Startuj z namiNapisz do nasDodaj do ulubionych
   
 

"Pamiętnik Marty Pears "
Pamiętnikiem opiekuje się Margot

  Wpis dla Czytelników
Dodała Marta Pears Czwartek, 16 Lipca, 2009, 20:36

Moi drodzy. Wiem, że od maja nie było notki. A nie było, bo strona miała problemy a potem... a potem ja sama zauważyłam, że i tak nikomu nie robi, czy wpis jest, czy go nie ma. Doszłam do wniosku, że publikowanie tego opowiadania na stronie w tym pamiętniku zaczyna się z wolna mijać z celem i nie sprawia mi przyjemności tej, co kiedyś. Ponieważ jednak cenię sobie wszystkich, którzy chcą poznać dalsze losy Marty - a pamiętajcie, że do końca jeszcze trochę! - nie zamierzam zostawić Was z niczym. Odchodzę z pamiętnika, ale jeśli ktokolwiek chce przeczytać dalsze części (a wiele jest napisanych, nie mówię, że wszystkie, ale wiele), niech zgłosi się do mnie na maila (marta.g3@vp.pl)lub na gg: 7486705 .
Dziękuję na koniec wszystkim, którzy pomogli w założeniu i przetrwaniu pamiętnika i którzy sprawili, że warto było pisać. Dziękuję :) Do usłyszenia być może niebawem :)

[ 388 komentarze ]


 
Część 57.
Dodała Marta Pears Środa, 06 Maja, 2009, 13:26

-Aha i piętnastego jest zebranie.
-Piętnastego? O której i gdzie?
-Nie wiem, Severus mi nie powiedział.
-A… właśnie, czy mam jakoś z nim…
-Udaj się na zebranie z Lucjuszem. Przepraszam, ale muszę już iść, King na mnie czeka, zaraz zaczynamy akcję, pa i powodzenia!
-Nie dziękuję, pa! Uważaj na siebie, Tonks!
Wysoka, zgrabna, choć może trochę zbyt chuda dziewczyna z ciemnorudym warkoczem wybiegła z kwatery, jak zwykle budząc portret wściekłej byłej właścicielki domu przy Grimmauld Place. Westchnęłam, spojrzałam na zegarek i poszłam do kuchni, zrobić sobie herbaty. Przede mną parę godzin oczekiwania.
Była ponura, październikowa noc. Otrzymałam dyżur w Kwaterze, podczas gdy King i Tonks mieli dorwać Dołohowa na gorącym uczynku. Oczywiście, Lucjuszowi powiedziałam, że spędzam noc u przyjaciół. To był jeden z tematów, na jaki wolałam z nim nie rozmawiać: ostatecznie może i się zmienił w stosunku do mnie, ale nie miałam pewności, że zupełnie wystąpił z grona śmierciożerców, choć jego zachowanie było prawdziwie zaskakujące.
Oczywiście, wiedziałam, że godząc się na zamieszkanie z nim, godzę się na pakt milczenia o sprawach Zakonu, nie sądziłam jednak, że będzie to tak proste. Lucjusz zdawał się zapomnieć o tym, że stoimy ideologicznie po dwóch stronach barykady i wcale się z tym nie kry ani zbytnio nie ujawniał. Nie poruszałam tego tematu dla bezpieczeństwa lecz w głębi duszy zastanawiałam się, o co mu chodzi i czy to jakaś gra, czy kolejna zmiana.
Dotąd nie myślałam o technicznej stronie mojej pracy dla Zakonu po tym, jak zamieszkałam z ojcem Dracona. Zapewne sądziłam, że „jakoś to się załatwi”, ale byłam święcie przekonana, że nadal będę pracować z prof. Snapem! Słowa Tonks nieco mnie więc zaskoczyły, mimo że były rozsądne, jak osądziłam po zastanowieniu się. Ciekawe, jak podejdzie do tego Lucjusz , pomyślałam, siadając w fotelu z kubkiem herbaty i patrząc na zasłonięte storami okna. Czy sam zaproponuje wspólne udanie się na zebranie śmierciożerców? Skoro wie o nim Kwatera, wie też pewnie i on…
Jeśli dziwiła mnie obojętność ojca Dracona na to, co poprzednio stanowiło rdzeń jego życia, to trudno byłoby nazwać to, co poczułam, gdy w noc z piętnastego na szesnastego października chciałam po cichu wymknąć się z Wiltshire i udać do Corax (tam bowiem miało się odbyć zebranie, z tego, co napisał mi prof. Snape) a w holu natknęłam się na Lucjusza.
-Nie śpi pan?- zapytałam głupio o jedyną rzecz, jaka przyszła mi do głowy. W dłoni trzymałam płaszcz.
-Idziesz tam?- odpowiedział pytaniem na pytanie. Jego głos był twardy. Przełknęłam ślinę. Decydujący moment… co powiedzieć?
-A pan nie?
-Nie pozwolę ci tam iść.- podszedł do mnie. -Popełniasz błąd… ty… nie powinnaś do nich należeć.
-Przecież sam pan wie, że śmierciożercą się jest raz na całe życie.- powiedziałam z niedowierzaniem. To dlatego przez cały czas nie wykazywał zainteresowania, myślałam, że nie wie o zebraniu a on świadomie nie chce tam iść…
Ze względu na ważność misji Zakonu nie mogłam pozwolić sobie na uzależnienie się od decyzji Malfoya; kiedy więc do dnia poprzedzającego zebranie w Corax nie zagadnął mnie ani słowem na ten temat, zmuszona byłam ratować się innymi sposobami. Skontaktowałam się z profesorem Snapem, który podał mi godzinę i miejsce zebrania; poinformowałam go też, że ze strony Lucjusza nie mogę liczyć na wsparcie i że niepokoi mnie to. Severus kazał mi nie zwracać na to uwagi, ale po tym, jak krótko mi odpisał, zrozumiałam, że zwrócił uwagę.
-Czarny Pan ma wielki cel, ale dochodzi do niego po trupach.- powiedział przez zaciśnięte zęby. -Nie mogę… nie mogę tam iść!
-Jeśli pan tam nie pójdzie, zostanie pan ukarany. On będzie zły…
-Nie mogę tam iść.- powtórzył. Patrzyłam na niego i myślałam gorączkowo, co zrobić, żeby go przekonać. Byłam pewna, że jeśli nie stawi się na zebraniu, Voldemort nie będzie się z nim patyczkował.
-Wiem, że się pan zmienił… nie może…
-Nie idź tam, proszę. Przez to straciłem Dracona i Narcyzę… nie chcę, żebyś ty też w to wpadła.
-Ale… panie Malfoy…
-Zrozum, on postępuje źle. Nie mogę… nie mam już przekonania co do jego ideologii. Nie wierzę w to, że on polepszy świat… nie można polepszyć świata, odbierając nam osoby, które…- urwał i spojrzał na mnie. Widziałam, że jest bardzo zdenerwowany, a czas płynął. Dobrze, że nie jest za nim, tylko czy akurat teraz musiało to wyniknąć? Nie mogę tam nie iść… to wzbudzi podejrzenia… co robić, Boże, pomóż!
Spojrzałam na niego raz jeszcze, uważniej. Byłam pewna, że nie kłamie. Założyłam płaszcz, odwróciłam się i ruszyłam w stronę drzwi lecz on złapał mnie mocno za dłoń i obrócił ku sobie.
-Nie rób tego.- niemalże warknął na mnie. Szczęki mu drgnęły. -Nie idź tam, rozumiesz?
-Niech mnie pan puści, skoro obraca się pan przeciwko niemu, to pana sprawa, ja podejmę sama decyzję!- odparłam, bo teraz byłam już zirytowana i bałam się, że wszystkie moje plany legną w gruzach. Lucjusz stracił nad sobą panowanie i wiedziałam, że nie da się nijak przekonać. Wyrwałam się mu i pobiegłam do drzwi. Gdy chciałam je otworzyć, poczułam koniec różdżki na swoim karku.
-Jeśli otworzysz te drzwi, oszołomię cię.
Stałam bez ruchu. Do jasnej cholery! Co ja mam teraz zrobić? Na pewno się nie zawaha przed Drętwotą… Słyszałam, jak ciężko oddycha. Obróciłam się w jego stronę a on opuścił dłoń, patrząc na mnie uważnie. Zastanawiałam się nad tym, co powinnam teraz zrobić i przychodziła mi do głowy tylko jedna rzecz. Ba, ryzykuję tak wiele!
Wyciągnęłam różdżkę i skierowałam ją przeciwko niemu. Uniósł nieco brwi lecz nie spuścił ze mnie wzroku. Patrzyłam w jego zwężone źrenice. Tylko to jedno zaklęcie! , pomyślałam w duchu i uniosłam różdżkę, jak do ataku. To wystarczyło.
- Expelliarmus! - zawołał.
- Tacitum Consensus!
Różdżka Lucjusza skierowała się dokładnie naprzeciw mojej i promienie obu złączyły się w jeden. Oślepiło nas na ułamek sekundy fioletowe światło, a potem zakończyłam połączenie.
Lucjusz patrzył na mnie z wyraźnym niedowierzaniem, a także na swoją różdżkę.
-Co to było?- zapytał z wściekłością pomieszaną z lękiem. -Co ty zrobiłaś?
Odetchnęłam głęboko i spokojnie zdjęłam płaszcz. Dłonie mi trochę drżały. Nie sądziłam, że ten czar będzie tak wyczerpujący. Machinalnie rozpięłam guzik szaty i zsunęłam ją z ramion, zostając w swetrze. Podwinęłam lewy rękaw aż do barku. Lucjusz śledził moje ruchy w milczeniu; w chwili, gdy ujrzał moje nagie ramię, bez śladu Mrocznego Znaku, drgnął silnie.
-Miał pan rację.- powiedziałam cicho. Czułam na czole krople potu. Tak, byłam osłabiona, ale już było po wszystkim… teraz najważniejsze, by zrozumiał… -Należę do organizacji o nazwie Zakon Feniksa. Jestem szpiegiem wśród śmierciożerców. Jest pan odtąd związany Tajemnicą, więc jeśli mnie pan oszukał, jeśli spróbuje pan przekazać tę informację jakiemuś śmierciożercy, pan zginie również. Teraz muszę już iść. Wrócę za parę godzin.
Słyszał, jestem pewna, że słyszał, ale wyraźnie był wstrząśnięty. Chciał coś powiedzieć lecz nie mógł. Różdżka wysunęła mu się z ręki. Dumbledore miewa czasem genialne pomysły, pomyślałam z uznaniem, zamykając za sobą drzwi i spiesznie podążając w kierunku bramy. Chłodne powietrze otrzeźwiło mnie. Ochłonęłam. Oby się jeszcze nie zaczęło!
Kiedy byłam na Grimmauld Place w noc akcji Tonks i Kingsleya, tak naprawdę chodziło nie tyle o dyżur, co o spotkanie z prof. Dumbledorem. W ramach dodatkowego zabezpieczenia nałożył na mnie Zaklęcie Milczącej Przysięgi, Tacitus Consensus . Czar ten działa podobnie, jak Zaklęcie Tajemnicy i Wieczysta Przysięga, a polega na tym, że wybraną osobę można uczynić nierozerwalnym strażnikiem tajemnicy - powierzonej dowolnej informacji- tylko wtedy, gdy osoba ta spróbuje pozbawić cię różdżki za pomocą Expelliarmusa . Wypowiedzenie formuły Zaklęcia Milczącej Przysięgi spowoduje wówczas połączenie się różdżek oraz nałożenie czaru na drugiego strażnika. Gdyby chciał on przekazać powierzone mu dane komuś innemu nie w sposób określony przez Tacitus Consensus , zginąłby natychmiast. Pamiętam, że powiedziałam wtedy do Dumbledore’a, że szkoda, że nie odkrył tej formuły wcześniej, gdy byłam z Draconem. Odpowiedział: ‘Musiałem być pewien, że zadziała i będzie bezpieczny. Źle nałożony może mieć fatalne następstwa, nie chciałem ryzykować życia któregokolwiek z was.’
Z chwilą, gdy uświadomiłam sobie, że Lucjusz zmienił swoje poglądy diametralnie, zrozumiałam, że tylko przekonując go, że nie jestem prawdziwą śmierciożerczynią umożliwię sobie kontynuowanie misji dla Zakonu. Wiedziałam, że samo udowodnienie, iż nie mam wypalonego na ramieniu Mrocznego Znaku nie uchroni mnie w razie, gdybym pomyliła się co do niego i gdyby zechciał wydać mnie śmierciożercom. Tacitus Consensus przypieczętował to wotum zaufania w sposób ostateczny.
Tymczasem, biegłam ścieżką między wrzosowiskami do zgromadzenia w oddali. Wiało i było mało przyjemnie, ponadto wciąż nie doszłam w stu procentach do siebie po nałożeniu Zaklęcia Milczącej Przysięgi. Żeby się szybko skończyło! , poprosiłam w duchu, zajmując swoje miejsce w szeregu, wyrównując oddech i oczyszczając umysł.

[ 376 komentarze ]


 
Część 56.
Dodała Marta Pears Niedziela, 19 Kwietnia, 2009, 19:54

Faktycznie, następnego dnia okazało się, że to Stworek jest autorem nocnego pożaru i tego nędznego psikusa z zamknięciem w bibliotece. Nie wiem, jak to się stało, że się przyznał - mam tylko nadzieję, że ojciec Dracona nie zrobił mu krzywdy. Za karę miał mnie przeprosić lecz odmówił i uparcie wpatrywał się w swoje brzydkie, małe stopy, gdy jego pan stał nad nim z wymagającą miną a ja stałam obok, czując się trochę dziwnie.
-Stworku, to jest nasz gość i jako taki wymaga szacunku, rozmawialiśmy o tym.- żachnął się Lucjusz po paru minutach bezwzględnej ciszy. -Rozkazuję ci przeprosić Martę!
-Stworek bardzo szanuje swojego pana, ale nie może wykonać tego rozkazu przy całym swym oddaniu szlachetnemu rodowi Malfoyów.- wymamrotał skrzat. Jego pan powtórzył rozkaz, Stworek- swoje i tak to trwało jeszcze przez pewien czas.
Ostatecznie nie doczekałam się przeprosin od Stworka, chociaż skrzat nie został wydalony ze służby (zbyt wiele spraw prywatnych znał, poza tym, był już stary i trudno by było znaleźć kogoś na jego miejsce a jemu samemu - nowy dom). Nie pojmowałam z początku, jak taki mały skrzat mógł w swym zacietrzewieniu posunąć się aż do zrzucenia na mnie winy za spalenie książek; nie mieściło mi się w głowie, że potrafił mnie nie cierpieć do takiego stopnia. Nie próbowałam jednak być dla niego milszą (uprzejma byłam nadal), bo wiedziałam, że zostałabym za to ofuknięta i nazwana po raz n- ty jakimś miłym określeniem, które mamrotał sobie pod nosem, mijając mnie, a które brzmiały dziwnie podobnie do „szlama”.
W połowie września dostałam bardzo uprzejmy i elegancki w tonie list od Ministra Magii. W liście tym wyrażał radość z powodu mojego uniewinnienia i zapewniał, że Ministerstwo zawsze stało po mojej stronie (akurat!). Jednocześnie informował o zakończeniu mojego urlopu i pytał, czy zechcę wrócić na zajmowane dotąd stanowisko. Zaprosił mnie na rozmowę w poniedziałek o dwunastej.
Nie wahałam się ani chwili z decyzją o pójściu na spotkanie. Zjawiłam się w gabinecie Knota o oznaczonej porze, ale tylko po to, by…
-Chce pani złożyć rezygnację?- zapytał, rzucając okiem na pismo, które mu podałam. -Jest pani tego całkowicie pewna?
-Tak, panie ministrze.- potwierdziłam patrząc na jego śmieszną, podłużną twarz z ostrym podbródkiem i małe oczka przepełnione zdumieniem oraz niezrozumieniem.
-Ależ… jeśli wolno spytać, bo nie napisała pani tego tutaj… jakie są powody tej decyzji? Czy to coś z naszej strony, złe warunki, za niska pensja?
-Nie, myślę o założeniu kancelarii, ale jeszcze nie teraz.
-No, cóż… skoro tak… jest mi bardzo przykro, że kończy pani z nami współpracę, ale życzę powodzenia na nowej drodze życia.- powiedział i uśmiechnął się głupio. -Przepraszam, wiem, jak to brzmi.
-Dziękuję. Oboje dobrze wiemy, że jest to panu na rękę. Może i moje zaświadczenie o niekaralności straciło tylko ważność na miesiąc, ale i tak zapewne adnotacja trafiła do moich akt. Szanuję Ministerstwo i nie chcę panu bruździć. Do widzenia.- to mówiąc, opuściłam jego gabinet. Noo… chyba mogę być z siebie dumna! , pomyślałam, skręcając do wind i wpadłam na Hermionę.
-Cześć, Marta!- spojrzała na mnie z zaskoczeniem. -A co ty tu robisz? Wróciłaś do pracy?
-Nie, nie… przeciwnie, właśnie złożyłam prośbę o rezygnację.- uśmiechnęłam się wesoło. Hermiona parsknęła śmiechem.
-No, to pewnie załatwiłaś Knota na amen! Miał minę, co? Wiesz co, jak masz chwilę, chodźmy na herbatę, pogadajmy, mam akurat luz w robocie… chyba, że się spieszysz?
-No coś ty, mam teraz dużo wolnego czasu.
Poszłyśmy do bufetu. Hermiona zamówiła sobie i mnie białą herbatę z nutą morelową i zajęłyśmy stolik w kącie.
-Nie widziałam cię od miesiąca, powiedz, jak ci tam?- zapytała, gdy już dostałyśmy filiżanki z parującą porcją teiny.
-A jak mi ma być?- roześmiałam się. - Zamierzam tam zostać na stałe… pisałam już do Dorian w sprawie mieszkania, wraca w grudniu z wymiany i wprowadzi się na Florence Alley z powrotem. Nie chciała czynszu za te parę miesięcy, wiedziała, co się ze mną działo. Jest dobrze, Stworek mnie nie akceptuje, ale Lucjusz go ustawił.
-Stworek przesiąkł jego poglądami.- prychnęła. -Słuchaj, ale naprawdę jest ci tam dobrze? Lucjusz jak się zachowuje? Bo nie obraź się, ale odniosłam wrażenie, że… jak wyprowadziłaś się tam, to… trochę nam się urwały kontakty.
-Hermiono, to wszystko dlatego, że musiałam się tam zaaklimatyzować. Naprawdę nic się nie zmieniło poza tym, a Lucjusz… no, cóż, jest o wiele inny, niż ten, jakiego znałam dotąd. Już prawie przywykłam do tego, że traktuje mnie przyjaźnie.
-Ufasz mu?
-Hm… powiem tak, mam się na baczności lecz jednocześnie widzę, że on się stara, żeby wszystko jakoś naprawić. Nie mogę tego zignorować.
-Kurczę, chciałabym, żeby wszystko się między wami ułożyło, ale coś nie mogę uwierzyć, że on naprawdę przeszedł na inną wiarę.
-Kiedy stracił Narcyzę, uświadomił sobie, że mogłam zrobić wszystko, ale nie mogłabym odpowiadać za jej śmierć. On… nie powinien być sam.
-Marta…- spojrzała na mnie z niedowierzaniem. -Ty się nad nim litujesz?
-Hermiono, nie trywializuj. Ja tylko… żal mi go.- dokończyłam ciszej. -Zrozum, obserwowałam go przez ten czas, śmierć żony naprawdę nim wstrząsnęła. To ty mi mówiłaś, że każdy zasługuje na drugą szansę, prawda?
-Przez tyle lat cię gnębił a teraz nagle tęskno mu za synową?- wbrew mej prośbie, pozwoliła sobie na ironię. -Jakie to nie w jego stylu… no, ale skoro twierdzisz, że jest uczciwy, to OK. Może się w końcu dogadacie.
-Może.- kiwnęłam głową. -A co u was? Jak tam potomstwo?- spojrzałam z uśmiechem na jej uwypuklony brzuch. Hermiona rozpromieniła się wyraźnie.
-Potomstwo ma się całkiem dobrze, Phillips twierdzi, że to dziewczynka, Ron pewnie wolałby synka, ale zobaczymy.
-No, jasne! Ty byś wolała córkę, on syna, tak jest zawsze.
-Mam nadzieję, że nie będzie dla niej gorszym ojcem tylko dlatego, że będzie dziewczynką, nie chłopcem. Marta… a jak jest między tobą i Harrym?
-Prawdę mówiąc, nie miałam z nim kontaktu od wtedy… a dlaczego pytasz?
-Bo…- zaczerwieniła się lekko. -Bo coś mi się wydaje, że on… że on i Ginny… no, wiesz. Harry bardzo cierpiał, gdy byłaś w Azkabanie… Ginny go pocieszała, tłumaczyła mu… potem powiedziała mi, że jej na nim zależy, ale nie uszczęśliwi go nigdy, bo on wciąż kocha ciebie.
-O, matko.- spojrzałam na nią, z trudem powstrzymując się od większego zdziwienia. -No, nieźle mnie zaskoczyłaś… Harry i Ginny? Nie spodziewałam się… ale jeśli o mnie chodzi, ja im życzę jak najlepiej, przecież wiesz, że ja i Harry… to niemożliwe. A on? Co sądzi o Ginny, wiesz?
-Podpytywałam Rona, twierdzi, że Harry chyba z wolna zaczyna przywiązywać do niej coraz większą uwagę, tylko czuje się rozdarty między tobą a nią. Nie, żeby liczył na to, że zmienisz zdanie, ale… no, sama wiesz.
-Dobra, spróbuję z nim porozmawiać i przekonam go, że Ginny, to świetna dziewczyna.- uśmiechnęłam się tajemniczo. Hermiona odwzajemniła uśmiech i zeszłyśmy na temat Nory, państwa Weasley (nie mogą doczekać się wnuka / wnuczki) i bliźniaków, którzy dostali zlecenie dla koncernu w Stanach Zjednoczonych.
Jeszcze tego samego dnia spotkałam się z Harrym, zupełnie przypadkowo. Odprowadził mnie do Wiltshire i po drodze rozmawialiśmy, choć dość chaotycznie i niemrawo.
-Harry, jeśli chcesz być z Ginny, to ja nie będę się wtrącać.- powiedziałam w końcu, gdy doszliśmy do płotu posesji. -Sam wiesz, że między nami… tylko przyjaźń, a Ginny… to wspaniała dziewczyna, mądra, wrażliwa, dobra. Na pewno ułoży ci się z nią.
-Naprawdę?- spojrzał na mnie z wyraźną ulgą.
-Naprawdę.- uśmiechnęłam się na widok jego miny. -Będzie dobrze, zobaczysz.
-No a ty?- spojrzał w kierunku rezydencji. -Chcesz już na stałe tu zostać?
-Ja sobie poradzę.- odpowiedziałam z przekonaniem. Harry życzył mi wszystkiego dobrego i pożegnaliśmy się.

Harry i Ginny faktycznie stali się parą i świetnie się między nimi układało. Widziałam ich kiedyś na spacerze w parku i bardzo przypominali mi mnie samą sprzed lat, gdy miałam przy sobie Dracona. Teraz zaś miałam przy sobie jego ojca…

[ 386 komentarze ]


 

Fatal error: Allowed memory size of 134217728 bytes exhausted (tried to allocate 33837076 bytes) in /public_html/pears.php on line 718