więc mam siostrę?- zapytałem, a kiedy on potwierdził, poczułem nagle, jakbym spadł z bardzo wysokiej góry i się nie zabił.

18 lipca, niedziela, w domu

Widziałem ją. Mama trzymała ją w ramionach, kiedy weszliśmy na salę. Była taka… rozpromieniona.
-Draco! Zobacz, oto twoja siostrzyczka!- powiedziała radośnie, odchylając róg jasnego kocyka. -Chodź, przywitaj się z Laurą… to twój nowy braciszek, wiesz?- gaworzyła do małej. Przełknąłem ślinę i podszedłem.
Laura Malfoy. To nie może być moja siostra! , pomyślałem szybko i wyrwało mi się:
-Ja też byłem taki brzydki?
-Draco!- upomniał mnie ojciec ostrym szeptem, ale mama tylko się roześmiała i zaczęła kołysać dziecko.
-Spokojnie, wszystkie niemowlęta wyglądają właśnie tak. To stuprocentowa dziewczynka, bardzo zdrowa i dobrze rozwinięta.- powiedziała, uśmiechając się czule. -Po narodzinach nie wygląda się tak, jak ty teraz, synku. Laura będzie śliczna, zobaczysz, ma takie mądre, jasne oczy, zupełnie jak ty i tata.
Skoro ma takie same oczy, nie może być cudza…
-Czy ona… coś mówi?
-Synku, noworodki nie potrafią mówić.- mama roześmiała się znowu. -Ale poczekaj parę lat, będziesz mógł z nią porozmawiać. No, co, maleńka, co, śpij, kochana, śpij…- zanuciła mama cicho. Tata odchrząknął i podszedł do łóżka.
-Narcyzo, przyszliśmy specjalnie się z tobą zobaczyć.- powiedział bardzo cicho, ale ja i tak usłyszałem. Poczułem się nagle bardzo nie na miejscu przy mamie i mojej małej siostrze (postanowiłem w ramach aklimatyzowania się w nowej sytuacji używać tego określenia jak najczęściej). Spojrzałem na rodziców i chciałem powiedzieć, że idę do barku, ale oni chyba nie zwracali na mnie uwagi. Mama patrzyła na tatę ze zdumieniem i słuchała go, nie przestając tulić małej. Westchnąłem więc i wyszedłem cicho, a potem udałem się do baru. Zamówiłem sobie lody z czekoladową polewą i orzechami, ale kiedy kelnerka mi je podała, nie miałem na nie ochoty, choć przecież byłem głodny (w końcu nie zjadłem u Rogersów obiadu, a raczej go nie dostałem) i lody uwielbiam. Zmusiłem się jednak do spróbowania, choć w głowie miałem pełno myśli. Jedna królowała: co to będzie teraz, gdy mama i ta… Laura wrócą do domu? Jak będzie wyglądało nasze życie w czwórkę??

27 lipca, wtorek, 19:08, w domu

No więc tak: mama jest w domu od tygodnia i ta… moja siostra też. Wszystko jest kompletnie rozregulowane, mama dyryguje Stworkiem w najmniej oczekiwanych momentach, ciągle wysyła gdzieś ojca a mnie każe wiecznie być przy sobie, żebym podpatrzył, jak ona opiekuje się Laurą.
-Jak Laura trochę podrośnie, będziesz mógł mi pomóc i sam zająć się siostrą.- uśmiechnęła się do mnie. -Podaj proszę tamtą pieluszkę, tak, o, tę, dziękuję ci, synku!
No więc dobra: mogę jej pomagać, ale, kurczę, ILE MOŻNA?? Nie dość, że przedtem zmuszała mnie do kompletowania wyprawki, to teraz chce ze mnie jeszcze niańkę zrobić?! Co to, to nie, z grzeczności mogę raz czy dwa zobaczyć, jak ją kąpie czy coś, ale, na litość boską, nie co dzień i praktycznie bez przerwy! Protestuję, też mam wakacje i nie pozwolę, żeby ta Laura mi je zepsuła!
O, nie, znowu mama mnie woła… że też ja nie umiem zrobić jej przykrości i na wszystko się zgadzam! Czasem myślę, że jestem stanowczo zbyt dobrym synem.

31 lipca, sobota,22:57, w domu

Mam dość. Połowa wakacji za mną a ja czuję się bardziej uchetany, niż po wszystkich egzaminach razem wziętych. Mam chyba jakieś prawa???

5 sierpnia, czwartek, 15:09, w pociągu relacji Londyn - Coast New

Może i jestem dobrym synem, ale jestem też chyba dobrym strategiem i adwokatem własnych spraw. Sam siebie chyba zacznę podziwiać za to, że wyrwałem się z tego kinder - garden , jakim stał się tymczasowo (o, nie, Draco: nie tymczasowo , tylko na stałe , uświadom to sobie wreszcie!) mój dom.
Ojciec wysłuchał mnie z uwagą a potem powiedział tylko ‘Dobrze’ i zostawił mnie w bibliotece (tylko ‘dobrze’ za ten przygotowywany pieczołowicie, przekonujący opis mojej męczarni w domu oraz delikatności wobec uczuć mojej matki?! Szczyt!) a w dwie godziny później, kiedy poszliśmy się przejść do ogrodu po kolacji, podczas gdy mama usypiała Laurę, rozmawialiśmy o wszystkich drobnych sprawach, jak zawsze, jak zawsze przed narodzeniem się mojej siostry. To była naprawdę duża ulga, poczuć wreszcie powiew normalności w tym dusznym domu.
W pewnej chwili ojciec oznajmił mi, że powinniśmy już wracać, bo robi się późno, a ja muszę jutro rano wcześnie wstać.
-Dlaczego?- skrzywiłem się mimowolnie, bo od razu pomyślałem o tym dziecku. -Mama gdzieś wychodzi i mam się zająć siostrą?
-Skąd.- ojciec niemalże prychnął i spojrzał na mnie jakoś łagodniej. -Państwo Rogers wyjeżdżają jutro o dziewiątej czternaście z King’s Cross do Coast New na dwa tygodnie, zabiorą cię po drodze.
-Chcesz powiedzieć, że jadę z nimi do Coast New?- przyznam się, że wybałuszyłem oczy. Coast New - letnia mekka znużonych miejskim życiem londyńczyków, najbardziej modne miejsce w czarodziejskich biurach podróży! To jest COŚ! -Czy może źle zrozumiałem?
-Zabierają też tę małą od Parkinsonów, więc jeśli chcesz jutro być wypoczęty, radziłbym ci iść się już spakować i położyć spać. Obudzę cię jutro o siódmej.- z tymi słowy ojciec odwrócił się i, zostawiając mnie w połowie ścieżki, poszedł w kierunku bramy ogrodu, zapewne po to, by podczas zwykłej, wieczornej przechadzki wypalić cygaro „dla uspokojenia i oczyszczenia umysłu”, jak kiedyś powiedział do jakiegoś znajomego.
Dopiero po paru minutach uświadomiłem sobie, że to nie sen: ja, Dan i Pansy jedziemy jutro do Coast New! Byłem tak uszczęśliwiony, że trochę za głośno pobiegłem do swojego pokoju, budząc małą lecz zignorowałem ciche upomnienia mamy i wyjąłem z szafy wielką torbę. Nieomal chciało mi się skakać z radości i rzucać śliwkami w mugoli (podobno bardzo często to robiłem, gdy miałem troszkę więcej lat, niż Laura), Coast New z Danem i Pansy! Nie mogło być piękniejszej nagrody za to wiecznie zgrywanie asystenta niańki, no po prostu nie mogło!
Migiem spakowałem się i położyłem spać, jak kazał ojciec, ale długo jeszcze z emocji nie mogłem zasnąć. Gdy to już nastąpiło, miałem wrażenie, że w pięć minut później usłyszałem głos ojca:
-Draco, wstawaj, bo się spóźnisz! Państwo Rogers będą tu za kwadrans.

A teraz jedziemy sobie w stronę Coast New, Pansy mówi, że jeszcze trzy godziny drogi przed nami. Fatalna wiadomość, trzy godziny, a my już pożarliśmy wszystkie kanapki i słodycze, które miały starczyć na sześć godzin podróży (po drodze mieliśmy dwugodzinny postój w jakimś miasteczku o etruskich korzeniach, gdzie były fantastyczne przybytki wróżbitów oraz „święte miejsca”)!
-Trzeba załatwić jakieś zapasy.- mówi Dan, a ja się z nim zgadzam. No, to włączamy funkcję: zabawa!

[ 7692 komentarze ]


 

Fatal error: Allowed memory size of 134217728 bytes exhausted (tried to allocate 22520872 bytes) in /public_html/mafloy.php on line 716