Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

Pamiętnikiem opiekuje się Juliette Chang=Julicious

  Ogłoszenie
Dodała Padma Patil Piątek, 16 Stycznia;, 2009, 14:06

Bardzo was przepraszam, że zniknęłam na tyle czasu.
Miałam zabrać się do roboty w święta jednak nie przewidziałam, że będę miała tyle do zrobienia, ani tego że atak lenistwa połączony z brakiem weny będzie aż tak dotkliwy.
Chciałam tylko ogłosić, że nowa notka jest w przygotowaniu. Nie wiem jeszcze kiedy ją skończę i dodam, bo od przyszłego tygodnia będę miała dzień w dzień zajęty obowiązkami, ale postaram się to zrobić jak najszybciej. Nie chcę dodać bubla więc proszę o "wyrozumiałość czasową".

Przepraszam jeszcze raz.

[ 15212 komentarze ]


 
Owocna rozmowa i nowe znajomości.
Dodała Padma Patil Sobota, 02 Sierpnia, 2008, 17:40

To pewnie moja najdłuższa notka w karierze;-). Mam nadzieję, że się spodoba. Przy okazji dziękuję wszystkim, którzy czytają i komentują moje wpisy. Pozdrawiam i życzę miłych wakacji;-D!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nieśmiało uśmiechnęłam się, spoglądając w rozbawione oczy dyrektora. Moje koleżanki stały w milczeniu, czekając na ostateczną reakcję profesora. Czy to będzie słowna reprymenda? A może szlaban, dla przykładu?
- Cóż to za okazja, moje drogie? – zapytał spoglądając na nasze ramiona, pełne najróżniejszych łakoci.
- To, po prostu… Taki wieczór we wspólnym gronie. – rzekłam niepewnie.
- Ach, rozumiem. – odparł dyrektor, z łagodnym uśmiechem pogodnego starca. – Życzę wam miłego wieczoru.
- Dziękujemy, panie profesorze. I nawzajem. – powiedziałyśmy z ulgą i ruszyłyśmy w stronę wyjścia z lochów. Jednak udało nam się postawić jedynie kilka kroków, gdy usłyszałyśmy:
- Na brodę Merlina! Byłbym zapomniał! Panno Patil! – zawołał Dumbledore stojąc u wejścia do kuchni. Suzanne jęknęła cicho, zapewne spodziewając się nieuchronnej kary.
- Tak, profesorze? – zapytałam uprzejmie, kierując swe kroki z powrotem, w kierunku obrazu z niezwykłą kompozycją owoców.
- Panno Patil, byłbym zobowiązany gdybyś raczyła przyjść do mojego gabinetu, jutro wieczorem, o osiemnastej. – powiedział, spoglądając na mnie uważnie. Dyrektor musiał zauważyć zmianę jaka zaszła w mimice mojej twarzy, gdyż dodał. – Nie martw się, to nie ma nic wspólnego z tymi słodyczami.
- Ach… - jęknęłam cicho z ulgą. – Panie profesorze, ja oczywiście bardzo chętnie bym przyszła, ale…
- Ale? – zapytał z ciekawością Dumbledore.
- Ale jutro jest pełnia i…
- Och, oczywiście! Przemiana. – zawołał cicho dyrektor. – Nic nie szkodzi, będziesz mogła wylecieć z mojego gabinetu.
- Tak…?
- Tak, panno Patil. To nawet lepiej, że jutro jest dzień Twojej przemiany. – rzekł, spoglądając przed siebie. W jego okularach-połówkach, odbijało się światło płonących pochodni…
- Lepiej, profesorze? – zapytałam, coraz bardziej zaintrygowana zaistniałą sytuacją.
- Tak, lepiej. – powiedział i zwrócił swój wzrok na mnie. – To co? Jutro o osiemnastej w moim gabinecie?
- Oczywiście.
- Hasło to „pieprzne diabełki”.
Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia, ale Dumbledore jedynie zachichotał i zniknął w kuchni.

***

- O co chodziło? – zapytała Meggie.
- Mam się jutro stawić w jego gabinecie…
- Co?? – rzekła z przerażeniem w oczach Suz. – To nie sprawiedliwe! Jeśli ma nas karać, to albo wszystkie, albo żadną!
- Suz...
- To nie fair!
- SUZ, na galopujące gargulce! Dasz mi dojść do słowa!?
Dziewczyny zamilkły i wreszcie mogłam pokrótce opowiedzieć im, czego chciał ode mnie Dumbledore. Oczywiście część przemilczałam… Z tego grona tylko Meg wiedziała, że w połowie jestem wilą.
- Ja zawsze wiedziałam, że on jest po części stuknięty. – mruknęła Lucy, po krótkiej chwili wspólnego milczenia.
- … a na końcu powiedział… Trochę jakby mówił sam do siebie, że to nawet lepiej, iż jutro jest moja przemiana, i że będę mogła wylecieć z jego gabinetu. – dodałam szeptem, pochylając się ku Meggie, tak jakbym chciała zajrzeć co niesie w rękach. Dziewczyna wciągnęła głęboko powietrze i otworzyła oczy ze zdziwieniem. Chciała o coś zapytać, ale ja tylko pokręciłam głową. Takie tematy lepiej zachować na rozmowę w samotności.
- Padma, mówiłaś coś?
- Pytałam Meg, czy wzięła wystarczającą ilość piegusków…


***

-Padma, jesteś z nami? – zapytała niecierpliwie Lucy. Drgnęłam, wyrwana ze swoich własnych myśli.
-Myślę o tym spotkaniu z Dumbledorem… Przecież nic nie przeskrobałam… Zresztą takimi sprawami zajmuje się Flitwick. Nie mam zielonego pojęcia czego on może chcieć… ode mnie.
- No, nie wiem… Zresztą, jutro się…
- Ciiii! – szepnęłam gorączkowo i nagle się zatrzymałam.
- Padma, co ty?? – warknęła Suz, która o mało co na mnie nie wpadła.
- Ciiiiicho! Ktoś tu idzie! – rzekłam podnosząc rękę do góry w uciszającym geście.
- Lepiej uniknąć pytań… - powiedziała Meg spoglądając na kilka kilogramów łakoci, które niosłyśmy.
- Szybko, za dywan!
Głos Lucy niknął w słowach nadchodzącej osoby. Czym prędzej dałyśmy nurka za wielki, wyszywany dywan i stłoczyłyśmy się w ciasnym przedsionku korytarza, prowadzącego na skróty do sali obrony przed czarną magią.
- Co on sobie myśli! – męski głos był coraz bliżej.
- Czy to…? – zaczęła Suz. Przerwałam jej kiwając głową.
- Czy ja jestem dzieckiem? Mam jedenaście lat i dopiero co zacząłem chodzić do Hogwartu?!
- No wiesz… Może nie masz jedenastu lat, ale do Hogwartu chodzisz dopiero od…
- Wiem, od września! Tom, nie o to mi chodzi! Jakbyś się czuł gdyby Twój ojciec przyjechał do szkoły i czekała Cię rozmowa z nim i DYREKTOREM! I to bez jakiegoś naprawdę konkretnego powodu!
Spojrzałam na dziewczyny… I już wiedziałyśmy, kto oprócz mnie i Dumbledora będzie jutro w jego gabinecie… Derek i jego ojciec. Rzuciłam ukradkowe spojrzenie na Meg. Ona wiedziała najlepiej, co to znaczy. Wiedziała, że jutro wieczorem trzy osoby będą wiedziały, że pożyczyłam naszyjnik Dereka na jedną noc… Czy będę musiała wyznać, co powodowało moim postępowaniem? I jak wpadłam na to, że medalion jest kluczem do szkatułki? Od samego myślenia o tym co mnie czeka, robiło mi się słabo:-( .

***

- Pieprzne diabełki. – rzuciłam niepewnie w stronę gargulca strzegącego wejścia do gabinetu dyrektora. Moim oczom ukazały się kręte schody. Gdy tylko postawiłam stopę na pierwszym stopniu, schody same ruszyły w górę! Musiałam przytrzymać się ściany, by nie stracić równowagi. Dojechałam na szczyt wprost przed drewniane drzwi. Usłyszałam dwa głosy. Oba już znałam. Jeden należał do dyrektora, drugi do ojca Dereka. Przez chwilę miałam chęć odwrócić się na pięcie i pognać gdzie pieprz rośnie! Byle dalej od tego gabinetu! Jednak wiedziałam, że muszę to zrobić. Podniosłam rękę i po krótkiej chwili zapukałam.
- Proszę wejść! – rozległo się trochę za szybko…
Złapałam za klamkę i lekko pchnęłam drzwi. W pierwszej chwili niewiele uwagi zwróciłam na wspaniałość tego pokoju. W oczy rzucił mi się zadowolony i uśmiechnięty Dumbledore, idący w moją stronę by mnie powitać. Mówił chyba „A oto i nasz ostatni gość.”… Nie mogę mieć pewności, bo czułam, jakby na raz moje wszystkie zmysły przestały odpowiednio funkcjonować. Następnym, którego odnalazł mój zamglony wzrok, był krępy mężczyzna około pięćdziesiątki. Miał krótkie, ciemne włosy, siedział w jednym z foteli. Spoglądał na mnie z wyraźnym, nieukrytym zainteresowaniem. Oczy miał takie same jak Derek… Zanim spojrzałam jeszcze bardziej w lewo, by odnaleźć trzecią osobę znajdującą się w gabinecie usłyszałam zbulwersowany głos.
- Co ona tu robi?! – prawie krzyknął rozwścieczony Derek. Te słowa natychmiast mnie otrzeźwiły. Przez chwilę miałam chęć rzucić w jego kierunki coś równie niemiłego, lecz Bogu dzięki się powstrzymałam. Ojciec Dereka spojrzał na niego karcąco, a dyrektor, nadal tonem przyjacielskim i ciepłym, pouczył go w sposób iście ojcowski.
- Panie Knight, panna Patil jest moim gościem, tak jak pan i pana ojciec, więc należy się jej szacunek.
Derek wymruczał pod nosem coś co miało zapewne znaczyć „przepraszam” i odwrócił głowę, udając że wpatruje się w portrety byłych dyrektorów Hogwartu, obserwujących uważnie każdą osobę w pomieszczeniu.
- Panno Patil, proszę usiąść. – rzekł Dumbledore wskazując mi jeden z kilku foteli, znajdujących się w gabinecie. Natychmiast zwróciłam uwagę na położenie fotela-był on tak ustawiony, że każdy mógł mnie bezkarnie obserwować. Westchnęłam cicho i powoli usiadłam w niezwykle miękkim, obitym granatowym materiałem fotelu. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, w ciągu której mój wzrok łapczywie pochłaniał wszelkie wspaniałości gabinetu dyrektora. Zastanawiałam się do czego może służyć wysoka żerdź stojąca w komnacie, jednak zanim doszłam do jakichkolwiek wniosków Dumbledore zwrócił się wprost do mnie:
- Panno Patil, jak zapewne się pani orientuje to jest pan Albrecht Knight. – rzekł dyrektor wskazując na ojca Dereka.
- Od dawna chciałem Cię poznać. – rzekł z entuzjazmem ojciec Dereka, podrywając się z fotela i pędząc ku mnie z wyciągniętą dłonią. Czym prędzej wstałam i mówiąc:
- Mnie również bardzo miło. – uścisnęliśmy sobie dłonie.
Na początku rozmowa nie bardzo się kleiła. Jednak z biegiem czasu było coraz lepiej. Zainteresowały mnie niektóre szczegóły z życia Knightów, a zwłaszcza te dotyczące wil w rodzinie. Głównie rozmowa pochłonęła mnie i pana Albrechta. Dumbledore czasem dodawał coś od siebie, natomiast Derek był zgnuśniały i milczący. Po jakichś dwóch godzinach rozmowy, chyba po raz setny dziękowałam panu Knightowi za to, że przekazał mi pierścień prababki Dereka. A on nie mógł się napatrzeć na moje niezwykłe, malinowe paznokcie, bo „nigdy w rodzinie żadna wila nie miała takowych”.
- Jest jeszcze jedna rzecz, która nurtuje zarówno Pana Knighta, jak i mnie. – dodał po chwili Dumbledore. – Derek zauważył, iż pewnego poranka jego medalion, który zawsze przy sobie nosi był odpięty. Podejrzewa, że ktoś próbował mu go…
- Ukraść! – rzucił Derek z gniewnym spojrzeniem.
- Jak sama pani słyszała – powiedział spokojnie Dumbledore. – podejrzewa, że ktoś chciał mu ukraść ów medalion. Uważa także, że jedynie pani mogła go dojrzeć. Czy ma pani coś wspólnego z tym wyjątkowo interesującym wypadkiem?
Co mogłam rzec? Kłamstwo ma zawsze krótkie nogi… Co prawda, małe kłamstwa, w sprawach mało istotnych mogą jakoś zginąć w tłoku, ale to… Nie warto było kłamać. Przymknęłam na chwilę oczy i wzięłam głęboki wdech. W głowie zaroiło mi się od paranoidalnych myśli… Lekko przygryzłam dolną wargę i spojrzałam przed siebie. Wszyscy na mnie patrzyli, łącznie ze „śpiącymi” postaciami z portretów.
- Tak, profesorze. Mam z tym wiele wspólnego. – odparłam głosem najpewniejszym na jaki było mnie stać.
- A nie mówiłem, tato! To ona go ukradła! – zawołał wściekle Derek wskazując na mnie palcem.
- Widzę, że słowo „kradzież” jest Ci obce. – rzekłam zanim któryś z mężczyzn zdążył otworzyć usta. – Wydaje mi się, że medalion w tej chwili wisi na łańcuszku pod Twoją szatą, a nie spoczywa… chociażby w mojej kieszeni. Tak więc nie życzę sobie takich obelg, bo nie jestem złodziejką! Poza tym, to nie ładnie pokazywać na drugą osobę palcem. – dodałam rzucając chłopakowi wyzywające spojrzenie. Zmarszczki mimiczne dyrektora, wokół ust, zadrgały.
- Oczywiście, nie twierdzę, że to co zrobiłam było zachowaniem bez zarzutu, ale nie można mnie nazwać złodziejką. Pożyczyłam medalion, bo uznałam, że coś odkryłam. – dodałam po chwili.
Derek pychnął z pogardą i oparł dłonie na kolanach.
- Taaaaak? I co takiego odkryłaś wszystkowiedząca Padmo? – dodał.
Już otwierałam usta by odszczeknąć parę przykrych słów, jednak Dumbledore mnie uprzedził.
- Panie Knight, niech pan opanuje emocje. A panna Patil, jeśli będzie łaskawa, opowie nam co znalazła.
- Pewnego wieczoru Derek grał w szachy z naszym kolegą z roku. Gdy wstawał zobaczyłam jego medalion. Później w snach, stale nękał mnie obraz szkatułki, którą ja i Derek znaleźliśmy w tajemnym korytarzu. Uznałam, że to właśnie medalion jest kluczem to kuferka. Postanowiłam to sprawdzić. – W gabinecie panowała niczym nie zmącona cisza. Powietrze stawało się, można by rzec, coraz bardziej gęste. Na chwilę zamilkłam, nie bardzo wiedząc w jaki sposób poprowadzić dalszą rozmowę by ominąć motyw zazdrości o Dereka. Dumbledore zauważył zmianę w mojej mimice i pewności mówienia, ale nie zdążył uprzedzić pana Knighta przed zabraniem głosu.
- Rozumiem, to bardzo dobrze świadczy o Twojej inteligencji, ale dlaczego nie wybrałaś się tam razem z moim synem?
Derek uśmiechnął się kpiąco i spojrzał na mnie znacząco…
- Jaaa… To znaczy… Hmmm… To dosyć skomplikowana sprawa, proszę pana. Między mną i Derekiem doszło do swoistego poróżnienia już wcześniej, a w dniach, w których zamierzałam sprawdzić czy moje podejrzenia dotyczące szkatułki są prawdziwe, on… Cóż, zasłużył sobie na moją pogardę. – To dziwne, że najpierw nie mogłam wydusić z siebie słowa, a teraz nagle mówiłam jak katarynka, używając słów jak najbardziej odpowiednich przy tak ważnej rozmowie, a jednak nie używanych w mowie potocznej.
- Rozumiem, że nie chcesz się z nami dzielić szczegółami tej sprawy. – dodał pan Knight widząc mój zacięty wyraz twarzy i wzrok pełen nienawiści, skierowany na jego syna.
- Owszem, wolałabym o tym nie mówić. – Strzepnęłam z szaty nieistniejący pyłek i zaczęłam dalej opowiadać. – Tak więc, postanowiłam, że sama sprawdzę czy moje podejrzenia są prawdziwe. Zabrałam Derekowi medalion gdy już spał. Od razu poszłam do lochów.
- I co, nikogo po drodze nie spotkałaś? – zapytał Derek głosem jak najbardziej przepojonym pogardą.
- Miałam wiele szczęścia, nie spotkałam nikogo. – odpowiedziałam nie zmieniając barwy głosu, po chwili ciągnęłam dalej. – Gdy dotarłam na miejsce, okazało się, że sam medalion nie wystarczy do otwarcia szkatułki.
- Więc jej nie otworzyłaś? – zapytał z zawodem pan Knight. Był widocznie bardzo podekscytowany moją historią. – Jesteś pewna, że ten medalion był kluczem?
- Medalion na pewno jest JEDNYM Z KLUCZY, proszę pana. Obejrzałam dokładnie kuferek i stwierdziłam, że jest potrzebny jeszcze jeden przedmiot służący do otwarcia szkatułki. I wiedziałam kto go posiada.
Dumbledore patrzył na mnie z uwagą. A pan Knight wciągnął głęboko powietrze.
- Kto?? – zawołał Knight.
- Ja. – odparłam spokojnie spoglądając na Dereka i jego ojca.
- TY?? – krzyknął chłopak. – Ty nie masz niczego wspólnego z moją rodziną, nie byłabyś w stanie otworzyć tej szkatułki. Nie jesteś tego godna!
- Dość Dereku! – ostry głos Dumbledora przeszył powietrze niczym sztylet. – Jeśli nie opanujesz swoich emocji będę zmuszony Cię wyprosić.
Ta reprymenda podziałała na chłopaka jak kubeł zimnej wody. Opadł w głąb fotela i z rezygnacją spuścił głowę.
- Wracając do sprawy panno Patil… - rzekł dyrektor. – Cóż to za przedmiot?
- Ten pierścień. – powiedziałam wystawiając dłoń tak by każdy z obecnych był w stanie dojrzeć pierścionek na moim palcu. – Ten, który dostałam od pana, gdy dowiedział się pan o tym, że stałam się pół-wilą. – dodałam spoglądając na pana Knighta.
- I co dalej?
- Przyłożyłam pierścień do odpowiedniego zagłębienia w kuferku, obróciłam nim, potem przekręciłam medalion. Wieczko się otworzyło. Wewnątrz znajdowały się trzy szmaragdowe kulki, "płoneły" pięknym, lazurowym światłem… Nie dotykałam ich. Byłam już o wiele mądrzejsza w doświadczenia. Dotykając szkatułki po raz pierwszy stałam się pół-wilą, kto wie co mogłoby się stać gdybym dotknęła tych kulek. Przyjrzałam się im, zamknęłam wieko i wróciłam do Pokoju Wspólnego. Nie udało mi się zapiąć poprawnie wisiorka na szyi Dereka, bo w pewnym momencie on przewrócił się na bok i medalion wypadł mi z rąk. I to by było na tyle… - skończyłam, prostując się w fotelu.
- No, no zmyślna dziewczyna. Doprawdy, nasza Tiara Przydziału chyba się starzeje, skoro tacy ludzie nie trafiają do Slytherinu. – rzekł jakiś głos, który jak się potem okazało należał do jednego z portretów.
- Dziękuję Ci, Fineasie. I śmiem wątpić w to, że Tiara się starzeje. – rzekł Dumbledore.
- Panie profesorze… - powiedziałam cicho, spoglądając w okno, na którym zza chmur wyłaniał się księżyc w pełni.
- Ach, tak. Nie krępuj się, zaraz pozwolimy Ci wylecieć. – powiedział dyrektor z błyskiem w swoich niezwykle inteligentnych, niebieskich oczach. – Albrecht chciałby zobaczyć prawdziwe wilowe skrzydła. Mam nadzieję, że udzielisz mu takiego przywileju.
- Oczywiście, profesorze. W końcu, w jakiś sposób jestem związana z rodziną Knightów. – uśmiechnęłam się serdecznie do pana Albrechta, który z wdzięcznością odwzajemnił uśmiech. Nie minęło 30 sekund, a stałam na dywanie dyrektora z rozpostartymi, cudowne białymi skrzydłami. Z ust Albretcha wydarł się okrzyk podziwu i zdumienia. Był zachwycony widokiem nieskazitelnych, wilowych skrzydeł. Jego oczy zamgliły się łzami. Derek rzucał tylko krótkie spojrzenia w moja stronę, dezaprobując spojrzeniem zachwyconego ojca. A Dumbledore, jak to Dumbledore, zwracał uwagę na każdy szczegół tej sceny. Oglądał uważnie moja skrzydła, rozentuzjazmowanego Albrechta, wściekłego i milczącego Dereka.
-Panno Patil, nie będziemy Cię dłużej zatrzymywać. Taka piękna noc. – rzekł z uśmiechem widząc na mej twarzy wyraz delikatnego zażenowania zaistniałą sytuacją.
- Ogromnie się cieszę, że Cię poznałem. – powiedział ojciec Dereka z szerokim uśmiechem. Nadal chłonął wzrokiem srebrzyste skrzydła, wyrastające z moich pleców. – Wspaniałe… - dodał.
- Mnie również niezmiernie miło. I jeszcze raz dziękuję za pierścień. Jest on niezwykle pomocny. Bez niech, ból był niemiłosierny… – odparłam i spojrzałam na Dereka. Ale on był o krótką chwilę od wybuchu, wściekłość wypływała z każdego cala jego ciała.
- Derek, nie pożegnasz się? – zapytał zdziwiony ojciec widząc jak odchodzę w stronę Dumbledora, otwierającego mi okno.
Zatrzymałam się i odwróciłam w jego stronę. Nasz wzrok spotkał się… Derek wstał, podszedł do drzwi i wybiegł z gabinetu trzaskając drzwiami. Z rezygnacją wypuściłam powietrze.
- Wybacz Dumbledore… Sam już nie wiem… - mruknął ojciec chłopaka.
Podeszłam do okna, ostatni raz odwróciłam się do wnętrza
- Do widzenia. – rzekłam i już chciałam rzucić się w powietrze gdy drzwi dyrektora otworzyły się na oścież, a stał w nich… Derek? Na pierwszy rzut oka można było dojść do takiego wniosku, lecz po chwili dotarło do mnie, że wpatruję się z otwartymi ustami w kopię Dereka, tyle że wyższą i z ciemnymi włosami… Młody mężczyzna stał oniemiały w progu, pochłaniając mnie wzrokiem.
- Coś się stało Romulusie? – zapytał uprzejmie Dumbledore.
- Ja przepraszam, ale Derek wybiegł tak nagle… - rzucił Romulus, bez przerwy rzucając ukradkowe spojrzenie w moją stronę.
- Cóż, nie wytrzymał napięcia. – dodał dyrektor. – Panno Patil, pozwoli pani do mnie na chwilkę. Należałoby pani kogoś przedstawić.
Zeskoczyłam zgrabnie z parapetu i podeszłam do Romulusa. Chłopak miał na oko około 20 lat, był równie przystojny jak Derek, jeśli nie bardziej. Patrzył na mnie ze swoistym zachwytem-nie tylko na skrzydła;-) . Poczułam, że pieką mnie policzki… (Do diabła! Nie rumień się dziewczyno! Tylko się nie rumień!:-P )
- Romulusie, Padma Patil, dziedziczka waszego daru. Jak pan widzi, jest pół-wilą. – Romulus kiwnął głową i uśmiechnął się tak promiennie, że zachwiałam się z wrażenia.
-Panno Patil, Romulus Knight. Syn Albrechta Knighta i starszy brat Dereka.
- Miło mi. – rzekłam na wydechu i wyciągnęłam drżącą z podekscytowania dłoń w stronę Romulusa. Gdy ją uścisnął poczułam jakby poraził mnie prąd. Zebrałam w sobie wszelkie siły i uśmiechnęłam się jak tylko mogłam najpiękniej. Romulus odwzajemnił uśmiech i tak staliśmy wpatrzeni w siebie jak para skonfundowanych znienacka gnomów:-P … Jakie on ma piękne oczy…

[ 14 komentarze ]


 
I to jest właśnie życie w Hogwarcie;)!
Dodała Padma Patil Sobota, 28 Czerwca, 2008, 16:01

Czas na kolejną notkę. Trochę przykro mi z tego powodu, że coraz mniej osób do mnie zagląda:-( . Może było to spowodowane tym, że rzadko umieszczałam nowe wpisy? Mam jednak nadzieję, że wrócicie do lektury:-) !

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

- Ciiiiicho, kretynki!!! Nie widzicie, że czytam?? – krzyknęłam oburzona nie mogąc znieść ciągłego paplania koleżanek.
- No, odezwała się cicha myszunia… Albo gadasz ponad miarę albo w ogóle. A to nie jest oznaka normalności, moja droga! – powiedziała Maggie z lekko obrażoną miną.
- A wszystko przez jakieś tam książki. – mruknęła Suzanne wodząc oczami po Pokoju Wspólnym.
- Wiedźmy, litości! Odrobiłam pracę domową, książka mnie wciągnęła i chcę trochę poczytać, błagam! – rzekłam składając ręce jak do modlitwy.
- Jeszcze „wiedźmy” widziałyście ją?? – fuknęła Lucy i skierowała się ku schodom prowadzącym do sypialni.
- Lucy… - jęknęłam.
- A czytaj sobie, czytaj! – powiedziała i weszła na schody, a za nią pozostałe koleżanki.
-Hej! Jutro jest piątek! Będę cała wasza! – krzyknęłam na odchodnym.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wyciągnęłam wygodnie na kanapie ustawionej tyłem do kominka i wróciłam do czytania.
Po kilku godzinach powieki zaczęły mi opadać i poczułam pod nimi piasek. W Pokoju było jeszcze tylko dwóch szóstoklasistów. Nagle moja głowa zrobiła się taka ciężka… Na ścianach migało światło z kominka… Było tak ciepło…

- Derek, co ty wyprawiasz??? – ze snu wyrwał mnie ostry męski głos. Jak słowo daję, tak się wystraszyłam, że podskoczyłam na kanapie pięć centymetrów. Z przerażenia wciągnęłam głęboko powietrze.
- Jesteś pewny, że jesteśmy tu sami? – zapytał ten sam głos.
- Tak. – uciął krótko Derek. – Tato, przesadzasz.
Przez chwilę panowała cisza. Wiedziałam, że ojciec Dereka nasłuchuje.
- Synu…
- Nie mów tak do mnie!
- Wyjaśnij mi, co się z Tobą dzieje? – rzekł spokojnie, tak jakby wcale mu nie przerwano.
- Co ma się dziać? Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Uczę się w miarę, mam dziewczynę(oooo, jak ja chciałam wyskoczyć zza oparcia!:-P ) , jest mi dobrze, od kiedy skończyłem z Padmą już nie mam tylu szlabanów…
-O ty, zasrańcu! – warknęłam bezgłośnie wpatrując się w ścianę przede mną i machając zaciśniętą pięścią. - „Skończył” ze mną?? O ty, ja ci pokażę!
- No właśnie, wolałem gdy miałeś dobry kontakt z Padmą. Bo byłeś normalny, ona wyciągnęła na wierzch wszystkie Twoje najlepsze cechy. Nawet takie, których wcześniej nie przejawiałeś. Potrafiłeś się poświęcić dla niej, dla osób które były Ci bliskie. A teraz? Zamknąłeś się, jesteś opryskliwy. To martwi mnie i Emy.
Przez moment przestałam bezgłośnie wyrzucać z siebie wszelkie złośliwości pod adresem Dereka. Moja pięść zatrzymała się w powietrzu. Słowa jego ojca mnie zdziwiły, ale sama musiałam przyznać, że wszystko co powiedział było prawdą. Derek był kiedyś zbiorem wszystkich „naj”, no może z paroma wyjątkami, jak nauka. Ale to było kiedyś…
- Nie musicie się martwić. – rzekł krotko.
- Derek…
- Jest ważniejszy problem. – powiedział sucho chłopak.
- Jaki? – trochę od niechcenia zapytał go ojciec.
- Wydaje mi się, że ktoś próbował mi ukraść naszyjnik.
Momentalnie zaschło mi w ustach. „A jednak się domyśla!” pomyślałam.
- Jak to próbował?? Ale masz go prawda? – głos ojca Dereka był, rzekłabym przerażony.
- Tak, mam.
Usłyszałam dźwięk łańcuszka i wiedziałam, że Derek wyjął medalion spod szaty. Mężczyzna głęboko odetchnął i spokojniej zapytał:
- Skąd to przypuszczenie, że ktoś próbował go ukraść?
- Parę dni temu, gdy wstałem rano naszyjnik był rozpięty…
- Gdzie leżał?
- W koszulce, w której śpię. Nie mógł mi się tak po prostu odpiąć, bo zawsze uważam na to czy jest dobrze zapięty.
- Zastanawiałeś się na tym kto to mógł zrobić?
- Jedyna osobą, która chyba zauważyła, że w ogóle noszę coś takiego była Padma… Tak mi się wydawało.
- To znaczy?
- Kiedyś grałem z kolega w szachy, ona siedziała z koleżankami na kanapie i jak wstawałem naszyjnik wysunął mi się spod szaty. Szybko go schowałem ale ona chyba go zauważyła.
- Rozumiem. – odparł krótko mężczyzna.
-„Rozumiem”?? Myślałem, że ten naszyjnik jest ważny dla naszej rodziny! A ty mówisz „rozumiem” słysząc, że jakaś wścibska dziewczyna chciała go ukraść!
- Derek, owszem naszyjnik jest bardzo ważny, ale jeśli nawet Padma chciała go zabrać… Pożyczyć…
-„Pożyczyć”?? A niby w jakim celu?? Tato dlaczego ją ciągle bronisz?! – krzyknął oburzony chłopak.
- Jeśli to ona miała przez jakiś czas twój naszyjnik przy sobie, bądź chciała go na trochę wziąć to nie masz się o co martwić…
- O czym ty mówisz…??
Derek najwyraźniej zaczynał tracić nad sobą kontrolę.
- Wydaje mi się, że ona wie więcej niż Ty…
- Więc to chyba nie jest normalna sytuacja!! To JA jestem waszym synem! Może się z nią kontaktujecie, co??
- Derek nie popadaj w skrajności! Jeśli ona wie więcej od Ciebie to tylko dzięki samej sobie!
- Taaak? No proszę… - warknął ironicznie Derek. – No to macie w rodzinie kretyna.
Nagle usłyszałam, że otwiera się kilka drzwi od sypialni. Część Krukonów zainteresowała się skąd dochodzą podniesione głosy o tak późnej porze.
- Synu…
- NIE MÓW TAK DO MNIE! – krzynął Derek. Usłyszałam jego kroki. Musiał odejść od kominka.
- Możesz się mnie spodziewać wkrótce w szkole. – rzekł spokojnie ojciec Dereka po czym dało się słyszeć ciche pyknięcie i wiedziałam, że w kominku znajdują się jedynie płonące drwa.
- Co się gapisz gnojku? – usłyszałam głos Dereka i trzask zamykanych drzwi.
Cichutko stoczyłam się z kanapy i na palcach skierowałam się w stronę dormitorium. Na schodach wpadłam na…
- Maggie! Chcesz żebym umarła na zawał?? – szepnęłam nerwowo.
- Jeśli do tej pory nie umarłaś leżąc na tamtej kanapie to już Cię nic nie zabije. – rzekła z przekąsem.
- Słyszałaś? – zapytałam.
- Tylko końcówkę…
- Derek się domyślił, że to ja maczałam palce przy jego naszyjniku.
- Co??
Prędko zakryłam jej usta dłonią.
- Cicho! Zaraz Ci opowiem! Dziewczyny śpią?
- Po takiej bonanzie? – zapytała sceptycznie. – Wątpię…
- No to będziesz musiała poczekać do rana…
- Jesteś okropna. – jęknęła Meg.
- Wstajemy o 7, albo i wcześniej. Myjemy się i idziemy pogadać, ok? Do śniadania powinnyśmy się wyrobić.
- Niech będzie… - mruknęła dziewczyna, po czym obie cichutko weszłyśmy do dormitorium. Jak się okazało kilka sekund później nie potrzebne było to „cichutkie” wejście. Już na progu zaatakowały nas koleżanki.
- No, opowiadajcie natychmiast co tam się działo! – powiedziała podniecona Suz.
Uśmiechnęłam się pobłażliwe i cóż nam zostało…? Musiałyśmy opowiadać, oczywiście... bardzo okrojoną wersję.

- Tak powiedział?? – zapytała Maggie podczas porannej przechadzki po zamku.
- Dokładnie tak…
- Hmmm… Najwyraźniej on sobie zdaje sprawę, że skojarzyłaś medalion ze szkatułką.
- Też tak myślę. – przytaknęłam kiwając głową. – Ale wiesz… najpierw gdy usłyszałam jego słowa byłam przerażona. Ale później kiedy powiedział, że skoro to ja go wzięłam to „nie ma się o co martwić” uspokoiłam się. To ciekawe, że nie znając mnie darzy mnie takim zaufaniem.
- Może rozmawiał na twój temat z Dumbledorem?
- Może, ale sama zauważ, że nawet on bardzo dużo o mnie nie wiedział zanim nie stałam się pół wilą…
- Kto to wie? Wiesz jaki jest Dumbledore, prawie wszechwiedzący;-) .
- Taaa.
Chwilę szłyśmy bez słowa zatopione we własnych myślach. Dosłownie „chwilę”.
- A co to panienki sobie spacery po zamku z rana urządzają, co? – zacharczał Filch stojąc niecały metr od mojego nieskalanego ucha(nieskalanego do tej pory:-P )..
- A co to nie można sobie chodzić przed śniadaniem po zamku? – mruknęła Meg.
- Z tego co mi wiadomo cisza nocna kończy się o szóstej. – warknęłam.
- Ty nie bądź taka mądra! Jak się dowiem, że węszycie to…
- To…? – powiedziała Maggie ze swoim specyficznym uśmieszkiem.
- A i tu pana mam! – krzyknęłam triumfalnie. Filch spojrzał na mnie jak na wariatkę, Meg zresztą tak samo. – Więc jest coś na rzeczy, tak? Można coś wywęszyć? – dodałam szczerząc się jak Hagrid na widok rosnących w zastraszającym tempie sklątek:-D .
Filchowi krew nabiegła do twarzy.
- Ja ci… - zaczął ale nie skończył, bo zza ściany nadleciał Irytek rzucając w woźnego kulkami z papieru i wołając:
„Filczi, milczi nasz kochany
To zjawisko niesłychane!
Gdy kuleczką rzucę weń,
Potruchta za mną jak stary pień!”

A my korzystając z okazji czmychnęłyśmy za najbliższy zakręt. Tylko soczyste przekleństwa Filcha wraz z „ja was jeszcze dopadnę!” odbijały się echem po korytarzach.
- Widziałaś jak się wściekł gdy powiedziałaś, że coś jest na rzeczy? – zapytała ze śmiechem Meggi.
- Dziwisz mu się? Przecież ktoś odkrył tajemne przejście z pięciokątnej sali. – dodałam patrząc w sufit.
- Ciekawe kto mógłby być taki wścibski? – rzekła z przekąsem.
- Ej! – krzyknęłam uderzając koleżankę w ramię. – Lepiej powiedz jak Ci się podobała nowa piosenka Irytka.
- Na pewno lepsza niż ostatnia.
- Na pewno mniej chamska:-) .
- Na pewno bardziej do rzeczy.
- Na pewno jedna z „the Best of Irytek”
- Padma…
- Wybacz. – szepnęłam chichocząc pod nosem. Długo nie wytrzymałam milcząc, bo nasunęłam mi się ostatnia pioseneczka Irytka, którą zaczęłam nucić pod nosem:
„Kto to? No kto to? Iryt pyta was?
Obleśny, chrapliwy, z ust bucha mu kwas…”

- Padma… Czy nie mogła byś…?
Już miałam odpowiedzieć ”nie” gdyby nie strumień wody, który oblał mnie całą od stup do głów. Spojrzałam w górę:
- IRYTEK, TY DZIADU!!!”
- Panno Patil, jak się pani wyraża? – rzekł sfrustrowany Flitwick, który pojawił się ni stąd ni z owąd obok nas, zmierzając zapewne do Wielkiej Sali na śniadanie.
Nie zdążyłam nawet otworzyć ust by odpowiedzieć, bo następny strumień wody oblał… profesora.
- IRYTEK, TY DZ… DUCHU TY!!!” – krzyknął Flitwick.
Maggie musiała włożyć sobie pięść do ust żeby nie zacząć wyć ze śmiechu:-D . A Irytek wywinął młynka w powietrzu i zniknął…
- Nie wiem dlaczego ten duch nadal gości w naszych murach… Są z nim same problemy… - powiedział z zakłopotaniem profesor. – No, ale teraz już najwyższy czas na śniadanie. – rzekł pogodniej, machnął dwa razy różdżką i nasze szaty wyschły w mgnieniu oka.

- Idziemy do kuchni. A ty idziesz z nami. – powiedziała Lucy tonem nie znającym sprzeciwu wieczorem tego samego dnia.
- Yyyy… Wieeecie… Ta książkaaa… - szepnęłam przeciągając sylaby.
-O nie, nie, nie! A kto powiedział: „Jutro jest piątek! Będę cała wasza!”. – warknęła Suzanne machając palcem tuz przed moim nosem.
- No jaa… - powiedziałam zrezygnowana.
- No więc? – rzekła Meggie
- No więc muszę, tak? – powiedziałam zrezygnowana.
- Dokładnie. – odpowiedziała mi Lucy i pociągnęła w stronę drzwi.

- Może mi powiecie po co idziemy do kuchni? – zapytałam nadąsana w Sali Wejściowej.
- To chyba jasne. – powiedziała Lucy. – Po słodycze!
- Robimy dziś słodyczowy wieczorek. Zaczyna się weekend i trzeba to uczcić;-) ! – wyjaśniła Suzanne.
- I tylko o to chodzi? – zadałam kolejne pytanie patrząc podejrzliwie na każdą z koleżanek.
- Padma, nie uważasz, że ten tydzień dał nam nadzwyczajnie w kość?? Wypracowanie dla Snape’a i McGonagall, każde na cztery rolki pergaminu, parę rysunków nieba i to przeklęte ćwiczenie zaklęć niewerbalnych… - rzekła złamanym głosem Maggie.
- Nawet mi nie przypominajcie! – jęknęłam. – Ale idę o zakład, że chodzi wam o coś jeszcze. – rzuciłam obserwując reakcje dziewczyn.
- No niech jej będzie. – warknęła Lucy.
- Wiec? – zapytałam.
- Więc chcemy pokazać wszystkim jaka jesteś szczęśliwa. – powiedziała z szelmowskim uśmiechem Maggie.
- No jasne, mogłam się domyślić, że chodzi wam o Dereka. – rzekłam z przekąsem.
- Ej, Luciiiiijaaa!!! – usłyszałyśmy nagle gburowaty głos pewnego Ślizgona z siódmej klasy. – Jakim cudem te szaty na Tobie nie pękają?? – rzekł i zaśmiał się chrapliwie.
Lucy podniosła dumnie głowę do góry jednak widać było jak bardzo jej przykro.
- Zamknij się idioto! – warknęła Suzanne.
- Boooo co…? – zakpił Ślizgon.
Zanim zdążył zrobić dwa kroki na przód, wyjęłam różdżkę i machnęłam starając się rzucić zaklęcie bez wypowiadania jego formuły. Ku mej radości zadziałało! Ślizgon wydawał z siebie jedynie dziwne dźwięki poruszając ustami jak ryba wyciągnięta z wody;-) . Chłopak pogroził nam ręką i roztrąciwszy zdziwioną Meggie i Suz, pomknął korytarzem.
- Co mu zrobiłaś?? – zapytała oszołomiona Meggie.
- Po prostu jęzlep. – odparłam. – Język przywiera do podniebienia.
- Super! Musisz nas nauczyć! – powiedziała z entuzjazmem Lucy. – No i udało Ci się je rzucić niewerbalnie.
-Ha!:-D – rzekłam triumfalnie i połaskotałam gruszkę na obrazie pełnym owoców.

- Nie, naprawdę dziękuję.
- Tyle nam wystarczy.
- Tak, Zgredku, jak spotkam Harrego to na pewno go od Ciebie pozdrowię! – zapewniłam skrzata.
- Dziękuję Padmo Patil, dziękuję! Harry Potter ma takich wspaniałych przyjaciół. – rzekł skrzat ze łzami w oczach wkładając mi do kieszeni kilka pasztecików.
Jak słowo daję-próbowałyśmy opuścić kuchnię przez pół godziny. Jednak skrzaty ciągle nas zatrzymywały i dodawały kolejne smakołyki.
Wreszcie udało mi się chwycić za klamkę. Pchnęłam drzwi i wpadłam wprost na…
- Co jes…? Ojjj… Przepraszam panie profesorze. – szepnęłam niepewnie, kurczowo trzymając masę słodkości w ramionach.
- Panno Patil znowu spotykamy się w niezwykłym miejscu. – odpowiedział profesor Dumbledore rzucając mi ciekawe spojrzenie spod swoich okularów połówek.

[ 1513 komentarze ]


 
Ciekawie... Jak zawsze;P.
Dodała Padma Patil Piątek, 16 Maja, 2008, 20:46

-Pobiłaś swój rekord. – mruknęła Maggie spoglądając na zegarek. – Spędziłaś w łazience całe siedem i pół minuty.
-Widzisz, jak się chce to można.:-D – powiedziałam z uśmiechem trzymając różdżkę nad głową i susząc sobie włosy ciepłym strumieniem powietrza.

Po chwili dołączyłyśmy do grupki starszych Krukonów i ruszyłyśmy na dół.
Jednak mój odzyskany humor prysł wraz z pojawieniem się w Wielkiej Sali. Właśnie wtedy zobaczyłam Dereka i tą pindę…:-P
-Padma, wyluzuj, ok? – szepnęła z niepokojem Mag gdy poczuła jak lekko drgnęłam widząc ich razem.
-Jasne. – mruknęłam przez zaciśnięte zęby.
Postanowiłam, że pogadam z Ronem, albo chociaż spróbuję. Ruszyłam hardo przed siebie aż tu nagle:
-Deri (co to za zdrobnienie na gacie Merlina!?), czy to nie tamta histeryczka? Ta Twoja ex?
Stanęłam nagle i odwróciłam się do nich. Czy ja się przesłyszałam „ex”???
Nawet nie wiem jak to się stało… Prawie nie czułam, że Maggie szarpie mnie za rękaw płaszcza, że mówi gorączkowo jakieś niewyraźne słowa. Wszystko było dla mnie w tym momencie bez wartości. Liczyła się tylko ta dwójka i ja… Podeszłam do tej… *** do niej:-P i powiedziałam z krzywym uśmiechem:
-Mówiłaś coś na mój temat czy może się przesłyszałam?
-Słucham…? – odpowiedział mi ten skrzeczący głosik. Derek stał obok niej jak słup soli, widać był trochę zmieszany, a Sonia traciła resztki pewności siebie pod naciskiem mojego spojrzenia.
-Masz problemy ze słuchem? Zapytałam czy coś mówiłaś, bo wydawało mi się że tak i to coś bardzo mylnego.
-Ale to prawda. – rzekła nagle z głupkowatym chichotem. – Prawda Deri? Histeryczka…
Moja różdżka momentalnie znalazła się w mojej dłoni.
- Słuchaj dziecinko, nie znasz mnie i NIE ŻYCZĘ SOBIE żebyś otwierała swoją jadaczkę po to by rozpowiadać głupoty na mój temat. NAWET – prawie krzyknęłam widząc jak otwiera usta żeby mi przerwać – NAWET jeśli ON ci o tym powiedział! I przyjmij do wiadomości, że to nie był mój chłopak! I NIGDY nie będzie! Bo mój facet nie może być skończonym DUPKIEM! – to ostatnie zdanie powiedziałam wprost do Dereka.
[nawet jak teraz przypomninam sobie to wydarzenie nie wiem co on wtedy myślał… jego wyraz twarzy był prawie całkiem nieprzenikniony]
Podczas naszej wymiany zdań obok pojawił się całkiem spory tłumek obserwujący tę scenę.
-On nie jest dupkiem! Jak śmiesz go tak nazywać! – odkrzyknęła Sonia.
- Jest i ja o tym wiem najlepiej!
-Petrifi…
-Expelliarmus!!!
Różdżka Soni poszybowała ze świstem za nią. Nie dała za wygraną, podbiegła w miejsce gdzie wyrzuciło ją moje zaklęcie.
-Petrificus…
Jednak ja byłam szybsza. Dziewczyna nie zdążyła dokończyć formuły zaklęcia gdy ja wykrzyknęłam tę samą formułę. Sonia padła z hukiem na posadzkę. Pod siłą zaklęcia przetoczyła się jeszcze parę metrów dalej.
Parę osób głucho krzyknęło, inni coś szeptali. Ale mi szumiało w uszach tak, że nie mogłam nic zrozumieć.
Derek nie podbiegł do Soni, stał i patrzył na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem. Niestety już nie takim jak kiedyś: ciepłym i przyjacielskim. Coś dobrego w nim zginęło… Czułam przez chwilę jakby był mi całkiem obcym człowiekiem. Przed oczami mignęło mi parę scen naszych wspólnie spędzonych dni i tygodni… Łzy napłynęły mi do oczu. I nagle poczułam, że ktoś chwyta mnie za moją zimną, spoconą i drżącą jeszcze dłoń.
Maggie pociągnęła mnie za sobą, kierując się ku Drzwiom Wejściowym. Wyszłyśmy na błonia wśród ogólnego szumu ludzkich głosów…


- Weź mi piwo kremowe. – rzekłam bezbarwnie podając Maggie parę monet. – Ja pójdę zająć jakiś stolik.
Tym razem chciałam uniknąć tłumów. A wiedziałam, że w taki dzień jak dziś (wietrzny i mroźny) w Trzech Miotłach będzie tłok. Dlatego zaproponowałam Maggie pub pod Świńskim Łbem. W pubie było jedynie parę podejrzanie wyglądających osób. Zresztą jak zawsze, z tego co słyszałam. Bo zdarzyło mi się tu być tylko raz, jakiś rok temu. Po chwili wróciła Maggie z dwiema butelkami piwa i dwiema szklankami które trzymała niepewnie. Były zakurzone…
-Padma? – szepnęła Maggie
-Hmmm? – mruknęłam przechylając butelkę. Zrezygnowałam z picia ze szklanki…
-To było… Yyy…
-Nic nie musisz mówić… - mruknęłam cicho. – Obie wiemy.
Zapadło milczenie. Słychać było tylko ciche pobrzękiwanie szklanek, które wycierał barman i siorbiąco-mlaszczące odgłosy parę stolików dalej. Jakiś dziwnie wyglądający czarodziej zjadał właśnie coś w rodzaju zupy.
-Czy można kogoś kochać i nienawidzić? – zapytałam po długiej chwili.
-Nie wiem… Pewnie tak. – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem.
-Chociaż kochać to za mocne słowo… No, ale to co nas łączyło, było… - urwałam wpatrując się bezmyślnie w niebieskiego robaczka, który mknął po blacie stołu. – Ach, nieważne. Jakoś się pozbieram. Potrzebuję tylko czasu. – dodałam po krótkiej chwili otrząsając się z otępienia.
-Nareszcie mówisz jak Padma. – rzekła Maggie z uśmiechem:-) . – Będzie dobrze, zobaczysz. A on… On będzie kiedyś bardzo żałował.
-A wtedy będzie za późno…
-O tak.
-Jego strata. – dodałam i uśmiechnęłam się do koleżanki:-) .

-A co Cie to obchodzi czy jest w dormitorium?? – usłyszałam głos Lucy rozlegający się w Pokoju Wspólnym. Ze zdziwieniem spojrzałam na Maggie i Suzanne. Od kiedy Lucy podnosi na kogokolwiek głos?? – Nawet jeśli jest to bym Ci nie powiedziała. Pokazałeś już na co cię stać. Daj jej spokój!
Po czym usłyszałyśmy jej ciężkie kroki. Wkroczyła do dormitorium z iskrzącymi oczami i nastroszonymi brwiami.
-Derek. – powiedziała tylko i rzuciła na łóżko kilka książek.
Suzanne westchnęła ciężko.
-Wiecie co? Chyba się przejdę… - powiedziałam.
-Jest taki mróz, że długo nie wytrzymasz:P.
-Lekki wiaterek mnie pobudzi;-) . – powiedziałam i mrugnęłam do Maggie.
-Tylko żeby ten „lekki” wiaterek Cię nie zdmuchnął. – mruknęła Lucy.

Wyszłam na błonia. Nadal było zimno, ale mroźny wiatr koił moje zmysły … W końcu od niedawna wiatr to mój sprzymierzeniec. Delikatny uśmiech błąkał mi się na ustach. Coś wewnątrz mnie się cieszyło. Na przekór teraźniejszych wydarzeń… Z moich własnych myśli wyrwał mnie dziewczęcy głos dochodzący z chatki, którą mijałam:
-Hej Padma! Chodź do nas, bo zamarzniesz na kość! – krzyknęła Hermiona z chatki Hagrida.
-Dzięki Hermino, ale naprawdę jest mi bardzo przyjemnie! – odkrzyknęłam.
-Nie wygłupiaj się Padma, wejdź na kubek herbatki. – usłyszałam głos Hagrida.
Przecież nie mogłam odmówić profesorowi…
W drzwiach pojawiła się Hermiona i wciągnęła mnie szybko do środka.
-Dzień dobry. – rzekłam do Hagrida. – I… cześć. – dodałam patrząc na Harrego i… Rona.
Przez moment stałam jak wryta nie wierząc własnym oczom. Jak mogłam nie pomyśleć, że w chatce będzie cała trójka:-P ! Teraz będę siedzieć jak kołek…
-Siadaj, siadaj. – mruknął Hagrid i podał mi olbrzymi „kubek” z herbatą. Jego wielki pies usiadł koło mnie i pewnie oślinił by mi całą rękę gdyby Harry nie zawołał go do siebie.
-Dziękuję. – odpowiedziałam nieśmiało i wypiłam łyk herbaty. Drgnęłam gdy wielki brytan Hagrida dotknął wilgotnym nosem mojej dłoni.
-Nie bój się, Kieł jest potulny jak baranek. – zapewnił mnie Hagrid.
Jeszcze raz spojrzałam na psa, którego wielkie świecące oczy mogły jedynie potwierdzić jego słowa:-D .
-Co to za przechadzki sobie urządzasz, co? Nie lepiej siedzieć w ciepłym Pokoju Wspólnym?
- zapytał Harry. Hermiona syknęła ze złością na czarnowłosego. Wiedziała, że to pytanie nie było zbytnio na miejscu.
- No wiesz, ostatnio… Atmosfera jest dość.. napięta. – zakończyłam zdanie patrząc na swoje ręce złożone na kolanach. Mimo tego widziałam jak Ron się we mnie wpatruje.
-A co to się dzieje u Krukonów, mmm? – zapytał Hagrid pogryzając swoje wielkie ciastka.
Hermiona wyglądała jakby go chciała zdzielić przez głowę, ale to przecież nie była wina Hagrida, że o to pytał. Przecież nie miał pojęcia, że to może być dla mnie przykre.
-To takie… yyymm… Koleżeńskie kłótnie. Dość poważne… Panie profesorze.
Hagrid tylko machnął ręką i powiedział:
-Jaki tam psorze. Mów mi Hagrid, no chyba że będziemy mieli lekcję. – dodał z uśmiechem.
-Dobrze… Hagridzie. – odpowiedziałam.
Nastała chwila ciszy… Stwierdziłam, że jeśli chcę to zrobić, to…
- Ron, możemy chwilę pogadać? – zapytałam patrząc mu prosto w oczy. – Na zawnątrz.
Kiwnął głową i wyszedł za mną z chatki. Odprowadził nas zdziwiony wzrok Hagrida.
-A im o co chodzi? – zapytał.
-To długa historia Hagridzie. – odpowiedział Harry.
Szłam z Ronem dłuższą chwilę w milczeniu.
-Chciałam Ci powiedzieć, że… Że wtedy źle mnie oceniłeś, bo ja… Nie pozwalam żeby ktokolwiek mną pomiatał.
-Wiem… - powiedział cicho Ron.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem i zapytałam:
-To dlaczego wtedy tak powiedziałeś…?
-Przecież sama wiesz… - szepnął – Byłem zazdrosny… To znaczy… jestem nadal – dodał tak cicho, że ledwo go dosłyszałam. Spojrzałam na niego bystro, jego uszy zapłoniły się. Mówił prawdę.
-Ron, zrozum… Nie chce cię stracić… Ale ja muszę teraz dojść do siebie. Trochę mi ciężko.
-No tak rozumiem. Przepraszam. Ale to normalne, że jeśli komuś zależy to… nie może znieść złego traktowania… lubianej osoby.
-Wiem Ron. I ja też cię jeszcze raz przepraszam. Za wszystko.
Uśmiechnęłam się i mocno wtuliłam się w jego ramiona. Nagle usłyszeliśmy odgłos otwieranych drzwi i głuchy trzask.
-O kurde! – krzyknął Harry starając się utrzymać równowagę. Widząc nas przytulonych o mało się nie wywrócił.
-Na miłość Boską, Harry! – syknęła niecierpliwie Hermiona.
Spojrzałam z uśmiechem na Rona i oboje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.:-D :-D :-D

[ 7303 komentarze ]


 

Fatal error: Allowed memory size of 134217728 bytes exhausted (tried to allocate 26002302 bytes) in /public_html/padma.php on line 715