Nowa ksiega Huncwotów! Księgę prowadzą Huncwoci Syrcia Do 01`12`2008 Księgę prowadziły Milaj i Marcy
Do 20 lipca 2008 roku Księgę prowadzili Huncwoci:
Lilly Sharlott - James Potter
Karolla - Peter Pettigrew
Melisha - Syriusz Black
The Halfblood Princess - Remus Lupin
39. Wpis trzydziesty dziewiąty. Wpis dodał jeden z Huncwotów Piątek, 30 Lipca, 2010, 17:10
Może ktoś twierdzić, że Remus przesadza, czy coś. Wasze zdanie - ja piszę to, jak zachowywałam się ja w ich wieku. Wzoruję ich na sobie. ^ ^
Mam nadzieję, że długość notki jest zadowalająca
Upał. Jak on nienawidził upału.
Leżał na swoim łóżku, na brzuchu. Miał na sobie jedynie granatowe, luźne spodenki do kolan. Rozpłaszczył policzek na materacu, śpiewając razem z utworem Paul Anki.
Uwielbiał jego głos.
Połóż głowę na mym ramieniu
Obejmij mnie, kochanie
Uściśnij mnie tak mocno
Pokaż mi, że też mnie kochasz
Złóż usta obok moich, skarbie
Nie pocałujesz mnie raz jeszcze, kotku?
Tylko pocałunek na dobranoc, może
Zakochamy się w sobie
Uśmiechnął się lekko, przymykając oczy. Ta piosenka go uspokajała, wprawiała w słodkie rozleniwienie.
Mocniej przytulił do siebie Szuszu, a Seisi siedzący mu na plecach polizał go po lewej łopatce.
Westchnął cicho, czując, że nic, a nic mu się nie chce.
Ponownie westchnął, nie widząc sensu w szukaniu zajęć na siłę.
Ludzie mówią, że miłość jest grą
Grą, której nie możesz wygrać
Jeśli jest sposób
Znajdę go pewnego dnia
I wtedy ten wariat wplącze się
Połóż głowę na mym ramieniu
Wyszepcz mi, kotku
Słowa, które chcę usłyszeć
Powiedz mi, powiedz mi że też mnie kochasz
- Powiesz mi, że też mnie kochasz... - rozległ się głos Blacka od drzwi, wgrywający się w śpiew Paul Anki.
Poderwał głowę, robiąc wielkie oczy.
- Syri? - zdziwił się.
Obok Blacka stała jego matka. Wyszczerzył zęby.
- I mama... Właź, Seru, a nie stoisz w progu... Usiądź.
Reja jedynie pokręciła z uśmiechem głową, wychodząc, by zostawić chłopców samych.
- Matko, Remi, jakich ty smętów słuchasz... - mruknął Black, siadając obok przyjaciela.
- Smętów? Kiedy to pięęęęękne jest... Mógłbyś jeszcze raz to włączyć? - spytał, kiedy igła przesunęła się do następnego rowka, zaczynając wygrywać "Crazy love".
Brunet skinął głową, wstając i podchodząc do adaptera. Chwycił ostrożnie igłę, starając się jej nie przesunąć, by nie uszkodzić płyty. Ponownie położył ją z najwyższą delikatnością tuż przy końcu pierwszej piosenki. Ostatnie dźwięki "Diany", a następnie ciche trzaski.
Wrócił na miejsce.
- Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale myślałem już, że zwariuję.
Machnął lekceważąco dłonią.
Rozległy się pierwsze dźwięki utworu.
- Wpadaj do mnie kiedy i na ile tylko chcesz. Nawet w środku nocy, tylko wtedy nie przez drzwi, tylko przez to oto okno - powiedział, wskazując na okno swego pokoju.
Syriusz pokiwał głową, zagryzając wargę w uśmiechu.
Remus przekręcił się na bok.
- No więc co u ciebie? Dwa tygodnie się już nie widzieliśmy.
- Odkryłem odkrycie - stwierdził dumny z siebie. Widząc pytającą minę Lunia, dokończył myśl. - Jak się twórczo okazało, Jennifer mieszka dwie ulice ode mnie.
Remus uśmiechnął się.
- To fajnie, możecie się widywać bez przeszkód.
Syriusz skinął głową, po czym uklęknął nad Remusem. Położył się na nim, przytulając policzek do jego nagich pleców.
- Po co? - zdziwił się.
- Bo tak wygodnie - mruknął Czarny.
Seisi wszedł mu na głowę.
Obaj chłopcy westchnęli ciężko, przymykając oczy.
Poderwali się po chwili, kiedy drzwi otworzyły się szeroko, ukazując im ojca Lunatyka.
- Remusie, czy... - zamilkł, zamierając.
Wytrzeszczył oczy na swego syna i jego przyjaciela.
Remus leżał na brzuchu, niemal całkiem nago, przygarniając do siebie miśka. Black półleżał na nim, trzymając mu dłonie na ramionach. Jego koszula nie była do końca dopięta, a ich miny wyrażały podejrzane wręcz zakłopotanie.
- Co tu się wyrabia?! - warknął John.
Lunatyk wywrócił oczami.
- Przerwałeś nam grę wstępną, tato - burknął.
Black stłumił parsknięcie, kryjąc je pod maską przepraszająco-zawstydzonej minki. Zsunął się z przyjaciela, siadając obok w pozie człowieka skruszonego swym postępowaniem.
John wycelował palec w syna.
- Pogadamy później - stwierdził zdenerwowany, po czym wyszedł, nieco zbyt głośno zamykając drzwi.
W całym domu rozległ się skowyt Joanne, a po chwili i Jacoba.
- Przepraszam? - spytał Syriusz niepewnie.
Wzruszył ramionami.
- Daj spokój, wieczorem po prostu czeka mnie wykład na temat tego, jaki to homoseksualizm jest zły i niedobry...
Skinął powoli głową.
- Aha...
- A ja zrobię im na złość i będę gejem, o.
Syriusz jedynie wygiął wesoło wargi, zapewniając, że jakby co, to może na niego liczyć.
Blondynek klasnął w dłonie.
- Chodźmy nad rzekę! Wsiądziemy na rowery i za pół godzinki będziemy na miejscu. Co ty na to?
- Nie mam roweru - stwierdził bezbarwnie.
Uśmiechnął się szeroko do przyjaciela.
- To weźmiesz ten mój, a ja pojadę na mamy. Dobrze?
- Może być.
- A Jamesa ściągamy?...
Przechylił głowę.
- Możemy.
- O, wiem... Chodź.
Wstał i podszedł do drzwi.
- Siecią Fiuu dostaniesz się do Pottera i powiesz mu, co i jak. A ja spakuję ręczniki i tak dalej.
Czarny pokiwał głową.
- Mamooo?... Gdzie jest proszek Fiuu? - krzyknął, wypadając do przedpokoju. Zatrzymał się jak wryty, mając pod nogami roczną już siostrzyczkę.
- Na kominku przecież stoi - odparła z rozbawieniem Reja. - A dlaczego pytasz?
- Bo chcę wysłać Syriusza po Jamesa, a potem jechać nad rzekę.
- Czym jechać? - spytała, wchodząc do salonu, wycierając dłonie w fartuszek. Odebrała córkę od najstarszego syna, całując ją w pucołowaty policzek.
- Rowerami? - odparł pytaniem.
Kobieta pokręciła z rozbawieniem głową.
- Króliczku...
Syriusz dzielnie zamaskował śmiech nagłym kichnięciem.
- ...jest ponad trzydzieści stopni, nie puszczę cię rowerem. Błędnym Rycerzem będzie szybciej.
Blondyn plasnął się dłonią w czoło.
- No tak...
- Idźcie obaj po Jamesa, a ja wam przygotuję kompot, kanapki i jakieś ciastka.
Zmierzwiła synowi włosy.
- Lećcie.
Remus podał Syriuszowi dzbanek z magicznym proszkiem, po czym sam wziął garstkę.
Nie żegnając się, kolejno wkroczyli do paleniska, znikając w objęciach zielonych płomieni, porywających ich do szumiącego i zamazanego świata wirujących wokół wejść kominków.
Wypadli jeden na drugiego w pokoju gościnnym Potterów prosto pod nogi pani domu.
- Dzień dobry, pani Potter! - zawołali z podłogi.
Dorea zaniosła się szczerym śmiechem, odsuwając się o pół kroku.
- Dzień dobry, chłopcy, dzień dobry.
- Zastaliśmy Jamesa? - spytał Syriusz najbardziej uprzejmym tonem, na jaki było go stać.
Kiwnęła głową, uśmiechając się.
- Jamie! - zawołała w stronę drzwi. - Jamie, kochanie, chodź tu do mnie!
- Króliczku - szepnął Czarny do remusowego ucha.
Blondyn pokrył się lekkim pąsem, sprzedając przyjacielowi sójkę w bok. Black zachichotał w odpowiedzi, niepomiernie dumny z siebie.
Chwilę później dołączył do nich rozradowany James.
Po upływie kolejnych dziesięciu minut, ponownie znaleźli się w domu Remusa. Kolejny kwadrans później - nad wodą.
Wymienili jedynie krótkie spojrzenia, nim rzucili się na złamanie karku w stronę wody. Ledwo zdążyli zrzucić z siebie w nieładzie koszulki, nim wpadli do masy przyjemnej, czystej i letniej ochłody.
- Aaaahaha! - zawył Syriusz. - Jakie zimne!
- Zimne? - zdziwił się Potter, rzucając okulary w stronę brzegu.
- James, nie zapominaj, że mamy arystokrację w składzie - upomniał śmiertelnie poważnym tonem Remus. Nim Black zdążył zareagować, dodał jeszcze:
- Przecież oni są tacy delikatni...
Więcej nie dane mu było powiedzieć, gdyż został zmuszony do ucieczki, by ratować swe niewinne, trzynastoletnie życie.
James zaczął się śmiać, słysząc to.
- No tak! Zapomniałem...
- Jakby to moja wina była! - zawołał ze złością szarooki.
Remus zatrzymał się koło świerku, rosnącego przy plaży.
- Syri, ale nie denerwuj się, to tylko żarty! - krzyknął do niego. Podszedł bliżej, okazyjnie zrzucając doszczętnie przemoczone buty i skarpetki. Zostawił je przy byle jak rzuconym na ziemię tobołku z piciem i jedzeniem.
Syriusz wymamrotał coś niezrozumiale, przybierając łagodniejszy wyraz twarzy.
- To i tak drażni - skwitował.
Blondyn wzruszył ramionami.
- Takie życie - podsumował bezlitośnie.
- Następnym razem uprowadzamy również Petera - oświadczył James, siedząc na łóżku Remusa.
Blondyn parsknął.
- Naprawdę? Nie spodziewałem się tego...
Drzwi otworzyły się, ukazując im Syriusza. Zamknął za sobą wejście, wzdychając cicho.
- Chłopaki, ja muszę już pryskać. Dochodzi siódma, a ja wyszedłem z domu bez pozwolenia.
Pozostała dwójka Huncwotów parsknęła śmiechem.
- O dwudziestej musisz leżeć w łóżeczku? - zapytał z nutką kpiny james.
Pokręcił głową.
- O dwudziestej pierwszej. - Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Odprowadzę cię - zachichotał Remus, podając okularnikowi szczura.
- Ja też - stwierdził James, oddając szczura Szuszu.
Całą trójką wyszli z pokoju. Przemierzyli korytarz, po drodze wciskając blondynowi jego młodszego brata.
Przytulił go mocno, głośno całując w czółko.
- Pozdrów ode mnie Jen - poprosił, szczerząc w uśmiechu przydługie kły.
- O, z pewnością - zapewnił w odpowiedzi, łapiąc Jacoba za maleńką rączkę. - Kurczę, jaki on jest fajny.
- Tylko na pokaz - burknął. - Jak się rozedrze w środku nocy, to jedynym marzeniem jest zdjęcie z niego skalpu.
We trójkę parsknęli śmiechem, a Jacob, nie wiedząc, o co chodzi, również zakwiczał wesoło.
- Pryskam - stwierdził Czarny.
James spojrzał na niego dziwnie, ale nie skomentował.
- Że proszę... Co robisz? - zapytał powoli, marszcząc czoło. Jasne pasma grzywki wpadły mu do złotych oczu, ale zignorował to, wlepiając w Blacka uważne spojrzenie.
Czarny machnął ręką, robiąc zdziwioną minę.
- No, do domu idę.
Na horyzoncie pojawiła się matka Remusa.
- Do widzenia, pani Lupin - powiedział, skłaniając lekko głowę.
- Już idziesz?
Przytaknął, uśmiechając się lekko.
- Niestety. Rodzice pewnie się już niepokoją.
Niepokoją... Pewnie czekają z pasem, albo czymś, pomyślał z goryczą.
Zamaskował to promiennym uśmiechem.
- No cóż, do widzenia, Syriuszu.
- Do widzenia. Cześć! - rzucił wesoło do przyjaciół. Pozwolił jeszcze, by Jacob uchwycił jego kciuk, nim odwrócił się i wyszedł na podwórze. Chodnikiem z kamiennych płyt podszedł do drogi, rozglądając się uważnie. Wyciągnął prawą ręką.
Z hukiem pojawił się obok niego Błędny Rycerz.
Drzwi otworzyły się, a breloczek zawołał dziarsko:
- Witamy w...
- Tak, wiem - przerwał mu, gmerając w kieszeni i wchodząc do środka.
James wyszczerzył zęby.
- Ja też już lepiej pójdę. Wiesz, jaka jest moja mama...
Remus skinął z uśmiechem głową.
- Wie... Ueee! - jęknął z obrzydzeniem, ponieważ został gwałtownie oblany treścią żołądkową Jacoba. - Fuuuuj! Dlaczego ty zawsze musisz wymiotować na mnie?!
Potter zarechotał.
- To cześć!
- Cześć...
- Heeeej! Jeszcze ja! - ryknął w stronę autobusu.
Chwilę później i on zniknął w jego wnętrzu.
Remus odwrócił się i wszedł do domu, zamykając za sobą drzwi.
- Jeszcze raz się na mnie zrzygaj, to nie wiem, co ci zrobię - burknął do chłopca, wsadzając go do kojca. Skierował się w stronę łazienki, po drodze ściągając zabrudzoną koszulkę. Włożył ją do wiklinowego kosza na brudną bieliznę.
- Synu! - zagrzmiał John.
Remus wydął wargi.
- Haaaai!.... - odkrzyknął, wzdychając ciężko. Wyszedł z toalety, ponownie idąc do salonu. - W czym mogę ci pomóc?
- Siadaj - rzucił. - Musimy porozmawiać.
Remus posłusznie usiadł, wyczuwając, że nie pora na żarty.
Potter pomachał energicznie kuzynowi wychodzącemu z autobusu.
- Zobaczymy się jutro?
- Się okaże, wieczorem ci wyślę Hadesa.
Pokiwał rozczochraną głową.
- Panie majster, jedziem! - ryknął do kierowcy przez ramię.
Zdążył jeszcze wywalić do Syriusza swe kompletne uzębienie, nim autobus ruszył z głośnym hukiem.
Black zaśmiał się cicho pod pojawiającym mu się wąsem, wsuwając dłonie do kieszeni. Odwrócił się zgrabnym piruetem, po czym raźnym krokiem dotarł pod drzwi Grimmuald Place 12.
Zapukał mosiężną kołatką w kształcie głowy węża standardowe trzy razy.
Nie musiał czekać długo na otwarcie drzwi; chwilę później stanął w nich Stworek, skrzat domowy jego rodziny.
- Panicz Syriusz, sir! - zawołał oleistym tonem, nisko się kłaniając.
Nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, dał długi krok do przodu, przechodząc nad skrzatem.
- Kilka minut temu, paniczu, przyszedł list.
Syriusz zatrzymał się w połowie korytarza.
- Gdzie jest?
- W pokoju panicza, sir...
Skinął z roztargnieniem głową, szybkim krokiem udając się na drugie piętro, do swojego pokoju.
Wpadł do środka, po drodze nie spotykając nikogo z rodziny. Istniała możliwość, że nie zdążyli wrócić od Rosier'ów przed Syriuszem, a co za tym szło, nie mieliby pojęcia, że ich syn w ogóle wyszedł z domu.
Podszedł do biurka, na którym leżała zapieczętowana pergaminowa koperta. Wziął ją do ręki, podchodząc do okna.
Pismo Andomedy.
Macając na oślep ręką, wyszukał ozdobny sznur odsuwający zasłony. Szarpnął za niego, wpuszczając do pokoju strugi złotawego światła.
Rozerwał kopertę, wyciągając list.
Syriuszu!
Koniecznie musisz wpaść do mnie do Munga, żeby ją zobaczyć! Jest taka śliczna i maleńka!...
Czarny, nie czytając dalej, rzucił wiadomość na stolik i wyfrunął z pokoju. Pobiegł na dół, do salonu, dopadając do kominka. Zdjął z gzymsu wysadzaną kamieniami szkatułę, wyciągając z niej garść proszku Fiuu. Wrzucił go do paleniska, w którym natychmiast buchnęły zielone płomienie.
- Klinika Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga!
Wkroczył w płomienie.
Wypadł w klinice, ledwo unikając zderzenia się z jakimś młodym czarodziejem we fioletowym uniformie.
Stażysta.
- Przepraszam! - sapnął.
Chłopak uśmiechnął się.
- Nie ma sprawy, nic się nie stało.
Syriusz pokazał zęby w wesołym uśmiechu. Podszedł do recepcji, korzystając z okazji, że chwilowo przy kontuarze nikogo nie było.
- Przepraszam... - zaczął w stronę recepcjonistki.
Podniosła głowę, kierując na niego zielone oczy.
- Pan do kogo?
- Andromeda Bla... Tfu. Do Andromedy Tonks.
- Drugie piętro, skrzydło prawe, sala numer osiemnaście... - wyrecytowała po chwili grzebania w kartotece.
- Dziękuję - mruknął, usuwając się z miejsca.
Ruszył w stronę schodów, przeskakując po dwa stopnie.
Dwa, cztery, sześć, osiem, dziesięć... Klatka. Dwa, cztery, sześć, osiem, dziesięć... Piętro pierwsze.
Trzy, sześć, dziewięć... Klatka. Trzy, sześć, dziewięć... Drugie piętro.
Zatrzymał się, dysząc lekko. Rozejrzał się, zastanawiając, dlaczego tak biegnie.
Wzruszył ramionami, skręcając w prawo. Pchnął duże, dwuskrzydłowe drzwi.
- Osiemnaście... - mruknął do siebie.
Wyminął młodą, uśmiechniętą kobietę z pokaźnym brzuchem, mimo woli odwracając za nią głowę.
Miała na sobie jedynie naprawdę dużą koszulę i klapki. Odwróciła się w jego stronę, wracając się, przez co Syriusz mógł zobaczyć odpięte klapki na jej koszuli, a co za tym idzie, wylewający się z nich biust.
Szybko spojrzał przed siebie, czując dziwne uczucie gorąca w okolicach kołnierzyka i lekkie mrowienie policzków.
Wygiął usta, przyłapując się na myśli, jak to jest dotknąć taką pierś. Nie miał jeszcze okazji - poza okresem niemowlęcym, ale tego przecież nie pamiętał - więc obiecał sobie, że gdy nadarzy się okazja, to będzie musiał spróbować.
Po chwili znalazł salę numer osiemnaście.
Zapukał energicznie, jak zawsze głośno i trzy razy.
Odpowiedział wesoły głos jego kuzynki.
Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
- Cześć, Doduś! - zawołał dziarsko.
Andromeda uśmiechnęła się jeszcze szerzej, unosząc się nieco na łokciach.
- Jejku, Syri, myślałam, że wpadniesz dopiero jutro!
- Do domu wróciłem właściwe zaraz po tym, co doszedł list od ciebie.
Pochylił się, całując ją w policzek.
Potarł skroń, patrząc na nią uważnie.
- Co?
- Może to dziwnie zabrzmieć, ale... Bolało?
Wydęła wargi.
- Cholernie.
Usiadł obok, na łóżku.
- Nie chciałbym być kobietą...
- Och, daj spokój. Ból może i straszny, ale warto pocierpieć. Wszystko jest warte chwili, w której podają ci twoje dziecko do rąk... - Uśmiechnęła się z rozmarzeniem, ponownie opadając na poduszki.
- A, właśnie. Gdzie chowasz tą kosmitkę?
- Właściwie to zaraz powinni mi ją przynieść, żebym ją nakarmiła.
Skinął głową.
- A gdzie Ted?
- Aktualnie wchodzę do sali - rozległ się wesoły tenor Teda Tonksa. Podszedł bliżej, targając Syriuszowi włosy. - Cześć, smyku.
- Smyku - fuknął oburzony Czarny.
Podrapał się po nosie, odwracając wzrok, kiedy Ted pochylał się nad jego kuzynką.
Niemal w tym samym momencie, do środka weszła młoda magomedyczka, niosąc w objęciach żółty, mięciutki kocyk, z którego wystawały dwie maleńkie rączki.
Andromeda odebrała od niej córkę.
- Jeśli by potrzebowała pani pomocy, proszę nacisnąć guzik, dobrze?
Pokiwała energicznie ciemnobrązową głową, odwijając ostrożnie poły kocyka, by mogła spojrzeć na okrągłą buzię córeczki.
Ted pomógł jej nieco wyżej usiąść.
- Chodź tu, braciszku - powiedziała z czułością Dromeda.
Czarny posłusznie podszedł bliżej, po czym pochylił się nad zawiniątkiem.
Ze zwojów materiału wynurzało się drobne ciałko ubrane w błękitne śpioszki. Dziecko miało wielkie, czarne oczy, duże usta i dość już długie włoski w kolorze...
- ...różowe? - spytał z osłupieniem Syriusz. Zamrugał. - Jak to możliwe? Przecie... O kurde - szepnął, widząc, że czarne ślepka dziewczynki jaśnieją, przybierając barwę łudząco podobną do koloru oczu Lunatyka. - Jak ona to robi?...
- To metamorfomag - powiedział Ted, z dumą wypinając pierś.
- Uła - szepnął Czarny. Zachichotał nagle. - Remus ma identyczny kolor oczu! - powiedział ze śmiechem. - Doduś, ale skąd u niej metamorfomagia? To się z powietrza przecież nie bierze, a u nas w rodzinie przecież chyba metamorfomagów nie było...
- Nie przez ostatnie trzy pokolenia - upomniała.
- Yy...
- Nie pamiętam dokładnie, jak on się nazywał, ale mój pra, pra, pra dziadek również posiadał tę zdolność.
- Mała szczęściara... Będzie mogła wyglądać, jak zechce. A jak ma na imię?
- Nimfadora - odparła natychmiast Andomeda, nim Ten zdążył choć otworzyć usta.
Syriusz zakrztusił się powietrzem.
- Że jak?! Jak to się zdrabnia? Przecież chyba nie będziesz wołać za dwulatką takim imieniem!...
- Różnie się zdrabnia, Syriuszu, podobnie jak i twoje.
- Nimadora, Nimfadorcia, Nimfa, Dora, Docia, Doti... - zaczął mamrotać, patrząc w okno, przywołując na twarz wyraz koncentracji.
Andromeda uśmiechała się z rozczuleniem, patrząc na córeczkę.
- Będzie miała skrzywioną psychikę, zobaczysz - powiedział śmiertelnie poważnie Syriusz, kierując na nią wzrok.
- Ty też nie lubiłeś swojego imienia.
- Moje przynajmniej jest jeszcze w miarę normalne...
- Nimfadora to też normalne imię.
- Ze średniowiecznego kanonu?
Ted parsknął.
- Nie wygrasz z nią.
Syriusz wyszczerzył zęby.
- Wiem. Ale podroczyć się można. A więc, nie możesz nazwać jej inaczej?
- Jak na przykład?
- Mało to imion? Julie, Hera, Francessa, Winnifreda... O, to ładnie się zdrabnia; Winnie. Katherina, Anatazja, Amelia, Angelika... Hyym...
- Nimfadora jest śliczne. Oryginalne, mało dziewczynek ma tak na imię.
- Założę się, że ona jest jedyna w tym dziesięcioleciu - sarknął wesoło Czarny.
Ted roześmiał się, podobnie jak i Andromeda.
- No właśnie. Nikt jej nie pomyli.
- To daj jej dwa imiona. Nimfadora Winnifreda Tonks. Firmowa będzie, wiadomo, że moja kuzynka. A w razie, gdyby się jej nie spodobało to pierwsze, zawsze mogłaby przedstawiać się jako Winnie.
- Zostaje jeszcze Fredzia, nie zapominaj - przypomniał rozbawiony Ted.
Przechylił głowę.
- Fredzia jest sympatyczne, a Winnie śliczne. Pasuje właściwie i do pięciolatki i do dwudziestoletniej dziewczyny. No, pardon, ale wołać "Nimfa", to może być trochę dziwnie.
Andromeda pokręciła głową.
- Marudzisz.
- Mogę się założyć, że nie będzie lubić swojego imienia. Albo wymyśli sobie jakąś ksywkę, albo będzie przedstawiać się nazwiskiem.
- Nie dramatyzuj - westchnęła młoda mama.
Syriusz pogroził jej palcem.
- Wspomnisz kiedyś moje słowa...
Cała trójka zaniosła się głośnym, wesołym śmiechem.
- No cóż... - powiedział rozbawiony Czarny, chwytając w dwa palce maleńką dłoń siostrzenicy. - Cześć, Nimfadoro...
Skrzywił się.
- Kurczę, jak to pretensjonalnie brzmi... Dla mnie to będzie Winnifreda.
- Też bardzo ładnie - przytaknął Ted.
Andomeda westchnęła.
- No dobrze. Formalnie będzie jedynie Nimfadorą, ale będzie mieć dwa imiona.
- Uparta jesteś jak osioł. Nie zapominaj, że sama skwierczałaś, jak się do ciebie zwracało pełnym imieniem.
- Nimfadora jest ładniejsze! - zaperzyła się.
- Ależ zapewniam cię, że o siedem piekieł gorsze.
- Ciekawe jak nazwiesz swoją córkę - odcięła się.
- Winnifreda - odparł natychmiast.
Zza drzwi sali numer osiemnaście ponownie dało się słyszeć głośny śmiech.
- Co?! - wrzasnął, zrywając się. - Co ty mi tu imputujesz?!...
- Wyrażaj się!
- Ty jakiś nienormalny jesteś! - krzyknął Remus do ojca. - Nie jestem gejem, rzesz twoja żydowska!
- Powiedziałem: Wyrażaj się! Nie rozmawiasz z kolegą! Z takimi odzywkami możesz się kierować do swoich rówieśników, a nie do ojca!
- A ty to się może najpierw zastanów, zanim coś palniesz! Ja i Syriusz parą! Dobre sobie! - warknął. - Na głowę żeś chyba upadł - burknął wściekły.
- Wy to się w ogóle nie powinniście znać. Zabraniam ci się z nim zadawać, rozumiesz?
Remus skrzyżował ramiona na piersi, stając w lekkim rozkroku. Wściekłość buzowała mu w żyłach, pompowana wraz z krwią, szumiała w uszach.
- Bo co? - zapytał spokojnie.
- To nie jest odpowiednie towarzystwo dla ciebie!
- Bo co? - powtórzył, podnosząc lekko głos.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi! Nie powinniśmy utrzymywać kontaktów z ta rodziną.
- A kto ci każe utrzymywać z nimi kontakty?! To JA przyjaźnię się z Syriuszem, to MÓJ przyjaciel, a tobie gówno do tego! - zawołał zbyt szybko, by pomyśleć nad doborem słów.
Zachwiał się, kiedy dostał od ojca w twarz. Poczuł ostre pieczenie policzka. Syknął, przykładając do niego dłoń.
- Będziesz mi tu się buntować?
- John! - krzyknęła od progu Reja. - Nie podnoś na niego ręki!
- Słyszałaś, jak on się wyraża? Niedługo nam będzie pluć w twarz!
- To mój syn i nie pozwolę ci go bić! - stwierdziła ze złością kobieta, podchodząc bliżej.
- Nie masz pojęcia, jaki on jest - warknął głosem drżącym od gniewu. Zaciskał dłonie w pięści. - Nic o nim nie wiesz poza tym, że nazwa się Black i na tej podstawie śmiesz go oceniać?! Właśnie zachowujesz się jak jego rodzina! Jesteś beznadziejny, nawet nie spytasz jaki on jest i od razu zabraniasz mi się z nim kolegować! Mam gdzieś te twoje durne zakazy!
- Nie podnoś na mnie głosu!
- A będę, jak zechcę! - wrzasnął.
Ręka Johna ponownie nieco się uniosła.
Remus wycelował w niego palec.
- Spróbuj.
- John, ani mi się waż - warknęła Reja.
- No, uderz mnie - syknął blondyn, dygocąc z wściekłości.
- John, jeśli...
Zza drzwi dało się słyszeć płacz dzieci.
- Idź się nimi zająć - rzucił spokojnie do żony, nie odrywając wzroku od syna.
- John...
- Dzieci cię wołają - powiedział miękko.
Zawahała się.
Lupin westchnął, opuszczając ramiona.
- Przecież nic mu nie zrobię.
Remus bez słowa wyminął oboje rodziców.
- Wróć tu, jeszcze z tobą nie skończyłem! - zawołał.
- Ja z tobą tak - odciął się, naciągając trampki.
- Remus... Powiedziałem: Wróć tu.
- Wiem, słyszałem - stwierdził obojętnie. Wyjął z szafki walkmana.
- Natychmiast się zawróć.
- Sayonara - odparł beznamiętnie, wychodząc. Zatrzasnął z hukiem drzwi.
- Wracaj tu!
Odpowiedziały im szybkie, energiczne kroki. Po chwili mogli patrzeć przez okno, jak wychodzi na ulicę, zakładając słuchawki na uszy.
- Co to ma być?! - warknął John.
Reja westchnęła.
- W jego wieku byłam identyczna - stwierdziła, po czym szybkim krokiem udała się do sypialni, skąd od kilku minut słychać było płacz dwójki niemowląt.
Lupin westchnął, idąc za żoną.
- Niemożliwe - mruknął, obejmując ją w pasie.
Westchnęła z rozbawieniem, podając córce maskotkę.
- Przecież chodziliśmy do jednej szkoły, nie zapominaj.
- No tak, ale ja byłem w Ravenlaw, a ty W Hufflepufie. W dodatku dwa lata niżej. Nie zauważyłem żadnych objawów buntu u ciebie.
- Bo widywaliśmy się tylko przelotem na korytarzach, kochanie.
- Gdyby nie Dorea, pewnie byśmy się nie poznali...
- Daj spokój, ona po prostu poprosiła cię, żebyś mi pomógł z transmutacji, bo sama się wstydziłam...
- Muszę jej podziękować.
Kobieta westchnęła z rozbawieniem.
John wziął Jacoba na ręce.
- A więc twoja krew, co?
Reja uśmiechnęła się.
- Jak najbardziej.
Pocałowali się czule w usta, nim Joanne rzuciła w nich maskotką.
Ciche wejście, cicha akcja, ciche wyjście.
Pan Johnson był bardzo nerwowym człowiekiem.
W ogrodzie pana Johnsona rosły przepyszne jabłka. Nie ważne, że jeszcze były zielone.
I tak były przepyszne.
Jak gdyby nigdy nic, podszedł do płotu, udając, że wpatruje się w niebo.
Żeby go tylko nie zauważył...
Przeszedł na tył podwórza, kierując się do poluzowanej deski w płocie.
To było takie jego "przejście" na podwórko sąsiadów.
Odchylił ją, gramoląc się na teren posiadłości pana Johnsona.
Rozejrzał się uważnie dookoła, w myślach dziękując właścicielowi, że zamiast ogródka, ma na dobrą sprawę coś na rodzaj buszu.
Bardzo przydatne.
Bez zbędnych emocji zdjął pająka z twarzy, kiedy przez przypadek wlazł w pajęczynę.
- Jest - szepnął do siebie, widząc cel owego poselstwa. Podkradł się bliżej, pod sam pień.
Gałęzie niestety zaczynały się dość wysoko, przez co aby zerwać jabłko, należało wejść na drzewo.
Dla Jamesa nie stanowiło to najmniejszej przeszkody.
Bez problemów, zwinnymi ruchami, wszedł po pniu, korzystając z różnych sęków oraz wgłębień. Wyciągnął się jak kot, by łatwiej było mu wejść na jedną z gałęzi.
Czuł serce bijące mu mocno w piersi, tłoczące adrenalinę to wszystkich włókienek jego mięśni.
Kochał to uczucie.
Oczy lśniły mu psotnym, młodzieńczym blaskiem, a na policzki uniesione zawadiackim uśmieszkiem wpłynął lekki rumieniec.
Sięgnął ręką.
Zamknął palce na jednym z niedojrzałych, acz wzmagających pracę ślinianek owocu, odrywając go od matczynego drzewa. Powąchał je. Zamruczał, przymykając oczy.
Wsunął je do szerokiej kieszeni, sięgając po następne.
- O cholera... - szepnął, widząc, że pan Johnson wyszedł z domu. Do ogrodu. - O cholera...
Zaczął na prędce zrywać kolejne jabłka, starając się przy tym nie szeleścić ani nie poruszać gałęziami.
Poczuł lekkie łaskotki w brzuchu, widząc, że jego szanowny, groźny sąsiad zmierza w jego stronę.
- Rzesz w dupę - mruknął.
Pan Johnson zatrzymał się, wlepiając w niego spojrzenie.
- POTTER!!!
James w mgnieniu oka znalazł się na ziemi. Nim zdołał złapać równowagę po skoku, puścił się biegiem w krzaki, by przez wyrwę w płocie wrócić na podwórze, a z podwórza uciec na ulicę.
Może go nie dorwie...
Z szaleńczym śmiechem przeskoczył młodą tuję.
Kochał to. Nie było innej możliwości.
Po prostu to kochał.
Wciąż zdenerwowany, wysiadł z Błędnego Rycerza i dopadł do bramy londyńskiego parku. Wparował do środka, potrącając jakąś kobietę. Nie zwrócił uwagi na nią, ani na słowa przez nią wypowiadane.
Przecież ich nie słyszał.
Huśtawka. To było mu potrzebne.
Wszystkie trzy były zajęte przez dzieci, na oko ośmioletnie.
Po krótkiej chwili kalkulacji, podszedł bliżej. Zatrzymał jedną z huśtawek, ignorując niesłyszalne dla niego protesty chłopca. Złapał go za koszulkę i zwyczajnie wyrzucił z bujawki. Dopilnował jednak, by nie upadł.
- A teraz idź pobawić się w piaskownicy - burknął.
Zajął siłą zwolnione miejsce, zamknął oczy i zaczął się rozhuśtywać.
Przód - tył. Przód - tył.
Czuł, że się kołysze, lecz nie widział tego.
Wszystko zagłuszały piosenki The Beach Boys.
Zostają pojedyncze gwiazdy
Światło dnia nie jest jeszcze tak jasne
Gwiazdy znikają, jedna po drugiej
Niebo jaśnieje z każdą minutą
By obudzić świat nowym brzaskiem
Powiedzieć "Witaj!" do nowego poranka
Obmyć twarz bieżącą wodą
Uczyń moje życie jaśniejszym
Księżyc świeci jasno, śpiąc w moim łóżku
Jak wielu jest ludzi, tak wielki dzień jest przede mną
Obudzić świat nowym brzaskiem
Powiedzieć "Witaj!" do nowego poranka
Nie przegap tej całej chwały
Będę tam, gdy zadzwonisz do mnie
Zostają pojedyncze gwiazdy
Światło dnia nie jest jeszcze tak jasne
- Ple, ple, ple... - mruknął, ściągając słuchawki. Przewieszając je przez szyję. Rozejrzał się od niechcenia, z lekkim zdziwieniem rejestrując obecność Jennifer na placu. Zatrzymał huśtawkę, machając do niej.
Odwzajemniła gest, dając mu tym samym do zrozumienia, że ona również go dostrzegła.
Podszedł bliżej.
- Cześć - przywitał się.
- Co ty tu robisz? Mieszkasz przecież chyba pod Londynem.
Wzruszył ramionami.
- Od czego jest Błędny Rycerz?
Spojrzała na niego z niezrozumieniem.
- Nie wiesz, co to? - zapytał, marszcząc czoło.
Posłała mu sceptyczne spojrzenie.
- Jestem z rodziny mugoli.
- Aha - mruknął zwyczajnie. - Więc, Błędny Rycerz to piętrowy autobus, którego mugole nie widzą. Żeby go wezwać, wystarczy machnąć ręką prawą, bądź lewą, zależy, w której ręce "ma się moc". Zawiezie cię gdzie tylko chcesz, pod warunkiem, że jest to na lądzie. I ten. Jazda trwa przeważnie kilka minut. Środek idealny dla kaskaderów, idealny do wybicia zębów.
Parsknęła.
- Więc jesteś kaskaderem.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie tylko ja. Mieszkasz daleko stąd?
- Ze cztery przecznice...
- Spacerek?
Skinęła głową.
- Sorry, może dziwnie spytam, ale jak ty się nazywałeś?...
- Remus.
Skinęła głową.
- Zapamiętam.
Oboje chwilę milczeli.
- Masz ochotę na spacer?... - spytał blondyn.
Wydęła wargi, zastanawiając się nad ową propozycją. Po chwili wzruszyła ramionami, lewą dłonią poprawiając ramiączko od czarnej koszulki.
- Okej. Od kogo dostałeś? - spytała zwyczajnie, ruchem głowy wskazując na lupinowy policzek.
Zmieszał się lekko i bąknął coś o kłótni z ojcem. Chrząknął cicho, w miarę możliwości zasłaniając twarz włosami. Popatrzył na swoje trampki. Dopiero wtedy zauważył, że jeden jest czarny, do połowy łydki, a drugi fioletowy, do kostek. Jennifer tylko uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- To gdzie idziemy?
- Możemy się przejść do fontanny, przynajmniej się troszkę ochłodzimy.
Ruszyli brukowaną dróżką wgłąb parku, znajdując schronienie w cieniu drzew przed rażącymi promieniami słonecznymi lipcowego wieczora.
- Marginesem; fajne buty.
Parsknął.
- Nie patrzyłem, co zakładam.
- Nie jest źle.
Stał pod drzwiami domu, wsłuchując się w głośny, perlisty śmiech jego matki. Wolał nie wiedzieć co ją tak bawiło.
- Marco, przestań! - zawołała ze śmiechem.
Odpowiedzi ojczyma nie dosłyszał, czego nie żałował.
Nie cierpiał tego mugola.
Ba, on w ogóle nie cierpiał mugoli!
Bezmózgie stworzenia, zapatrzone tylko w siebie i te ich durne "wynalazki"... jakaś żarów... Żarówka, o. I Inne dziwne rzeczy...
Otworzył drzwi, wchodząc do przedpokoju. Nie ściągając butów, przeszedł korytarz, docierając do swojego pokoju.
- Kochanie, chcesz obiad?
- Nie.
- Nie jesteś głodny? - zdziwiła się czarownica, wynurzając się z kuchni.
Westchnął.
- Nie.
- Na pewno?
- Nie.
- Coś się stało?
Położył dłoń na klamce.
- Nie.
- ...Petuś, kochanie... O co chodzi?
- O nic - burknął, po czym wszedł do pokoju i zatrzasnął matce drzwi przed nosem.
Uśmiechnął się lekko do siebie, czując z tytułu swego zachowania dziwną satysfakcję.
Wiedział i to bardzo dobrze, że było jej przykro przez to, jak się zachował, ale nie obchodziło go to.
Spodobało mu się bycie właśnie takim, jakim pokazał się przed paroma minutami.
To było nawet... Zabawne.
W lot pojął, dlaczego Syriusz się tak chwilami zachowywał.
Poniekąd stanowiło to jakąś rozrywkę...
Postanowił jednak wyjść z pokoju i trochę nabałaganić w kuchni, co by trochę mamusi rozrywki zapewnić.
Poszedł więc do wymienionego pomieszczenia, bez słowa mijając ojczyma, który mówił coś poufale Amelle do ucha.
Poczuł nagły przypływ irytacji.
Jeszcze ten bachor... Wprawdzie, jeszcze go nie ma, ale jakby jest.
Otworzył lodówkę, wyciągając z niej ser żółty w plasterkach. Z chlebaka wyjął kilka kromek chleba, "przypadkiem" wysypując z torebki okruchy. Równie niechcący usmarował blat miodem, kiedy smarował nim chleb. Położył na nim ser, po czym nie zakręcając słoika, postawił go na desce do krojenia.
Czas na herbatę.
Rozsypał cukier i rozlał trochę wody, kiedy ją zalewał.
- Pączusiu, a mówiłeś, że nie jesteś głodny.
- Jak widać zmieniłem zdanie.
Amelle zamrugała, zszokowana. Wymieniła ze swym mężem zdumione spojrzenia.
Marco odchrząknął.
- Masz jakis problem, stało się coś?... - zapytał miękko.
- Jest wspaniale. Pojawiłeś się ty, zaraz urodzi jakiś mały, rozdarty gówniarz... Nie no, jasne, wszystko gra!
- Peter... - powiedziała cicho Amelle.
- Co? - burknął mało przyjaźnie.
- Idź do siebie - rzucił Marco.
- Nie - skwitował krótko.
- Słyszałeś, co powiedziałem? - zapytał ze stoickim spokojem.
- Nie. Miałem maleńki napad głuchoty.
Marco odchrząknął.
- Posłuchaj. Rozumiem, że masz juz trzynaście lat, wchodzisz powoli w "ten wiek" i hormonki ci buzują, ale...
- Nie. Ty nic nie rozumiesz!
- Daj mi sko...
Zacmokał ze zniecierpliwieniem.
- Nie! Ty posłuchaj: Nie wiem, po co się w ogóle pojawiłeś w moim życiu. Nikt cię o to nie prosił, sam się wepchałeś. Nie próbuj teraz mi zastąpić ojca, czy coś. Nic tu po tobie, rozumiesz? Nie potrzebuję cię, dla mnie nie istniejesz.
Marco uniósł brew.
- O ile mi wiadomo, nie wyrażałeś sprzeciwu, bym zajął miejsce u boku twojej matki.
- Ciebie tu w ogóle nie powinno być! - zawołał ze złością, wymachując kanapką.
Plasterek sera zsunął się z chleba i pacnął cicho w ścianę.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
W kuchni zapadła cisza.
Po chwili Amelle odwróciła się, wychodząc z pomieszczenia.
- Mnie nie rusza to, że się tak buntujesz przeciwko mnie. Jak byłem troszkę młodszy od ciebie, byłem w takiej samej sytuacji, więc wiem, jak się czujesz. Mimo to zastanów się, bo to nie boli mnie, tylko twoją matkę. Przemyśl to sobie, Peterze.
Wstał i udał się w ślady małżonki, domyślając się, że siedzi w sypialni i płacze.
Nie pomylił się.
Usiadł obok niej, obejmując ją ramieniem.
Wtuliła się w niebo, wzdychając drżąco.
Pogładził ją po jej jasnych włosach, całując w skroń.
- Potrzebuje czasu - szepnął. Ponownie ją pocałował. - Wszystko będzie dobrze, tylko... Proszę, nie płacz. Nie mogę znieść tego, że płaczesz... Proszę...
Peter zacisnął zęby, patrząc w okno.
Ruszył do drzwi, ostatnie kroki pokonując w biegu.
Wypadł na podwórze, zatrzaskując za sobą wejście.
Coś niebezpiecznie drapało go w nosie. I szczypało w oczach.
Zacisnął mocno wargi, puszczając się biegiem w dół ulicy.
Musiał się uspokoić. Uspokoić i pomyśleć.
38. Wpis trzydziesty ósmy. Wpis dodał jeden z Huncwotów Środa, 07 Lipca, 2010, 17:50
Notka krótka. Podchodziłam do niej z pięć razy, by maksymalnie ją wydłużyć. Wyszło, jak wyszło... Czyli w zasadzie nie wyszło
Z doła tak jakby niezbyt wyszłam, bo raz po raz znowu przygważdża mnie do ziemi, nie pozwalając się ruszyć.
Taka moja wakacyjna chandra...
Do tęczy. Zawsze jest jakiś tęczowy szlak...
Jedyne czego chciała, to zapomnieć. Zapomnieć o tym, kim jest, skąd jest, co widziała i co będzie znosić, gdy wróci do domu.
Bała się wracać.
Ojciec znów był pijany. Wieczorem miało być jeszcze gorzej.
Później zawsze było tylko gorzej.
Zamknęła oczy, wzdychając ciężko. Uchyliła nieznacznie powieki, patrząc na swe buty.
Gdyby nie jego cichy oddech, odgłos kroków i ciepło dłoni byłaby całkiem sama. Nie patrzyła, lecz wiedziała, że jest obok.
Spojrzała na niego.
Szedł obok, spokojnie i bez pośpiechu. Jego twarz nie wyrażała żadnych zbędnych emocji. Widać było jedno: Był przygnębiony.
Westchnął, kierując na nią wzrok.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę.
- Chodźmy do parku – powiedział cicho.
Skinęła głową, nie wydając z siebie żadnego pomruku czy zalążku słowa.
Przeszli przez ulicę, korzystając z tego, że nie nadjeżdżał żaden samochód.
Podniosła głowę, zadzierając bladą twarz do nieba.
Było stalowoszare. Miało kolor oczu Syriusza.
Ponownie na niego spojrzała, nadziewając się na jego wzrok.
Nieznacznie wzmocnił uścisk dłoni.
* * *
Słodka woń kwiatów, którą czuł zawsze, gdy przykładał policzek do poduszki.
Słodka woń kwiatów – zapach jego domu, jego matki.
Szuszu nie pachniał kwiatami. Szuszu pachniał cynamonem.
Ten zapach również bardzo lubił.
Szuszu był jego rycerzem chroniącym go przed wszystkimi potworami chowającymi się w nocy pod łóżkiem, za szafą i w szufladach komody. Szuszu nie bał się czających nocą cieni.
Szuszu się nie bał. On bronił.
Bronił i kochał małego Remusa najbardziej jak mógł swym niewielkim, trocinowym serduszkiem. Biło mocno, gdy szklanymi oczami widział uśmiech małego blondynka. Mruczał cicho w swej misiowej głowie, kiedy Remus go przytulał.
Nie przeszkadzało mu to, że czasem Remus ciągał go za ucho za sobą, kiedy biegał po całym domu. Nie gniewał się też, kiedy nieraz rzucał go gdzieś w kąt i biegł bawić się cały dzień na dworze.
Remus zawsze do niego wracał – łapał go swymi małymi rączkami i mocno przytulał.
Szuszu był z nim dwa lata, kiedy to się stało. Szuszu - pluszowy, ciemnobrązowy pies z kremowymi uszami bardzo się martwił, patrząc na niego, kiedy płakał lub bezmyślnie patrzył w szpitalne okno.
Przecież to dzięki niemu, Remusowi, jego trocinowe serduszko zaczęło bić.
Każdy pluszowy miś na swoje trocinowe serduszko. Zaczyna ono bić w chwili, w której miś otrzyma imię.
Doskonale pamiętał tę chwilę, w której dziadek Remusa wręczył trzyletniemu wnukowi misia.
Chłopiec wziął go na ręce, robiąc duże oczy. Mocno go przytulił, zaczynając się śmiać.
- Szuszu! – zawołał przez śmiech.
I wtedy serduszko Szuszu poczęło bić, kiedy tylko usłyszał swe imię.
Zaczęło bić w rytm identyczny do bicia serduszka Remusa.
* * *
Do domu wrócił cały mokry. Jednym uchem słuchając reprymendy rodziców, wszedł do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Zrzucił przemoczone ubrania, sięgając po ręcznik.
- Się ocknęli... – mruknął do siebie. Prychnął cicho pod nosem, siadając na brzegu wanny.
Zanucił piosenkę „Angie”, która nieustannie chodziła mu po głowie.
Skończył wycierać mokre, nagie ciało, owijając się w puchaty szlafrok, ciągnący się za nim po ziemi. Przemknął do swojego pokoju, zamykając się w nim na klucz. Wyjął z szafek bieliznę i ubrania, naturalnie je na siebie zakładając.
Kiedy skończył, usiadł na łóżku, wyciągając spod poduszki Szuszu.
Posadził go sobie na kolanach, patrząc mu w oczy. Tylko jedno było szklane. Drugie było ładnym guzikiem od płaszcza, wszytym przez mamę.
Pogładził bezwiednie wyciągnięte ucho misia.
- Nie oddam cię im – oświadczył buntowniczym szeptem. Pokręcił głową. – Nie dam cię tym małym, wrednym, rozdartym... Kosmitom. Ty jesteś tylko mój... – Przytulił go mocno, nabierając powietrza.
Cynamon.
Jak zawsze, gdy go przytulał, czuł cynamon.
Kochał ten zapach. Nie dało się powiedzieć, że było inaczej.
* * *
Chlust, krzyk i śmiech.
Chlust wody, krzyk ciotki i śmiech Jamesa.
Chłopak z dzikim chichotem wbiegł do domu, porzucając w biegu wiadro. Upadło z brzękiem na ziemię.
Wpadł do sieni, rzucając się do schowka pod schodami. Ukrył się w nim, przyciskając dłonie do ust, by nie ryknąć śmiechem.
Ta zabawa nigdy mu się nie znudzi.
Wstrzymał oddech, przysuwając ucho do drzwi. W uszach dźwięczało mu łomoczące w piersi serce oraz odgłosy z domu.
- Gdzie on jest?! – krzyknęła wściekła ciotka.
- Co się stało? – zapytał głos Dorei.
- GDZIE. ON. JEST?! – wrzasnęła wściekła.
Nienawidziła dzieci, choć sama miała dwóch synów.
- Chodzi o sukienkę? – Matka Jima roześmiała się serdecznie. – Przecież to żaden problem!
- Wiem, że żaden! Chodzi mi o to, że w ogóle to zrobił! Niewychowany gówniarz, nie rozumiejący, gdzie jego miejsce...
- No! Tylko bez takich tekstów, Walburgo! – zastrzegła.
- Na twoim miejscu wychowałabym tego gnoja zupełnie inaczej!
- Na twoim miejscu dałabym Syriuszowi trochę luzu! - -odwarknęła Dorea, zaciskając pięści.
- Luzu?!
- To tylko dzieci!
- Trzynastoletni młodzieńcy!
- Trzynastoletni chłopcy, jeśli już!
- Drogie panie! – wtrącił się głos Charlusa. – Wnoszę prośbę o zaniechanie tej kłótni. Herbata czeka...
James poczekał, aż kroki rodziców i matki Syriusza ucichną.
- Przegwizdane ma nasz Syri... – szepnął do siebie. Pokręcił głową, po czym powoli otworzył skrzypiące drzwi. Czarno widzę wizytę u Czarnego w przyszły weekend...
Czmychnął na górę, zaniechując nawyku tupania na schodach.
* * *
Szklanka wypadła mu z ręki, rozbijając się na podłodze. Sok rozchlapał się po jej powierzchni, tworząc wspaniale mokrą, pomarańczową plamę.
- Co?!... – sapnął jedynie.
Zamrugał kilkakrotnie.
Nie, to się nie mogło dziać naprawdę!
Dziecko? Takie prawdziwe, małe takie?...
Takie, jakie mają rodzice Lunatyka?
Podniósł dość pulchne ręce do twarzy, przykładając je do policzków.
Marco skinął głową, nie zabierając dłoni z kolana swej żony od dobrych piętnastu minut. Nieustannie je gładził i muskał palcami, czując ciepło i gładkość jej skóry.
Uwielbiał ją. Jej dotyk, smak, zapach...
- No... To, Pączusiu. Będziemy mieli dziecko.
Peterowi coś kliknęło cicho w głowie. Dziecko... Dziecko.... Dziecko... Dziecko... Dziecko....
Podniósł się, kręcąc głową.
- Nie. Żadne my! – zawołał, czując nagłą złość. – Żadne „my”! Ja wiem, że dorośli robią TE rzeczy, ale mnie w to nie mieszajcie! To będzie WASZ gówniarz, nie NASZ!
Chore! – ryknął sobie w głowie.
Wybiegł z kuchni, zamykając z trzaskiem drzwi.
Zignorował wołanie ojczyma i matki.
Niech spadają, kocopoły jedne... Jeszcze mnie w to chcieli wmieszać! Cholera, już wiem, jak czuł się Remus w święta... Masakra!
W ogóle skąd im to przyszło do głowy, żeby się w to pakować? Przecież... No, kurdę, mają mnie!
Co to w ogóle ma być?!
Szybkim krokiem wyszedł z podwórza, bez namysłu skręcając w prawo.
Iść, chociaż kawałek iść. Uspokoić się, wrócić do domu i... ...no chyba nie przeprosić?
- Przecież nie mam za co – powiedział. Wsunął dłonie do kieszeni jeansów. – Ja nie mam z tym nic wspólnego. Nic. Nie będę ich przepraszać.
Spojrzał w prawo, na szybę witryny sklepowej. Stojący za nią manekin patrzył na niego martwymi, namalowanymi oczami mając twarz pozbawioną wyrazu.
- No i na co się patrzysz? – zapytał go.
Manekin nie odpowiedział.
Pokręcił rudawą głową.
- Głupi jesteś i tyle – skwitował go chłopiec.
Ruszył dalej, pobieżnie przyglądając się mijanym ludziom, latarniom, chodnikowi, sklepom, niebu, przejeżdżającym samochodom...
Nie było w tym wszystkim niczego zadziwiającego.
Ot, zwykły, mugolski świat. Szary, nudny, pozbawiony wyrazu.
Świat jego ojczyma. Po co on w ogóle pchał się do mojego świata? Jakby nie mógł zostać z tymi wszystkimi głupimi mugolami... Nienawidzę ich!
Ponownie czując złość, kopnął leżącą na ulicy puszkę. I jeszcze raz. I ponownie.
Nie potrzebował wiele czasu, by zapomnieć o tym, co go tak rozzłościło.
* * *
Huśtawka skrzypiała drażniącym w uszy zgrzytem.
Im to jednak nie przeszkadzało.
Syriusz i Jennifer zignorowali to, nie przestając się huśtać.
- Kto wyżej! – zakomenderował nieco piskliwym tonem szarooki.
Ze śmiechem zaczęli się mierzyć, starając rozbujać się wyżej i wyżej.
Przecież oboje chcieli wygrać. Nic dziwnego.
- Wygrałam! – wrzasnęła brunetka, kiedy przez chwilę znajdowała się w linii prostej do poziomu.
- Łaj! – zawołał chrapliwie Syriusz, wylatując ze swej bujawki. Opadł z łoskotem na ziemię, podpierając się dłońmi. Wstał chwiejnie, chichocząc opętańczo.
- Gratulacje! – powiedział ze śmiechem.
Dziewczyna zatrzymała huśtawkę, szurając podeszwami butów o żwir. Podniosła się ze swojego miejsca, podchodząc do Blacka.
- Zaiste – stwierdziła śmiertelnie poważnym tonem.
Po krótkiej chwili milczenia znowu zanieśli się śmiechem. Ot, po prostu.
Stali naprzeciwko siebie. W parku poza nimi nie było nikogo.
Zawiał lekki wietrzyk.
W pewnym momencie, Syriusz przestał się śmiać.
Patrzył jedynie uważnie na wciąż chichoczącą Jen.
Tego dnia pierwszy raz widział jak płacze i jak się śmieje.
Przechylił lekko głowę.
Bardzo ładnie się śmiała.
Postawił krok do przodu, stając o ten krok bliżej Aniston.
Uniosła brwi, opuszczając rękę od ust. Odgarnęła ciemne kosmyki za ucho.
- Co?
- Nic – mruknął.
Wygiął lekko wargi, po czym postawił kolejny krok do przodu, o połowę mniejszy, niż poprzedni.
- Ładnie się śmiejesz, wiesz? - zapytał, ciut bezmyślnie.
Potarł palcami o wewnętrzną część dłoni. Były lekko wilgotne.
Spociły mu się dłonie. Nie bardzo wiedział dlaczego, przecież nie był zdenerwowany.
Chyba...
Nie myśląc nad tym, co robi, chwycił Jennifer za ramiona, przyciągając ją bliżej.
- Co ty robisz? – zdziwiła się.
Odpowiedzi nie usłyszała, jedynie poczuła ją na swoich ustach.
Nie należała do wprawnych czy zdecydowanych. Była ciepła, tego była pewna.
Trzęsły mu się ręce, podrygiwały brwi. Nie zamknął oczu, czego nie zrobiła również ona.
Odsunął się nieznacznie, oblizując koniuszkiem języka dolną wargę.
Bardzo był ciekaw, co mu za to zrobi.
- Aha – powiedziała.
Milczeli chwilę, nie ruszając się.
- Mmm... – zaczęła po chwili. – Masz mi coś jeszcze do powiedzenia, czy możesz mnie już puścić?
Przygryzł wewnętrzną stronę swojego policzka.
- Mam – stwierdził z nutką samozadowolenia w głosie.
Nie wiedział jedynie, skąd ona się wzięła.
Przechylił lekko głowę, z przed kilku chwil orientując się, że jak ją przechyla, to nie zderza się nosami. Przyciągnął ją jeszcze troszkę bliżej, przesuwając ręce z jej ramion na plecy.
Postanowił również nieco przymknąć oczy i lekko rozchylić usta.
Tak było zdecydowanie fajniej.
Zwłaszcza, że Jennifer zrobiła tak samo.
* * *
Pomachał na odchodne ciotce Walburdze.
Nigdy jej nie lubił. Nigdy nie miał okazji poznać jej syna, choć wiedział, że jest w jego wieku i są rodziną.
Syriusza poznał dopiero jak szli do pierwszej klasy Hogwartu. Zasadniczo to nawet myślał, że Czarny będzie identyczny jak jego matka – obrzydliwie zasadniczy, pozbawiony poczucia humoru, depczący wszystko, co złe i plugawe, oczywiście według ideologii rodów szlacheckich.
Cholernie się pomylił. Może nie we wszystkim, ale prawie. Zgadzały się jedynie nieliczne cechy, niektóre wpajane mu od dziecka.
No, ale i tak jak najbardziej pozytywne zaskoczenie.
Podłożył ręce pod głową, wlepiając wzrok w sufit.
Lubił sobie czasem powspominać, leżąc na łóżku.
Pozwolił swym myślom błądzić swobodnie w ostatnich dwóch latach, zakodowanych w jego głowie. Raz po raz zaczynał się śmiać, kiedy przypominały mu się zabawniejsze sytuacje.
- Łiiii! Iiiiiiiiiiii!!! – piszczał na całą salę Remus, ignorując fakt, że jest połowa lekcji eliksirów.
Syriusz chichotał cicho, mimo swej radości próbując jednak w końcu równo posiekać te nieszczęsne korzonki stokrotki.
Musiały być równo. Syriusz był fleją ze skłonnościami pedantycznymi.
- Co ty robisz? – zdziwił się James.
Remus wyszczerzył ząbki w głupawym uśmiechu.
- Cieszę się. Widzisz? – Wskazał na parę unoszącą się nad jego kociołkiem. – Jest różowa. Kocham róż! – zapiał, trzepocząc rzęsami. Znów zaczął głośno piszczeć.
Syriusz odłożył nożyk obok deski, przyglądając się swemu dziełu. Zgarnął wszystko niedbale do kociołka, część rozsypując.
- Remusie, myślałem, że poza wyglądem, to nic z dziewczyny w sobie nie masz... – stwierdził zamyślonym tonem, sięgając ponad ramieniem studiującego przepis Petera po wagę.
- Łiiiiiiiiiiiiiii... CO?!
James zdławił śmiech.
- Panie Lupin! Co pan w ogóle wyrabia? Pan nadal jest w pierwszej fazie warzenia wywaru, a powinien już zaczynać trzecią! – zawołał profesor, podchodząc bliżej.
Stanął centralnie nad Lupinem, który wygiął się dziwnie, by uniknąć oberwania wielkim brzuchem belfra.
Przybrał kamienną minkę i gapiąc się tępo w przestrzeń, kiwał głową, jednym tylko uchem słuchając wywodu profesora.
Black i Potter wymienili rozbawione spojrzenia.
- Peter, nie śpij! Coś ty taki nieobecny dzisiaj?...
Zachichotał do swych wspomnień, przymykając oczy.
Ściągnął nieznacznie brwi, przypominając sobie nagle o istnieniu dziewczyny z jego klasy.
Ruda taka, wredna, z zielonymi oczami.
Jak jej tam było?
Evans chyba...
Podrapał się po nosie, zatapiając we wspomnieniach jej dotyczących.
* * *
- Tu jesteś! – ucieszył się, wyłażąc spod łóżka ze szczurem w garści. Machinalnie ułożył go sobie na ramieniu. Wyprostował się, chwytając Szuszu w objęcia. Okręcił się kilka razy wokół swej osi, podrzucając pluszaka. Ponownie zamknął go w swych wątłych ramionach, podchodząc do gramofonu.
The Jacksons 5, The Rolling Stones, The Crystals, Abba, The Beach Boys... Czego tu posłuchać?...
Wyjął z opakowania płytę Paul Anki. Położył ją w odpowiednim miejscu, a na niej igiełkę.
Pierwsze dźwięki piosenki, a następnie słowa.
Złapał Szuszu za przednie łapki i wirując na puchatym dywanie, zaczął śpiewać razem z wykonawcą:
Jestem taki młody, a Ty taka stara...
To moje kochanie, które chcę przedstawić.
Nie obchodzi mnie, co powiedzą inni!
Ponieważ już zawsze będę się modlił...
Ty i ja możemy być tacy wolni!
Jak ptaki wysoko w drzewach...
Och, proszę, zostań ze mną, Diano!
Poczułem dreszcze, kiedy byłem tak blisko Ciebie...
Och, moje kochanie, jesteś najważniejsza!
Kocham Cię, ale czy Ty kochasz mnie?
Osunął się ze śmiechem na kolana, po czym wyłożył na plecach, dając Seisi możliwość ucieczki pod łóżko.
Oczywiście szczur skorzystał z okazji, więc tak jakby... Tyle go zebrani widzieli.
Remus zamilkł nagle, wlepiając spojrzenie w sufit.
- O kurdę – mruknął. – On jest biały.
Westchnął, zamykając oczy.
- Szuszu, głowa mnie boli – powiedział po chwili milczenia.
Szuszu nie odpowiedział. Jedynie szklane oko błysnęło mu smutno.
Remus przekręcił się na bok, przytulając głowę misia do piersi.
- Kocham cię, Szuszu – szepnął mu do wyciągniętego, pluszowego ucha.
Szuszu zamruczał cicho.
A może Remusowi tak się tyko zdawało?...
37. Wpis trzydziesty siódmy. Wpis dodał jeden z Huncwotów Niedziela, 27 Czerwca, 2010, 02:05
Notka głupia. Napisałam ją w nocy, dopiero co.
Musiałam pozbyć się "doła".
Przepraszam, że wyszło coś tak beznadziejnego... Przepraszam, że w ogóle to dodaję. Krótkie, bezbarwne i żałosne.
Oto, z czym przyszłam...
A dół jak był, tak jest. Szlag by go...
Słuchałam "Angie" i "Hotel California". The Rolling Stones i The Eagles.
Na ciemnej, pustynnej autostradzie, zimny wiatr we włosach mych
Przyjemny zapach colitas unosił się w powietrzu
Gdzieś w oddali zobaczyłem migoczące światło
Moja głowa stała się ciężka, a moje oczy zaszły mgłą
Musiałem zatrzymać się na noc.
Syriusz kiwał się miarowo na boki, nie otwierając oczu. Westchnął cicho, zakładając ręce za głową. Prawa stopa podrygiwała mu miarowo w rytm spokojnej piosenki, trącając Zahuna
w ucho.
Zahun z małego, tłustego labradorka wyrósł na dużego, ruchliwego psa, przy którym trzeba było mieć oczy dookoła głowy.
Właśnie to Syriusz tak w nim uwielbiał.
Ona stała w przejściu, usłyszałem misyjny dzwon
Pomyślałem do siebie
To może być niebo albo to może być Piekło
Wtedy ona zapaliła świeczkę i wskazała mi drogę
Usłyszałem głosy z dolnego korytarza, oni mówili
Witaj w Hotelu California
Tknięty jakimś dziwnym impulsem, podniósł się, podrywając głowę Zahuna z podłogi. Zignorował ciekawskie spojrzenie pupila, idąc do drzwi. Zamknął je za sobą z drugiej strony.
Zbiegł po schodach na dół, ignorując krzyki matki.
Na Grimmuald Place 12 nie biega się po schodach!
Wydął dolną wargę, wychodząc na ulicę. Zatrzasnął drzwi i rozejrzał się.
Kamienice z czerwonej cegły, niektóre domy pokryte szarym tynkiem. Czarne dachy, smutne, martwe okna.
Krzyki grupy nastolatków, brzęk tłuczonego szkła.
Stukot obcasów kobiety w czarnym żakiecie.
Milczał.
Wsunął dłonie do kieszeni ciemnych jeansów.
Milcząc, przeszedł przez niewielkie podwóreczko, o ile tę przestrzeń "zieleni" można tak było w ogóle nazwać.
Stanął na pękniętej chodnikowej płycie.
Milczał.
Bo do kogo miał mówić? Do śmietnika, zdewastowanej budki telefonicznej? Do swego cienia?...
Skierował powoli wzrok na swoje buty.
Właśnie taki był w swoim domu.
Samotny.
* * *
Odstawił kubek na stół z cichym stuknięciem. Oblizał różane wargi, odrywając się od bezsensownego patrzenia w ścianę.
Deszcz.
Właśnie to działo się w Szkocji. Całej Szkocji.
Popatrzył w okno. Podszedł bliżej, kładąc drobne dłonie na parapecie. Przyłożył ciepły palec do zimnego szkła. Przesunął opuszek w dół, śledząc ruch kropli deszczu.
Niebo płacze, pomyślał.
Odsunął się od oszklonego wyłomu w ścianie. Wyszedł z pokoju, stawiając spokojne, miarowe kroki.
- Wychodzę - powiedział.
Odpowiedział mu pisk ubranej na żółto, rocznej dziewczynki.
Nie usłyszał głosu matki czy rugania ojca - bo jak to, wychodzić w deszcz?
Opuścił głowę, wychodząc. Zamknął za sobą drzwi, stając na ganku. Podciągnął wyżej suwak bluzy z kapturem. Narzucił go na głowę, pod jego materiałem chowając słuchawki.
Dłonie w kieszeniach.
W słuchawkach The Rolling Stones.
Szarość ponurego, zapłakanego świata.
On również milczał.
Nic nie mówił, przechodząc przez ulicę.
Nic nie mówił, mijając latarnię.
Nic nie mówił, przechodząc przez skrzyżowanie.
Nic nie mówił, popychając żelazną bramę parku.
Nic nie mówił, kiedy siadał na mokrej huśtawce.
Zamknął oczy, nabierając powietrza.
Angie, Angie, kiedy te wszystkie chmury w końcu znikną?
Angie, Angie, dokąd nas to zaprowadzi?
Bez miłości w naszych sercach i bez pieniędzy w płaszczach
Nie możesz powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni
Ale Angie, Angie, nie możesz powiedzieć, że nigdy nie próbowaliśmy
Angie, jesteś piękna; ale czy to nie czas, w którym się pożegnaliśmy?
Angie, wciąż cię kocham.
Pamiętasz te wszystkie noce, gdy płakaliśmy?
Wszystkie marzenia, których tak mocno się trzymaliśmy,
wydały się spełznąć na niczym
Pozwól mi zaszeptać w twoje ucho:
"Angie, Angie, dokąd nas to zaprowadzi?"
Ach, Angie, nie szlochaj, wszystkie twoje pocałunki wciąż są słodkie
Nie znoszę tego smutku w twoich oczach
Ale Angie, Angie, czy to nie czas, w którym się pożegnaliśmy?
Bez miłości w naszych sercach i bez pieniędzy w płaszczach
Nie możesz powiedzieć, że jesteśmy zadowoleni
Ale Angie, wciąż cię kocham, maleńka
Gdziekolwiek nie spojrzę widzę twoje oczy
Nie ma kobiety, która mogłaby się z tobą równać
Kochanie, otrzyj swoje łzy
Ale Angie, Angie, czyż nie dobrze jest żyć?
Angie, Angie, oni nie mogą powiedzieć, że nigdy nie próbowaliśmy
Przez krótką chwilę czuł się tak, jakby był całkowicie sam. Jakby nie miał nikogo...
Kłamstwo! - krzyknął w swej jasnej głowie.
Nigdy nie jesteśmy sami. Jest coś, co nigdy nas nie opuszcza. Zawsze jest przy nas - dniem i nocą, we łzach i w brzmieniu naszego śmiechu.
Wspomnienia. Przeszłość.
To one decydują o tonie blasku naszych oczu.
One dyktują, jak ktoś się śmieje.
One zmuszają nas, by przystanąć i nabrać głęboki oddech.
Uczą nas. Błędy naszej przeszłości.
Życie to surowy nauczyciel - najpierw daje nam test, a dopiero potem mówi, co trzeba robić...
Ważna lekcja:
Nigdy nie ufaj - nigdy od razu.
Poznaj. Zaufaj.
Nie odwrotnie...
Nigdy odwrotnie.
* * *
Oparł się o ścianę jakiegoś budynku, krzyżując ręce na piersi.
Przymrużył szare oczy.
Czy nie dziwne jest to, że on i jego rodzina, arystokracja, mieszkają w jednej z najgorszych dzielnic Londynu?
Przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą.
Odwrócił powoli głowę, słysząc czyjś ostry, zdenerwowany krzyk. Kobiecy. Bez wątpienia był to krzyk kobiety.
Patrzył, jak ta brunetka w czarnym żakiecie, którą widział wcześniej, wzburzona mówiła do jednego z chłystków, którzy stanęli jej na drodze. Dłonie zaciskała w pięści, potrząsała głową.
A on był spokojny.
Patrzył.
Po prostu patrzył, jak się do niej dostawiają, próbują dotknąć, skosztować choć odrobinę bliskości pięknej, ładnie pachnącej kobiety.
Widać było, że byli pijani.
Zamknął oczy, kiedy zobaczył, że jeden z nich chwyta ją za łokcie, unieruchamiając ręce.
Chore - szepnął.
Chore.
Ale nie zrobił nic.
Uchylił jedynie powieki
Stał i patrzył, jak mimo jej protestów, wciągają ją między dwie kamienice.
Mrugnął jedynie, kiedy usłyszał coś na rodzaj: "Zedrzyj z niej to!...".
Powoli spuścił wzrok.
Nazywał się Syriusz Alphard Black i miał trzynaście lat. Stał oparty o ścianę - bierny świadek.
Opuścił ręce, wsuwając je do kieszeni. Odsunął się od ściany, ruszając w dalszą drogę.
Wyraźnie usłyszał jej krzyk.
Nie obchodziło go to.
Jak rzadko, miał wtedy wszystko w dupie.
Po prostu.
Tak po prostu miał to gdzieś.
Podniósł wzrok znad swoich butów. Natrafił na znajomą postać.
Jennifer.
Co ona robi w Londynie?
Nie zmieniając tempa, podszedł bliżej.
Była... Smutna. Płakała.
- Jen?...
Otarła dłonią policzek.
Zauważył, że z opuchniętej wargi płynie krew.
- Co jest?
- Tam jest mój ojciec - rzuciła bezbarwnie.
Mrugnęła. Kolejne dwie łzy wymknęły się jej spod rzęs.
Ściągnął brwi. Odwrócił się w stronę ciemni między kamienicami.
- Tam?
- Tam - przytaknęła.
Popatrzył na nią. Wskazał palcem na jej twarz.
- A tu?
- Cios - odparła cicho.
Bolało ją.
Skinął głową.
Wyciągnął do niej rękę, ujmując jej dłoń.
- Chodź. Ucieknijmy stąd.
Uniosła brew.
- Dokąd?
- Przed siebie. Do tęczy. Zawsze gdzieś jest jakiś tęczowy szlak...
- A ona?
- Zapomnij.
Westchnęła.
Nie będzie umiała. Poszłaby coś zrobić, pomóc jej...
Ale bała się. Co ona może?
Drobna, chuda trzynastolatka.
A tam pięcioro dorosłych facetów.
Mocniej zacisnęła zimne palce na dłoni Syriusza.
Uciec...
Uciec od wszystkiego, co było, jest i będzie.
Dokumentnie mieć wszystko gdzieś.
Żeby tak spłynęło jak deszcz...
* * *
Księżyc ma twarz.
Patrzy na świat nocą, uśpiony ciszą i mrokiem, odpoczywający po ciężkim dniu.
Patrzy na wszystko, co dzieje się pod nim. Patrzy swą smutną, srebrną twarzą.
Nie uśmiecha się.
W pewnej fazie, może kształtem przypominać uśmiech.
Albo rogalika.
Ale to tylko złudzenie.
Księżyc nie umie się cieszyć. Księżyc nie umie się śmiać.
Księżyc zadaje ból.
Nie potrafi się cieszyć.
Zbyt wiele cierpień i łez przynosi...
36. Wpis trzydziesty szósty. Wpis dodał jeden z Huncwotów Sobota, 19 Czerwca, 2010, 13:08
Iguś, naprawdę ty mi napisałaś ten komentarz? Dziwne... ^ ^
Przepraszam, że nie dodaję notek. Właściwie nigdzie. Jest taka piosenka "Maj". Kto zgadnie, czemu nie mogę zebrać myśli? xD
Notka nijaka i krótka (7,5 strony w Wordzie xD), przyznaję się. Napisałam ją tylko ze względu na was... Ach, nie dziękujcie...
- Zalaz zajele nas falaaa! - zawołał mały chłopiec, sepleniąc się niemiłosiernie. Plasnął otwartą rączką w wodę w wannie. - Plaaaś! Łaa! Toniemy! Latuj siem kto mozie! Zatapia naas!
Nabrał powietrza i schował się pod wodą.
Dorea pokręciła głową, stając w drzwiach łazienki. Uśmiechnęła się lekko, patrząc na pozalewane ściany, podłogę, a nawet i lustro.
Spod wody wynurzył się James.
- Na scescie znalezlisimy siem na wyspie! Ulatowaniii! - zawył, wyrzucając serdelkowate rączki w górę.
James był dość pulchnym pięciolatkiem.
- No, skarbie. Dosyć na dzisiaj. Paluszki masz już jak te fasolki w słoiku na parapecie.
Chłopiec przysunął rączki bliziutko do swojej buzi. Patrzył chwilę na pomarszczoną od wody skórę.
- Mi teź wyskoczom pendy? - zapytał, kierując spojrzenie w stronę matki.
Pokręciła głową, rozbawiona.
- Nie, skarbie. - Rozłożyła ręcznik. - A teraz chodź.
James wstał, pozwalając owinąć się mamie puchatym, żółtym ręcznikiem.
- Tata! - zawołał, wyciągając ręce do ojca, który stanął w drzwiach.
Charlus podszedł bliżej, całując żonę w policzek. Wziął od niej chłopca, wsuwając go sobie pod pachę.
Chłopiec był z tego powodu bardzo ubawiony.
Machał mokrymi nóżkami, chichrając się po swojemu, pokazując wszystkie mleczne zęby.
Remus wybuchł śmiechem, uchylając się przed porcją piany ze szczoteczki Jamesa. Chichocząc, uskoczył za szczotkującego swe uzębienie Petera, robiąc sobie z niego tarczę.
- Tchórzu! - zawołał Potter.
Syriusz biernie ignorował wszelkie krzyki i hałasy, z kamienną minką patrząc w lustro, szorując zęby.
- ...każdy kokardkę ma na ogonie... - bełkotał niejednolitą barwą głosu. Otarł nadgarstkiem pianę, która spływała mu po podbródku.
- Mmm, jakie wąsy - zamruczał James.
- Co? - sapnął Black. Wypluł zawartość ust do kamiennej umywalki, sięgając po ręcznik. Otarł wargi, przysuwając się do lustra. - Faktycznie! - zapiał ochryple.
- Nie no, Syri staje się mężczyzna... - powiedział przesyconym namiętnością, wciąż wręcz do bólu dziecięcym głosikiem Remus. - Mmm, czuję się taki... Niewieści przy tobie, Syriuszku. A te bary! - zawołał blondynek, kładąc dłonie na ramionach bruneta, z trudem powstrzymując wybuch śmiechu.
Black mruknął coś pod nosem, tykając palcem tworzący mu się pod nim "meszek".
- Kurdę.
- Kobiety oszaleją - parsknął James.
- Ty to nie bądź taki do przodu, bo cię z tyłu braknie! - zgasił go podirytowany Syriusz, rzucając mu wrogie spojrzenie.
- Nie no, możesz zaczynać podbój, masz już trzynaście lat, no nie? - zapytał Peter, dołączając się do drażnienia bruneta.
Remus zachichotał w rękaw, po czym postanowił zostawić ich samych sobie.
- Jak to brzmi - mruknął do siebie, rozbawiony. - Nasz maleńki Syri dorasta...
Wyłożył się na łóżku, chichocząc opętańczo.
Black dziugał widelcem tosta, niby przypadkiem zasłaniając dłonią pół twarzy. Drażniło go to, co się z nim działo, mimo iż wiedział, że to normalne.
Przecież miał już trzynaście lat.
Zerknął na Jamesa, który z miną maniaka wylewał sobie ketchup na kiełbaski.
Przygryzł wargę, przesuwając wzrok na Remusa.
Wygiął usta w uśmiechu, patrząc na blondyna. Wciąż przypominał dziewczynę - gładka buzia, drobna sylwetka, delikatny głos i te wielkie, złote oczy.
- Remusie... - zaczął nagle.
- Mm? - Bystry wzrok oderwał się od treści książki, którą Lupin trzymał na kolanach.
- Może to głupio zabrzmieć, ale nad czym ty się tak ciągle dziwisz?
Jasne oczy Lupina stały się jeszcze większe.
- Jaa? - zapytał, przykładając sobie dłoń do piersi.
Czarny skinął głową.
- Masz duże oczy.
Lunatyk zmrużył powieki.
- A tobie robią się wąsy.
Black jęknął, kryjąc twarz w dłoniach.
- Wy mi żyć nie dacie?!
- Nie! - zawyła zgodnie reszta.
- Można?... - rozległ się dziewczęcy głos.
Peter skinął głową, wskazując miejsce między sobą, a Syriuszem.
Dziewczyna usiadła na nim, odgarniając długie, ciemne włosy za ucho.
- To nie od ciebie dostałem kiedyś tam? - zainteresował się Czarny, nagle trafiony wspomnieniami prosto w pierś. Nie dosłownie, oczywiście.
Skinęła głową.
- Ode mnie.
- Bolało... - poskarżył się połowicznie do siebie.
- Dziwne, żeby nie.
- Miłe to nie było, wiesz? - zapytał, podpierając głowę ręką, przekręcając się do niej w miarę możliwości przodem. - Jennifer, tak?
Ponowiła ruch głową.
- Domyślam się, że nie było. I tak, tak, jestem Jen.
Syriusz uśmiechnął się lekko, już z lepszym humorem zabierając się za śniadanie.
- Jen - zaczął, nagle trafiony genialnym według niego pomysłem.
Uniosła brew, nieznacznie odwracając do niego twarz.
- Popatrz na mnie - poprosił.
Odwróciła głowę, kierując na niego czekoladowe oczy.
- Chcesz ze mną chodzić? - zapytał, obracając w dłoni truskawkę zdjętą ze stołu.
Zamrugała.
- Że proszę... Co?
Black zignorował śmiechy i gwizdy Jamese i Petera. Remusa nie usłyszał, bo pewnie czytał podręcznik od historii magii, jak powiedział sobie w myślach.
- No... Chcesz ze mną chodzić? - powtórzył, nieco mniej pewnym, z efektywną chrypką, tonem.
Zamrugała po raz kolejny.
- Po co?
Wzruszył ramionami, przesuwając szarymi tęczówkami po suficie.
- Tak sobie.
- Dobra.
Podniosła się, zabierając tosta.
- Cześć - rzuciła do reszty Huncwotów, Syriusza ignorując.
Musiała sobie przemyśleć właśnie zaistniałą sytuację.
Black przechylił głowę.
- Chwila. Dobrze rozumiem? Właśnie mnie olała?
- Nie dosłownie - powiedział rozpromieniony Remus. - Przecież nie będzie sikać w wielkiej sali, nie?
Pettigrew westchnął.
- Nie o to chodziło.
- A o co? - zdziwił się blondynek, stwierdzając, że niezbyt trwa w temacie.
James szturchnął go porozumiewawczo w bok, falując brwiami.
- Syri ma dziewczynę...
- Co? - zdziwił się Lunatyk, mrugając. - Kogóż on podrywa na boku poza mną?
- Nie nazywaj mnie tak! - wrzasnął Syriusz, postanawiając puścić mimo uszu uwagę jasnowłosego przyjaciela.
- Wybacz, kochana - powiedział okularnik do kuzyna, klepiąc go przez stół po ramieniu.
- Jeszcze lepiej - skrzywił się Peter. - Przez ciebie się poczułem, jakbyśmy siedzieli przy stole ze starą, ponętną babcią!
- Ała! - zawył Lupin.
- Przepraszam, nie trafiłem - burknął Syriusz, który dopiero co wymierzył kopniaka pod stołem w piszczel Lunatyka.
Remus łypnął na niego wilkiem.
- Kwadrat - stwierdził, po czym wstał zamaszyście, odrzucając w tył poły szkolnej szaty. Przydepnął jej skraj i machając rękami, upadł groteskowo na plecy.
Ci, którzy to widzieli, zaczęli się śmiać.
- Trochę ci nie wyszło to dumne podniesienie się! - zaśmiał się James.
Remus zebrał się z posadzki, pobieżnie otrzepując ubranie.
- Sztuką nie jest złościć się z powodu porażki, o ile z godnością tą porażkę przyjąć.
Zadarł nos ku sufitowi, po czym głośno tupiąc, opuścił pomieszczenie.
- I tyle go wierni widzieli - skwitował Peter.
- Rzeczy zostawił...
- Jak kocha, to wróci - zaśmiał się James.
- My też lepiej chodźmy, spóźnimy się na zaklęcia - stwierdził Czarny.
Wstał, biorąc torbę swoją i Remusa. Podręcznik od historii wsunął pod pachę.
Remus sapnął głośno, odgarniając wilgotną grzywkę z oczu.
Gorąco. Niesamowicie, straszliwie, okropnie gorąco.
Trzydzieści dwa stopnie Celsjusza.
Rozłożył się na ławce, zamykając oczy.
Miał dość. Miał serdecznie dość wszystkiego - Flitwicka, pogody, klasy, twardej ławki, ciemnego atramentu, kamiennych ścian. PONIEDZIAŁKU.
Tak. Dzień tygodnia był zdecydowanie najgorszy.
Mając ochotę zawyć głośno w proteście, kiedy profesor nakazał im napisać jakąś definicję, dopiero po kilku sekundach, bluzgając w jeszcze dość niewinny sposób pod nosem, podniósł głowę i wyciągnął dłoń po pióro.
Jedna literka. Druga literka.
Kółeczko, kreseczka, laseczka, zaraz znów kółeczko, łączenie... I tak w kółko.
Niemal zmuszał się do stawiania kolejnych znaków graficznych głosek.
Istna katorga.
Niecierpliwym ruchem ręki poluzował krawat. Po chwili jeszcze troszeczkę. I jeszcze odrobinkę...
Powachlował się dłonią przed twarzą.
Jeden guzik, drugi, trzeci... Dwa od dołu, koszulę wyjął ze spodni.
Westchnął ciężko.
Od razu lepiej.
Spojrzał kątem oka na Blacka, który nie dawał żadnego znaku życia, poza tym, że miarowo stukał czołem w ławkę.
Stuk, stuk, stuk.
Topię się. Roztapiam. Zmieniam swój stan skupienia. Szklankę mi dajcie, no! Bo się usmażę na posadzce i będziecie mnie musieli zeskrobywać. A ja będę złośliwy i będę skwierczeć, skwierczeć i śmierdzieć, łehehe... - I tak dalej w podobnym tonie myślał, kręcąc młynki kciukami.
Krawat miał zawiązany wokół głowy, przyciskając włosy do skóry i chroniąc oczy przed ich "włażeniem" i podrażnianiem rogówki.
Wyprostował się, nabierając większą dawkę powietrza. Potarł szczupłymi palcami bolące go nieustannie skronie, zamykając szare oczy. Po chwili znów je otworzył, kierując wzrok na niebo za oknem.
Błękit. Chorobliwy wręcz błękit.
Uśmiechnął się lekko do siebie, wyobrażając sobie, że ten masyw zimnej barwy to woda, chłodna woda, w której powoli, powolutku się zanurza, chroniąc przed prażącym słońcem...
Wrócił na ziemię, do klasy, zeskakując z puszystego obłoku w kształcie głowy króliczka wielkanocnego.
Podniósł rękę, zaczynając nią machać jak flagą.
- Słucham pana, panie Potter? - uśmiechnął się do niego maleńki czarodziej.
- Dlaczego jest tak gorąco? Możemy zrobić luźną lekcję? A może by tak nas pan oblał zimną wodą?
- Umieram... - jęknął Remus.
- Zmuszanie nas do wysiłku w taki upał jest czysto niehumanitarne, profesorze! - zawołał Syriusz.
Flitwick, rozbawiony, pokręcił głową, rozkładając ręce.
- Nic na to nie mogę poradzić.
- Naprawdę nie możemy nic nie robić? - zapytał dziewczęcy głos z końca sali.
- Proszę pana, teraz będziemy mieli eliksiry... Bądź pan człowiek, no - rzucił Syriusz, ocierając policzek.
Opiekun Ravenclaw zachichotał cicho i krótko.
- Dzisiaj z wami i tak nic nie da się nic zrobić. Do dzwonka zostało dwadzieścia minut. Bądźcie cicho, dobrze? Spakujcie rzeczy i poczekajcie do końca zajęć.
Klasa zgodnie podziękowała, kiwając głowami lub mamrocząc słabo zrozumiałe wyrazy aprobaty.
Czoło Petera głucho łupnęło o ławkę.
- Strajk!
- Wywieśmy transparenty: "Precz ze słońcem!"
- James... Zamknij się.
Okularnik westchnął, opierając głowę na ręku.
- Jesteście nie do życia.
Spojrzał na Remusa, który nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w ścianę, mamrocząc coś do siebie cichutko.
- Profesorze, mamy udar!...
- ...przecież mówię, że nic mi nie jest! Zamyśliłem się tylko! - bronił się zaciekle głos Remusa, rozbrzmiewający w skrzydle szpitalnym i na korytarzu.
- Taki upał jest naprawdę niebezpieczny, mog...
- NIC MI NIE JEST!!! - ryknął rozzłoszczony wilkołak.
Lekko dysząc, odgarnął włosy z oczu.
- A teraz pozwoli pani, że sobie pójdę.
Odwrócił się i nie mówiąc już nic więcej, opuścił szkolny szpital i zszokowaną pielęgniarkę oraz jej asystentkę.
Za drzwiami wyszczerzył się do niego James.
- Bojowy Remi - zachichotał.
- Skończ, a nawet nie zaczynaj - odparł znużonym tonem trzynastoletni blondynek. - Nienawidzę takiej temperatury - mruknął.
Okularnik przeciągnął się solidnie, ruszając w stronę rozwidleń korytarzy, do wieży z zegarem.
- Dlaczego? - zapytał idącego obok Remusa.
Lunatyk westchnął, pocierając rękawem wilgotne czoło.
- Bo nie lubię i już. Źle na mnie działa. Rzadko w lato czuję się tak, jak teraz. Zwykle jest ze mną wszystko w porządku, ale dziś mam... Taki gorszy dzień.
Obaj nie powiedzieli nic więcej, wspinając się po wąskich kamiennych schodach i nasłuchując narastającego, rytmicznego tykania przeskakujących zegarowych zębatek.
Kiedy dotarli na miejsce, zgodnie osunęli się na drewnianą podłogę, wydając z siebie męczeński świst.
- Gorąco - stwierdził pogodnie James. Podniósł się, podchodząc do przezroczystej tarczy zegara, omijając ruchome jego części. Potarł rękawem szkło. - Jak sądzisz, na błoniach są niemal wszyscy Hogwartczycy, czy tylko trzy czwarte?
- Nie wiem i jakoś niezbyt mnie to obchodzi. - Ukrył twarz w dłoniach. - Zazdroszczę teraz Ślizgonom.
- Co? - James odwrócił się szybko w jego stronę.
- To. W lochach jest tak przyjemnie chłodno! Nie mogę... Ja idę. - Wstał, napierając rękoma na kolana.
- Gdzie? - spytał, patrząc, jak Remus schodzi po kolejnych stopniach.
- Do lochów. Tam, gdzie jest chłód.
Zagryzł wargę, nie zabierając dłoni z szyby. Poza oddalającymi się krokami Lupina słyszał tylko kolejne, rytmiczne stukania wskazówki zegara.
Tam, gdzie jest chłód...
Stuk, stuk, stuk.
Stukały podeszwy trzewików na brukowanym podłożu.
Ręka w dłoni matki, jej głos, jej zapach.
Bezpieczeństwo.
Po raz kolejny polizał śmietankową gałkę loda, trzymaną przez wafelek w wolnej rączce.
- Maamoo...? - zaczął nagle.
- Tak, kochanie? - odparła pogodnie jasnowłosa, młodziutka czarownica.
Zdawać by się mogło, że jest starszą siostrą tego chłopca o pucołowatych policzkach i lekko rudawych włosach.
Bo kto by pomyślał, że tak młoda dziewczyna może mieć swoje, tak duże dziecko?...
- Pójdziemy na hujśtawki? - zapytał.
- Pójdziemy - odparła z uśmiechem dziewczyna, patrząc na syna.
Peter pokazał jej w uśmiechu białe, mleczne ząbki.
- Peter, coś ty taki nieżywotny dzisiaj?
Głos Syriusza wyrwał go z zamyślenia.
Odwrócił do niego głowę, kierując nań zdziwione spojrzenie.
- Hm?
Czarny westchnął.
- Nic.
Przechylił się na plecy, podkładając ręce pod głowę. Zamknął szare oczy, wzdychając cicho.
Pettigrew wydął wargi, opuszczając wzrok na dłonie, bawiące się źdźbłami trawy, na której siedział. Oparł się plecami o pień buku, wsuwając do ust kolejną landrynkę.
- Syriusz...
- Mm?
- Twoja dziewczyna tu idzie...
- Co? - sapnął. Usiadł szybko, rozglądając się.
Peter roześmiał się.
- Kłamca - syknął Black, nie mogąc jednak powstrzymać lekkiego uśmiechu. - A właśnie. Dzięki, że mi o niej przypomniałeś.
Podniósł się i poczochrał przyjacielowi włosy.
- I wybacz, lecz muszę cię opuścić...
- Idź do niej - zaśmiał się Pettigrew. - Bo cię rzuci jeszcze...
Syriusz wytknął mu język, po czym odwrócił się i sprężystym krokiem ruszył w stronę dziewcząt z Gryffindoru, z którymi chodził do klasy.
- Cześć! - zawołał im nad głowami. Wzdrygnęły się, dwie zachichotały głupio.
Syriusz uniósł brwi.
- E... Tak jakby, widzieliście Jennifer?
Blondynka z zielonymi oczami posłała mu powłóczyste spojrzenie, wychylając się lekko do przodu.
- Powinna być w wieży albo w bibliotece.
Black usilnie myślał, czemu ona ma taką dziwną minę. I po co rozpięła ten guzik koszuli?...
Skinął głową, wsuwając ręce do kieszeni.
- Dzięki - rzucił wesołym, choć niezbyt pewnym tonem. - Cześć...
Na odchodne szarpnął rudy warkocz Evans.
- Ała! - pisnęła w odpowiedzi.
Parsknął w rękaw, kierując się do zamku.
Z ciężkim westchnieniem przegramolił się przez wejście pod portretem Grubej Damy. W bibliotece dziewczyny nie znalazł, więc idąc za radą jej koleżanek, ruszył w stronę wieży. Rozejrzał się po pokoju wspólnym, licząc na to, że ją zobaczy.
Przeliczył się jednak.
Wsunął dłonie do kieszeni, kierując kroki do drzwi dormitoriów dziewcząt. Otworzył je i postawił dwa dłuższe kroki, wchodząc na czwarty stopień.
- Co do...?! - zaczął, kiedy rozległo się głuche trąbnięcie, a schody pod jego stopami momentalnie zbiły się w bardzo śliską, pokrytą utartym lodem zjeżdżalnię.
Syriusz zjechał na sam dół, bezwładnie przewalając się na plecy.
- Cholera jasna! - krzyknął, rozzłoszczony. - Co to za chore jaja mają być?!
Podniósł się, chwytając za stłuczone łokcie.
Wściekły kopnął pierwszy, już normalny schodek, dodając sobie jeszcze ból wielkiego palca u nogi.
- Jeeen! - zawołał, podskakując na jednej nodze.
Zamknął oczy, opierając się o ścianę. O uszy obił mu się odgłos otwierania drzwi, a następnie stosunkowo ciężkie kroki.
- Po co chciałeś wejść na górę? - zapytała brunetka, kiedy już stanęła obok.
- Nie wiedziałem, że tak się zrobi! - odparł wojowniczym tonem Black.
- Nie drzyj się na mnie - burknęła dziewczyna.
Wydął wargi.
- Przepraszam.
- Ponawiam pytanie?
- Tak ciężko się domyślić? Chciałem się spotkać, to nie logiczne?
- Jak masz tak ze mną rozmawiać, to tracisz czas - stwierdziła.
- Jesteś cholernie miła, wiesz?
- Widać mam do tego powód - odrzekła, lekko się jeżąc. - Nic ci do tego, jaka jestem!
- Dobra, dobra. Nie gniewaj się. Masz ochotę na spacer?
- Nie - warknęła bezbarwnie. - W ten upał nigdzie się nie ruszę.
Czarny wywrócił oczami.
- Czy ja mówiłem o błoniach? Choćby i do lochów możemy pójść, tam zawsze jest chłodno.
Otaksowała go spojrzeniem.
- Dobra - mruknęła po dłuższej chwili.
Syriusz momentalnie się rozpromienił, szeroko uśmiechając. Bezceremonialnie złapał ją za rękę i szarpnął w kierunku wyjścia z salonu.
- Jesteś subtelny jak pocałunek z lokomotywą, wiesz? - sarknęła.
- A po co całować lokomotywę? - spytał, z przyzwyczajenia przesuwając się, by pierwsza mogła przejść przez dziurę pod portretem.
Wyszli na korytarz.
- Chodziło mi o to, że brak ci delikatności.
Zamrugał kilkakrotnie, unosząc brwi.
- Jestem chłopakiem, nie? Nie muszę być delikatny.
Westchnęła ciężko, kręcąc głową.
- Czy ty naprawdę sądzisz, że dziewczyna lubi być targana jak worek kartofli?
- Niezbyt...?
- No to może zwolnij, albo puść moją rękę, bo właśnie mnie tak za sobą ciągniesz.
- Przepraszam - powtórzył. Przerzedził krok, idąc wolniej. - Tak lepiej?
- Zdecydowanie.
- Ha. Robię postępy.
- Jak na takiego półgłówka, zadziwiające.
Syriusz spojrzał w bok. Nie rozumiał, z jakiego powodu Jennifer była taka... Niemiła.
Co robił źle?
Nie miał pojęcia.
* * *
Grzmot i błysk.
- Dacie wiarę, że jutro wracamy do domu? Dwa lata Hogwartu mamy już za sobą.
Syriusz oderwał policzek od szyby, by oprzeć na niej czoło.
Przymknął oczy, nie mając pomysłu na inteligentną odpowiedź na słowa Remusa.
James podłożył ręce pod głową.
- To okropne - stwierdził spokojnie. - Nie będziemy się regularnie widywać przez całe dwa miesiące!
- Z tym akurat najmniejszy problem. Od czego jest sieć Fiuu albo Błędny Rycerz? - wtrącił Peter znad sznurowania swoich trampek. - Gdybyśmy byli mugolami, faktycznie moglibyśmy mieć problem ze spotkaniem...
- Nie filozofuj już tam - mruknął Syriusz. Stuknął głową w okno. - Dlaczego dzisiaj musi lać?!
- Mówiłem, że będzie burza - stwierdził z nutką samozadowolenia w głosie Remus.
James roześmiał się.
- Mamy własny, przenośny barometr!
- Co mamy? - powtórzył Syriusz, kierując na niego wzrok.
- Barometr to jest takie mugolskie coś do mierzenia ciśnienia - odparł Pettigrew, tłumiąc potężne ziewnięcie.
Syriusz przybrał nadąsaną minę.
- A co ma ciśnienie do burzy? - spytał jękliwie.
- Jak ma padać, to ciśnienie rośnie albo spada, nie pamiętam dokładnie - wyjaśnił James. - Tak przynajmniej mówił dziadek...
- Mojego zawsze łamie w kościach przed burzą - stwierdził spokojnie Peter.
- A mnie lekko boli w skroniach. Nie znaczy to przecież, że jestem barometrem, no! - burknął Lunatyk, kładąc się na plecach.
Chłopcy zachichotali.
- Ależ skąd, Luniaczku... - powiedział Potter.
Uchylił się przed poduszką.
Syriusz podniósł się z parapetu, podchodząc do Lupina. Uklęknął nad nim, po czym bez namysłu zrobił sobie z niego materac.
Blondyn stęknął cicho, czując na sobie ciężar ciała Blacka. Objął go jednak rękami i nogami, wciskając nosek w zagięcie między jego szyją, a ramieniem.
- Em... Chłopaki? - zapytał niepewnie Peter.
- Mmmm... - zamruczał Remus. - Jak ty ładnie pachniesz... Umyłeś się?
Syriusz żachnął się gwałtownie.
- Zaraz będzie patologia! - wykrzyknął, zrywając się.
Gdyby nie był opleciony kończynami Lunatyka, bez problemu by wstał.
Przetoczyli się obaj po łóżku, spadając z jego brzegu.
- Teraz to ja jestem na górze! - zapiał radosny głos blondynka.
- A tylko spróbuj mnie tknąć - syknął Syriusz.
- Że proszę?! Myślisz, że tylko tobie się należy odrobina przyjemności z życia?!
James plasnął się otwartą dłonią w czoło.
- Chodź, Peter. Zostawmy ich samych. Coś czuję, że albo skończy się to obustronnym gwałtem... Albo Remus odpuści i pozwoli Blackowi przejąć inicjatywę.
Następnie rzucił się do drzwi, by uciec przed każącymi dłońmi i nogami jego przyjaciół.
Peter spokojnie wyszedł za nim, życząc pozostałej, szamoczącej się na podłodze połowie Huncwotów dobrej zabawy.
Kiedy razem z Jamesem stali za drzwiami, usłyszeli jeszcze tylko głośny jęk Blacka:
"Ała! W dupę się walnąłem! Booooooli!...".
Stłumili wybuch śmiechu.
Kiedy stanęli już na korytarzu czwartego piętra, James doznał klasyku olśnienia.
Chwycił się za głowę.
- Nie oddałem McGonagall tej karty z wypisanymi zajęciami, na które chcę chodzić!
- To chodźmy do niej? - zapytał Peter, unosząc brwi.
Wsunął ręce do kieszeni, uprzednio bezmyślnie czochrając i tak potargane włosy.
- Faktycznie, nie pomyślałem o tym. - Nabrał powietrza. - Panno McGooonagaaaal!... - zapiał, kierując się w stronę jej gabinetu. - Pani psooooooo-ooor!
- Dlaczego: "Panno"? - spytał Peter, idąc obok.
James na chwilę zaprzestał nawoływanie.
- Przecież nie jest mężatką. Masz u niej szansę, Pączusiu... Ahahahaha! - rzucił się do ucieczki przed również ubawionym Pettigrew.
Drzwi od wagonów zamknęły się samodzielnie. Zebrani w pociągu uczniowie wsłuchiwali się przez pierwsze chwile w coraz szybsze stukanie.
Stuk, stuk, stuk, stuk...
Wielka, czarna lokomotywa szarpnęła sznur wagonów, powoli ruszając ze stacji. z komina wydychała coraz większe kłęby białej pary.
Długi gwizd.
- Znajdźmy sobie jakiś przedział. Nie chce mi się stać przez całą drogę - stwierdził Syriusz.
- Chodźmy na koniec - zakomenderował James.
Kilka minut później znaleźli jeden całkowicie wolny przedział, niemal na samym końcu pociągu. Wcisnęli się do środka, kufry ustawiając na środku. Zamknęli drzwi, po czym opadli ciężko na ławki.
Podobnie jak rok wcześniej, humory niezbyt im dopisywały.
- Może partyjkę Eksplodującego Durnia? - spytał po dłuższej chwili milczenia Peter.
Odpowiedziała mu cisza.
- Nie było pytania... - mruknął.
Huncwoci westchnęli ciężko, a następnie zanieśli się dzikim śmiechem.
35. Wpis trzydziesty piąty. Wpis dodał jeden z Huncwotów Niedziela, 09 Maja, 2010, 19:03
Notka może niezbyt długa oraz mało ambitna, ale jest. Chciałam jak najszybciej coś tu dodać, bo tu dość długo już nie ma wpisu.
Więc jestem, ła, ha, ha.
- Czołem, łobuziaku! - Andromeda stanęła za mną, zaczynając mnie zawzięcie czochrać.
Prychnąłem, opędzając się od niej rękami.
- Co, już wiesz, że dostałem od ojca za tego Snape'a, co?
Dziewczyna pokiwała głową z poważną miną. Nie nadaje się do udawania powagi. Wszystko zawsze psują jej wiecznie roześmiane oczy.
Westchnąłem ciężko, opierając rękę na stole, a podbródek na dłoni.
- Syriuszu, zabierz proszę łokieć ze stołu! - zawołała ciotka Druella.
Miałem ochotę odpowiedzieć jej, żeby spadała, ale jednak tylko posłusznie zabrałem owy nieszczęsny łokieć.
Lanie i tak już dostałem, nie miałem ochoty na następne. Niby ojciec walnął mnie tym pasem po tyłku tylko pięć razy, ale jego ciosy są naprawdę mocne...
- Nieładnie... Nie znasz etykiety? - zapytała, grożąc mi palcem. - No, no, Syriuszu... Przepraszam, znaczy, paniczu Black.
- Przestań - burknąłem.
Zachichotała.
- Chodź na górę, chcę ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym.
Podniosłem się, odsuwając ze zgrzytem krzesło.
- Zachowuj się! - ofuknął mnie Cygnus.
Zacisnąłem dłonie w pięści, przygryzając sobie język, żeby nie odpysknąć. Czy oni wszyscy gapią się tylko na mnie?!
Łypnąłem wilkiem na wyprężonego jak struna, przylizanego Regulusa.
Nie kłócimy się, ale to nie znaczy, że umiemy się dogadać.
Jak ja nie znoszę tych ludzi! Z każdym razem, kiedy jestem zmuszony do ich towarzystwa, coraz bardziej mam chęć kazać im się odwalić. Przecież to nienormalne, żeby nie można było się swobodnie zachowywać!
I jeszcze ten wiecznie lecący w tle Beethoven... Nie no, mam dość. Jeszcze dodać, że uczą mnie grać to COŚ na fortepianie! Argh... Chociaż "Toccata d-moll" mi się nawet podoba. Jest taka... "Mroczna".
Wyszedłem więc z Andromedą z salonu, kierując kroki na trzecie piętro, do swojego pokoju. gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, rozejrzałem się po wnętrzu. Zwykłe przyzwyczajenie, nic więcej. Mało tego, odczułem dziką chęć zmienienia w nim czegoś.
Poczekam do wakacji, pomyślałem.
- Czymże to chcesz zaprzątnąć mą głowę?
- Tylko obiecaj, że nikomu nie powiesz - poprosiła, patrząc na mnie roziskrzonymi oczami.
Uniosłem obie dłonie w obronnym geście.
- A niech mnie woń mego domowego skrzata broni! O co chodzi?
- Muszę uciec z domu. Najpewniej zrobię to jutro w nocy.
Aż usiadłem.
- Czemu?
- Bo... Jejku, jakie to głupie i nieodpowiedzialne!
Skrzywiłem się.
- Niewiele ci brakuje do "mowy" naszych rodziców, wiesz?
- Wiem.
Milczeliśmy chwilę oboje.
- A czemu musisz uciec?
- Bo biorę ślub.
- Co?!
- No to! Nie mam innego wyjścia. Rodzice małżeństwo z Tedem może mi darują, jak i tę ucieczkę... Ale za dziecko by mnie chyba zabili.
Uniosłem brwi.
- A co dziecko ma do tego?
- To, że jestem w ciąży?
Zakrztusiłem się powietrzem.
- Że co?! Z kim?!
Plasnęła się otwartą dłonią w czoło.
- Cholera, Syriuszu! Właśnie dlatego muszę wyjść za Teda! Teddy już wie, ucieszył się... - Uśmiechnęła się, zerkając w okno. - To już drugi miesiąc. Właściwie wszystko jest już gotowe.... Musimy jedynie iść do Ministerstwa.
- I od tego będziesz mieć dziecko?
- Ech, Syri... Jak tobie wszystko trzeba po kolei tłumaczyć! Mam dziewiętnaście lat i dwa lata temu skończyłam Hogwart.
- No wiem.
- No i mieszkam z rodzicami, ale nieraz nocuję poza domem, u swojego chłopaka. Rodzice przełknęli to, że jestem z "mugolakiem", ale wiem, że na pewno szukają mi męża w tak zwanym naszym gronie. No i chyba wiesz, co nieraz robią dorośli? Przeważnie nocą.
- Śpią ze sobą?
- Nazwijmy to tak. W szczegóły nie będę się wdawać. Jeszcze dwa, trzy lata i sam będziesz wiedział, o co dokładnie chodzi.
Nachmurzyłem się, krzyżując ręce na piersi. A jak ja chcę teraz?
- No więc będziesz miała dziecko, tak? Wy oboje? I dlatego się żenicie ze sobą?
- Jak już, to bierzemy ślub, kochanie. I tak, właśnie dlatego.
Westchnęła ciężko, kryjąc twarz w dłoniach.
Milczałem dłuższą chwilę, słuchając, jak ciężko oddycha. Pewnie starała się nie rozpłakać. Zrobiłem zdziwioną minę.
- No i dlatego płaczesz? Chyba powinnaś się cieszyć, no nie?
- Niby tak - burknęła podłamującym się głosem. - Ale zwyczajnie się boję! Przecież to mimo wszystko są moi rodzice! Nigdy kobietą nie byłeś i nie będziesz, więc nie wiesz, jak to jest nosić w sobie kogoś, kogo z góry najważniejsze dla ciebie osoby znienawidzą!
Spojrzałem w podłogę. No tak. Doduś nigdy nie umiała nie przejmować się takimi rzeczami.
Podniosłem się ze swojego miejsca, podchodząc. Przytuliłem się do jej pleców, tak jak zawsze to robiłem, kiedy smutny byłem ja, albo ona.
- A ja się cieszę - stwierdziłem.
Spojrzała na mnie, odchylając głowę.
- Będę wujkiem - stwierdziłem, po czym zacząłem głupio chichotać. Pocałowałem ją w policzek.
- Nie, nie smuć się. Jak będzie trzeba, to mnie ściągnij jakoś, będę cię i widłami bronił, kuzyneczko.
Parsknęła, wyraźnie już podniesiona na duchu.
- Dziękuję, Syriuszu.
Skłoniłem się nisko, tak "etykietowo", powiem.
Syriusz przerwał czytanie, odkładając pamiętnik na kolana. Westchnął ciężko, przecierając oczy. Wsunął gruby notes pod materac swojego łóżka, słysząc kroki na schodach.
- Cześć! - krzyknął Remus, wpadając do środka.
- Cześć - odparł szarooki, uśmiechając się. Usiadł na poduszce.
- I jak święta? - spytał blondynek, kończąc taszczyć kufer na swoje miejsce.
- Aktualnie czekam na wieści od kuzynki.
- Dobre czy złe?
- Wolałbym dobre. Musiała uciekać z domu i wziąć ślub w tajemnicy przed rodzicami.
Remus posadził się na kufrze, unosząc brwi.
- Gdyż?
- Gdyż jest w ciąży ze swoim chłopakiem. A on jest z mugolskiej rodziny.
Lunatyk przechylił głowę.
- To trzeba zaraz z domu się zawijać i żenić w tajemnicy? Przecież jej rodzice powinni się ucieszyć!
Syriusz parsknął.
- Naprawdę, chciałbym, żeby moja rodzina miała twoje podejście do tego typu spraw, Luniaczku. Już nawet nie chodzi o to, że zachowała się jak zwykłe uliczne pannisko i poszła z kimś do łóżka przed ślubem. Nic by jej nie zrobili, gdyby to był na przykład syn Chrouchów, Lestrange'ów czy kogoś w ten deseń.
- Ach - mruknął blondynek. - Więc to pochodzenie stanowi tu problem?
Syriusz skinął głową z kwaśną miną.
- No, to Syri - powiedział dziarsko Remus. - Jak będziesz do niej pisał, to pozdrów ją ode mnie.
Black wyszczerzył zęby.
- Na pewno.
- James kiedy wróci? - zmienił temat Lunatyk.
Black spojrzał na zegarek. Zerwał się.
- Cholera! Pewnie są już z Peterem na stacji w Hogsmeade!
- No, to do sali wejściowej! - krzyknął blondynek.
Obaj rzucili się do drzwi. Przepychali się chwilę w progu, śmiejąc się i szarpiąc po przyjacielsku. W pewnym momencie Syriusz odsunął się, wykonując zapraszający półukłon w stronę wyjścia.
- Panie przodem, madame.
Remus, zamiast się obrażać, jedynie zadarł głowę do góry, wystawiając do Syriusza dłoń.
Starając się nie roześmiać, Black musnął wargami wierzch owej drobnej ręki.
Lunatyk przyłożył rękę do piersi, po czym balansując biodrami, opuścił dormitorium.
Syriusz wyszedł za nim.
- A tobie jak minęły święta? - spytał Syriusz, kiedy szli korytarzem piątego piętra.
- Nieźle. Nie wiem tylko, dlaczego kosmici na początku zawsze zaczynali ryczeć, kiedy któregoś brałem na ręce.
- Bo ty złą mocą jesteś - parsknął Black.
- Ja? Jam biały rycerz, zabijający wredne smoki i ratujący księżniczki z opresji!
Roześmiali się.
- Pewnie cię nie pamiętały, albo coś.
- Być może. A jak się zmieniły! Wcześniej takie chude były, a teraz to takie dwa, tłuste bąble! Pierwszy raz jak usłyszałem jakieś bulgotanie i skrzeki to się przestraszyłem, a dopiero po chwili do mnie dotarło, że pewnie te gluty coś do siebie mówią. Ciekawe tylko, czy ot tak sobie piszczą, czy naprawdę rozumieją, co się do nich mówi... Jo jakie ma już włosy... Za uszy normalnie. Jacob to ma prawie całkiem łysą czaszkę. W ogóle jakiś dziwny, oczy ma takie wielkie, że się zląc można. Raz siedzę na podłodze w salonie i układam puzzle, nie kontaktując ze światem. Nagle tylko słyszę: "Głu-gu". Mało z gaci nie wyskoczyłem, jeszcze mnie coś za ramię złapało.
- Mama?
- Uhm. Wcisnęła mi Jo. W ogóle ją bardziej lubię, nie wiem, czemu. Mamy nawet podobne inicjały! Ona z drugiego imienia. R.L! - powiedział, po czym parsknął. - Taka fajna jest... Postawiłem ja na podłodze. Znaczy, postawiłem... Trzymałem tak, że nóżki dotykały jej podłogi. Gapi się na mnie i przebiera nogami. Jeszcze coś gadała po swojemu roześmiana. A ten ząb... - zachichotał do siebie.
- A tak ich nie lubiłeś - przypomniał Syriusz.
Remus uśmiechnął się lekko.
- Wiem. Ale jak na nie patrzę, to nie potrafię się zmusić do żadnej złej myśli na ich temat. No, może kiedy budzę się w nocy i słyszę, jak się drą... To wtedy jestem zły. Ooooj, barrrdzo zły...
- I co robisz? - zapytał wesoło Syriusz, popychając drzwi od sali wejściowej.
Wyszli na dziedziniec.
- Warczę w poduszkę.
Obaj wybuchli głośnym śmiechem.
- Chłoopcy! - zawył Potter, doskakując do nich zza fontanny. Rzucił się obojgu na szyję, aż stuknęli się głowami.
James i Syriusz przestali się śmiać w mgnieniu oka, ową energię przeznaczając na odwzajemnienie uścisku Jamesa.
- Peter już idzie! - zawołał rozentuzjazmowany James.
Jak na zawołanie, kilka metrów od nich pojawił się Peter, wchodząc na dziedziniec.
Pozostała część Huncwotów, matematycznie trzy czwarte, puścili się zdziwieni. Popatrzyli na Perera, wysoko unosząc brwi.
- Co jest?
- Matka się żeni. Czternastego lutego.
- Ou. Romantyczna data - zauważył Remus.
Peter prychnął, ze złością ściągając czapkę z lekko rudawych włosów.
- To będą najdurniejsze walentynki w moim życiu! - zawołał zdenerwowany.
- No, ale nie ma co stać w zimnie. Opowiemy sobie swoje smutki na górze - zakomenderował James, wskazując palcem niebo. - W naszej wieży. Zresztą, inni uczniowie idą. Poza tym, mam coś ze sobą...
- Nie no, to już jest ewidentne przegięcie. Znowu chcecie pić?! - zawołał Lunatyk.
- Remi, zauważ, że tym razem to tylko trzy butelki na cztery głowy. Nie wykręcisz się tym razem, Damo - parsknął Syriusz.
James klepnął go w plecy.
- Popieram!
- Nigdy nie piłem - mruknął blondynek, siadając na kufrze.
- No, to, Słońce, wypijesz z nami pierwszy raz!
Godzinę później, butelki przyniesione przez Jamesa leżały pod łóżkiem, a chłopcy siedzieli na swoich posłaniach, rozmawiając. Żaden z nich nie czuł się jakoś inaczej, poza ogarniającą ich, dość dziwną wesołością.
- Nie, ja muszę do łazienki, z pół godziny już trzymam! - poskarżył się głośno Remus.
- Idź, broni ci ktoś? - zapytał Peter, nagle stwierdzając, że mu ciężko, więc przechylił się na plecy, padając na nie płasko. Usta same rozciągnęły mu się w uśmiechu, kiedy przez chwilę miał wrażenie, że znajduje się w tunelu czasowym, lecąc do tyłu. Zamknął oczy, wzdychając cicho.
- Nie - przyznał Luniaczek. Wstał zamaszyście.
Świat zawirował, przez chwilę nie wiedział, gdzie góra, a gdzie dół. Mając wrażenie, że nie czuje odczuć swoich, tylko w jakiś sposób osoby stojącej obok, zachwiał się, rozkładając ręce i stając na jednej nodze. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Przewrócił się, nie do końca będąc tego świadomym.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytał James, wychylając się ze swojego łóżka.
- O ja! - zawołał rozłożony na podłodze blondynek. Dopiero teraz dotarło do niego, że już nie stoi, a leży.
Syriusz wybuchł śmiechem.
- A mówiłem, że będzie super? - zapytał roześmiany, unosząc się na łokciach. Zamachał zgiętymi w kolanach nogami, wsuwając do ust czekoladkę z cherry.
- Mówiłeś - przyznał. Z cichym stękiem przekręcił się na brzuch, z trudem unosząc na łokcie i kolana. - Na nogach nie dotrę! - jęknął.
James parsknął śmiechem.
- Trudno! Zasuwaj, jak możesz.
- Tylko żebyś go chwycić zdołał! - wydusił Peter, na co reszta ryknęła głośnym śmiechem, z Lunatykiem na czele.
- Zrobię co w mojej mocy! - odkrzyknął, chwiejąc się.
Syriusz zaśmiał się w pościel.
- No i do sedesu traw.
- Dla ciebie wszystko, Łapciu!
- Hę? Czemu niby "łapciu"? - zdziwił się Potter, nim zdążył to zrobić Syriusz.
- Te łapki na szybie mi się przypomniały. No, ale nie ważne. Trzymajcie kciuki, plemię! Muszę sikuuu...
Słuchając śmiechu przyjaciół, brzmiących jakby on siedział pod wodą, nie bez trudu, raz po raz zbaczając z drogi obranej do kołyszących się drzwi, doczołgał prawie że się do łazienki.
- Uch, chłopaki... Ja odpadam. Spać mi się chce - stwierdził Pettigrew z ciężkim westchnieniem. - I głowa zaczyna mnie boleć!
- A mi strasznie chce się pić... - westchnął James. Rozejrzał się, chwiejąc na przyklęku. - O! - burknął, dostrzegając dzbanek z wodą. Wychylił się w jego stronę, ale jego ręka przecięła jedynie powietrze, kiedy machnął nią, próbując chwycić ucho naczynia. Mruknął coś niezadowolony, przysuwając się bliżej. Złapał dzban i przygarnął go do siebie, podkulając jedną nogę. Przyłożył brzeg szklanego wyrobu do ust, stanowczo zbyt gwałtownie wyginając jego dno do góry. Zawarta w nim ciecz wylała się z chluśnięciem na okularnika, co sprawiło, że Black prawie udusił się kolejną czekoladką, kiedy zaczął się śmiać. Kaszlał i parskał w otwartą dłoń, dopóki nie odkrztusił nieszczęsnego łakocia. Popatrzył na niego z obojętną miną, po czym zaczął zlizywać czekoladę ze swej skóry.
Peter nie otworzył oczu ani nie spojrzał w ich stronę, kiedy rozległ się ryk - bo zwykłym śmiechem tego nazwać raczej się nie dało - Blacka. Leżał z rozłożonymi rękami, czując tak przyjemną niemoc w ciele. Uśmiechnął się lekko do siebie, mając lekkie zawroty głowy i brak chęci do czegokolwiek. Jedyne na co nabierał ochoty, to na sen.
Nie odmawiał sobie długo.
Pić! - to była pierwsza myśl po przebudzeniu. Mało tego, prawie nie pamiętałem wczorajszego wieczora. Mamo i tato w Szkocji - schodzę na złą drogę. Szczerze liczę, że nigdy się o tym nie dowiecie...
Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie spałem na swoim łóżku, tylko dziwnie przewieszony przez kufer Petera. Zsunąłem się z niego na podłogę, wydając z siebie cichy świst.
Podniosłem się i nadal lekko chwiejąc, podszedłem do swojej szafki nocnej i wyjąłem z niej butelkę soku. Wypiłem wszystko za jednym zamachem. Wszystko zdawało się być lekko zamulone i jakby wolniejsze.
- Więc tak wygląda kac? - zapytałem cicho samego siebie, przechylając głowę. Nie bolała mnie wcale. No, może jednak odrobinę w skroniach...
Odgarnąłem za uszy długie, miodowe włosy, wzdychając głośno. Z niezadowoleniem stwierdziłem, że ból głowy nasilił się nieco, rozgarniając aż na czoło.
- Uch... - stęknąłem, po czym przewróciłem się na plecy, kładąc się już na swoim łóżku.
Odpowiedział mi cichy pomruk Czarnego.
Jeśli tak kończy się każe spotkanie z alkoholem, to po co w ogóle go pić?...
Przyłożyłem swoje chłodne palce do skroni.
* * *
Śmiechy i krzyki dzieci. Odgłosy biegania, tupania, jakieś niezrozumiale wykrzyczane wyrazy.
Własny, cichy oddech w uszach i nieustający ból lewego ramienia. Piecze, strasznie piecze.
Łzy skapują z łagodnego łuku podbródka na puchatą wykładzinę świetlicy.
Usiadł w kąciku, za szafą, pod samą ścianą. Z tego miejsca nie było go widać.
Podciąga nóżki do piersi, obejmując je ramionami. Chwyta się za kostki, czoło opierając na kolanach. Wzdycha cicho, ze smutkiem.
Niedaleko niego spadł drewniany klocek, rzucony przez jedno z dzieci.
Nie poruszył się. Bo po co?
Dalej siedział, niewzruszenie nie pozwalając sobie na najmniejsze drgnięcie.
Bolało go to ramię.
Podniósł głowę, kierując na przeciwległą ścianę spojrzenie dziwnych, nienaturalnie żółtych oczu. Nie wyglądały zachęcająco. Takie... odpychające, wręcz obrzydliwe. I ten ciągle pretensjonalny, zbuntowany wzrok nieustannie rozzłoszczonego dziecka. Ich wyraz nie zmieniał się, mimo iż buzia pozostawała spokojna.
Nic nie był w stanie nic na to poradzić. Naprawdę by chciał bawić się i budować zamki z klocków razem z innymi dziećmi, ale one wyraźnie go unikały. A jak już przebywały w jego towarzystwie, to ciągle robiąc mu na złość.
Nie chciał atakować, czy bezsensownie się rzucać. Przecież nie był u siebie, to nie był jego dom.
A walka na terenie wroga przeważnie kończy się porażką.
A on bał się przegrać. Wiedział, że jest sam, bo oni wszyscy byli inni od niego. Nie, chwilę... Oni wszyscy byli tacy sami, normalni. To on był dziwny.
Sam to wiedział.
A przed innymi trzeba się bronić. Oni bronili się przed nim, a on bronił się przed nimi.
I koło się zamyka.
Był sam.
Mimo iż miał dopiero pięć lat, już był sam.
I prawdopodobnie tak miało być już zawsze.
* * *
Pięcioletni chłopiec z czarnymi, nigdy nie obcinanymi włoskami idealnie zaczesanymi do tyłu stał na palcach przy oknie, jedną rączką trzymając się parapetu, a w drugiej ściskając porcelanowego rumaka. Wyglądał niecierpliwie na ulicę, czekając na przybycie swojego ulubionego wuja oraz starszych kuzynek. Były dla niego jak siostry, wszystkie trzy.
Bella miała czternaście lat, Andromeda jedenaście, a Narcyza dziesięć.
- Maamo! - zawołał, odwracając głowę w stronę drzwi. - Kiedy oni wreszcie przyjadą?!
- Niedługo, synku - odparła jego matka, Walburga, wchodząc do pokoju z czteroletnim Regulusem na rękach. Postawiła swojego młodszego syna na podłodze, gładząc go jeszcze na odchodne po ciemnych kosmykach na głowie.
Syriusz odsunął się od okna, odwracając w stronę biegnącego do niego brata. Odstawił konika na podłodze, po czym rozłożył ręce, rzucając się na Regulusa całym ciałem. Chłopcy z dzikim krzykiem padli na podłogę, zaczynając się czochrać i piszczeć, wierzgając nóżkami.
- No, tylko bez szaleństw! - zawołała kobieta, machając im palcem. - Nina! - rzuciła w przestrzeń, a u jej stóp z trzaskiem pojawiła się stara już skrzatka, kłaniając się nisko. - Przypilnuj ich - rzuciła krótko, po czym wyszła.
Nina popatrzyła na leżących na podłodze w milczeniu braci.
- Poszła już? - zapytał Syriusz konspiracyjnym szeptem, przykładając skulone dłonie do kącików ust.
Skrzatka potulnie skinęła głową.
- Uaaa! - zawył w odpowiedzi szarooki, wyrzucając ręce służące za lepkie macki nad głowę, ponownie atakując brata. Regulus zawył, zasłaniając twarz dłońmi.
- Miało być cicho! - huknął głos Oriona z sąsiedniego pokoju.
Chłopcy ponownie zamilkli. Po krótkiej chwili spokoju, Syriusz zaczął w milczeniu kąsać ramię brata, na co ten zalał się łzami. Psia Gwiazda odsunęła się z niezadowoloną miną.
- Z tobą, to nie ma zabawy! - oświadczył święcie urażony, przeciągając głoski. Krzyżując rączki na piersi, zadzierając głowę, odszedł w stronę kanapy, tupiąc głośno. Wgramolił się na mebel, obrażony chowając twarz w skórzanym obiciu leżanki.
Bardzo podobał mu się ten materiał. Był tak miękki i delikatny, w dotyku nawet przypominał wodę. Kiedy kładło się na nim koc albo dużą poduszkę, można było udawać, że jest się piratem poszukującym skarbów, płynącym dzielnie na swym niezatapialnym okręcie. Często się tak bawił. Stawał na owym kocu, unosząc nad głowę niewidzialną szpadę i krzyczał, że widać już ląd, że ta ziemia na pewno będzie jego.
Że zdobędzie wszystkie jej skarby.
Kiedy dobijał do brzegu, zeskakiwał z kanapy i "walczył" z Regulusem bronią, która tak naprawdę nie istniała. Kiedy już pokonał swojego młodszego brata, grającego rolę nieprzyjaznego tubylca, związywał go "na niby" i ładował na swą łódź. Potem zabierał szkatułkę z kredensu, w której był ozdobny, złoty naszyjnik z czerwonym kamieniem i zabierał ze sobą. Następnie, kiedy już wrócił do swej rodzinnej wyspy, biegł do matki, by jej owy naszyjnik podarować.
Często się tak bawił.
Nie rzadko dawał go również Andromedzie. Albo zwyczajnie bawił się również z nią, wymyślając sobie świat z baśni. Meble stawały się zaczarowanymi, mówiącymi drzewami znającymi prawdę tego świata, dywan był wysoką po kolana trawą, zasłony stanowiły ciężkie do przebycia chaszcze, a Andromeda księżniczką uratowaną przez niego przed smokiem i trollami. W nagrodę za ratunek zawsze dostawał całusa w policzek.
Czasem miał do uratowania dwie królewny. Miał wtedy za towarzyszkę Bellatriks. Razem przedzierali się przez nieprzyjazne puszcze i dzikie stepy, stawiając czoła wyimaginowanemu upałowi oraz zagrożeniom istniejącym tylko w ich dziecięcej wyobraźni.
* * *
Zielona trawa, błękitne niebo oraz białe, białe chmury.
Wszystko takie soczyste i z głębią.
Wiosna.
- W końcu połowa kwietnia! - westchnął Remus, upuszczając torbę na trawę. Usiadł na murawie, podpierając się rękami za plecami. - Jeszcze tylko maj, czerwiec i do domu.
- No, to jakby powiedzieć, dwie klasy mamy za sobą - stwierdził James, sadowiąc się obok.
Remus uśmiechnął się szeroko.
- Ha, ha. Rodzice nie będą mogli mi już mówić, że jestem mały! Przecież mam już trzynaście lat. To coś znaczy, nie?
- Mi do trzynastki brakuje jeszcze trochę, ale popieram - powiedział wesoło Syriusz. Usiadł po turecku obok nich, kierując spojrzenie na taflę jeziora.
Promienie słońca tańczyły na niemarszczonej dmuchnięciami wiatru gładzi, rażąc w oczy i mieniąc się zachęcającą jasnością.
- Wlazłbym do tego niego - stwierdził Peter.
- O, to zaraz pójdziemy! - zakomenderował Potter.
- O nie! - zawołał ze śmiechem Remus. - Jak ostatnio przystałem na twój genialny pomysł, to cały dzień chodziłem nieprzytomny!
- A poza tym, ominęła cię świetna zabawa, bo później nie pisałeś się zasadniczo na nic - zauważył Black. Wyjął z torby paczkę paluszków.
- No pewnie, uniknięcie o włos wypadnięcia z wieży astronomicznej to rzeczywiście świetna atrakcja.
- Och, tak! - przytaknął żywo Syriusz, wymachując przekąską trzymaną w dłoni. - To było świetne! Ten zastrzyk adrenaliny, no coś pięknego!
Remus pokręcił z uśmiechem głową. Klepnął Syriusza w ramię.
- Ech, Syri, nasze światopoglądy znacznie się różnią, tak samo jak i spojrzenie na to, co jest piękne. Dla ciebie wspaniałe są żywe emocje pod wpływem nagłej sytuacji, nierzadko niebezpiecznej. Ja wolę wyłożyć się w trawie z rękami pod głową i patrzeć, jak chmury ganiają się po niebie. Całe dnie mógłbym tak smakować kolejne chwile, patrząc w ten masyw soczystego błękitu - powiedział spokojnie, bawiąc się swoimi włosami rozwiewanymi przez czeszący je lekko wiatr.
Black przechylił głowę.
- Nie twierdzę, że nie lubię się tak wywalić, jak ty. Nie chciałbyś czasem zaszaleć, tak naprawdę? Wiesz, zrobić czegoś niebezpiecznego, od czego czujesz, jak balansujesz na swej linie życia, z sercem krzyczącym ci w piersi?
- Chłopaki, mam dla was radę. Przestańcie czytać Shakespeare'a - wciął się Potter. Potrząsnął głową. - Jak was teraz słucham, to boję się o swój intelekt.
- Intelekt - parsknął Peter.
Nim Potter zdążył wziąć zamach, by go przywołać do porządku lekkim ciosem, Remus klasnął w dłonie, wybuchając śmiechem.
- O tuż to, Peter! O tuż to!
Syriusz również się roześmiał.
- Milcz, Potter - fuknął Lupin, kiedy opanował radość. - Tu rozmawiają stworzenia inteligentne.
James i Peter wymienili spojrzenia.
- Niech sobie gruchają, gołąbeczki. Chodź do wody - stwierdził okularnik.
Obaj zerwali się, nim pozostała dwójka Huncwotów zdążyła się na nich rzucić. Puścili się biegiem w dół zbocza, pozwalając, by głośny, radosny okrzyk wyrwał się z ich młodych piersi.
- A więc - podjął na nowo Remus, zakładając nogę na nogę i przybierając wyniosłą minkę. - Wracając do tematu... To owszem, również chwilami miewam takie chęci, chociaż zwyczajnie boję się o swoje życie, Syri.
Black roześmiał się.
- Nie przesadzajmy. Nie zginiesz, jeśli pozwolisz sobie na trochę szaleństwa. Mi w domu ostro tego zakazują, chociaż popuszczali mnie i bratu, kiedy byliśmy mali.
- A do kiedy byliście mali? - zapytał blondynek.
- Cóż... U nas jest taka jakby tradycja, że syn "dorasta" do nauki tak zwanego godnego zachowania wraz z siódmymi urodzinami. Na znak tego pierwszy raz w jego życiu obcina mu się włosy.
- Co? - parsknął Remus. - Że dopiero jak stuknąłeś siódemkę, to ci przycięli te frędzle?
Szarooki pokiwał głową.
- To była rzeź. Najpierw trzeba było mnie złapać.
Obaj wybuchli głośnym śmiechem.
- Ja właśnie od siódmego zapuszczam. Wtedy to pierwszy raz powiedziałem tacie: "Nie!", kiedy chcieli mnie zabrać do fryzjera. No i tak zostało do dziś... - Westchnął, udając rozrzewienie do swych wspomnień. - Tylko dwa razy pozwoliłem je podciąć.
- No i masz - zachichotał Syriusz, ściągając gumkę z jasnych pasm włosów Lupina. Rozsypały się lśniącą w słońcu złotem kaskadą po ramionach i części pleców. - Jeszcze z dziesięć centymetrów i będą do łokcia!
- Ma to swoje dobre strony. Założę spódniczkę, podkolanówki i mogę udawać dziewczynkę...
Znów zaczęli się śmiać. Położyli się na plecach. Swoimi ciałami utworzyli ciągłą, ponad dwumetrową linię, jeden drugiemu kładąc głowę na ramię. Lunatyk urwał kilka ździebeł trawy, zaczynając je obracać w palcach. Obaj spojrzeli w górę, na niebo i słońce przedzierające się przez konary buku, pod którym byli. Na wszystkich gałązkach były już małe listki.
- Ładnie - stwierdził Lupin. - Tylko zdjęcie ustrzelić.
- To strzelaj - mruknął Syriusz, zamykając oczy.
Remus ułożył pistoleciki z dłoni, celując w górę. Udał dwa odgłosy strzału, po czym zdmuchnął palce.
- I po sprawie.
Black jedynie uśmiechnął się leniwie.
- Ooouch, moje słodkie kochanie! przykrzyło ci się beze mnie? - usłyszał nagle nad sobą, po czym poczuł strumień wody na twarzy.
Krzyknął, zrywając się.
- Potter, debilu!
- Te codzienne przyjemności, dla których warto żyć! - zarechotał okularnik.
- Zabiję!!!
Rzucił się za nim w pogoń.
Remus podniósł się do pozycji siedzącej, rozcierając tył głowy.
- Nie kąpiecie się? - spytał Petera.
Chłopak pokręcił głową.
- Za zimna woda.
Spojrzeli ws stronę jeziora. Z odległości, w której się znajdowali, dokładnie widzieli, jak James wbiega do jeziora, a Syriusz za nim. Chwile później, zamiast swoich przyjaciół, widzieli jedynie wzburzoną wodę.
Peter westchnął ciężko.
Remus wstał szybko.
- Czekajcie na mnie! - ryknął, bez namysłu puszczając się biegiem w dół zbocza.
Ledwo nadążał przebierać nogami, kiedy zbiegał z tej dość stromej góry. Woda była coraz bliżej i bliżej, grunt uciekał mu spod nóg, pęd wiatru rozwiewał mu włosy. Nie myśląc zbytnio, co robi, rozłożył ręce, odchylając głowę do tyłu. Zaczął się głośno śmiać.
Po prostu nie mógł się powstrzymać.
Ohayo. Wpis dodał jeden z Huncwotów Piątek, 07 Maja, 2010, 22:44
Powtórzę to, co u Remusa, żeby nie było:
Chciałam bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy do tej pory czytali to, co napisałam. Dziękuję za wszystkie komentarze, wszystkie słowa krytyki oraz pochwały. Również jestem wdzięczna za to, że w ogóle mnie tu przyjęto. Niesamowicie rozwinęłam się pisząc tutaj.
Szczególnie chciałam podziękować całemu temu portalowi, za to, że ciągle ma ze sobą jakieś problemy!
Cholera! Normalnie myslałam że wyrzucę komputer przez okno!
Miałam napisane dwie notki. Tutaj i do Remuska. Co ja gadam! Trzy! Jeszcze na mojego bloga.
Wchodzę na panel admina i CO widzę?! Znowu jakieś jazdy z serwerem!
Pomyslałam sobie, nie szkodzi, dodam jutro, czy tam za kilka dni, kiedy wszystko już będzie dobrze.
Więc chciałam podziękować, że przez te ciągłe "ale" serwera, straciłam wszystkie te wpisy. Może przesadzam, no ale, bez jaj, gdyby nie było ze stroną problemów, to notki siedziałyby tu już chyba tydzień. A tak, skoro musiałam czekać, a w międzyczasie padł mi dysk główny mojego notebooka, weszłam tu właściwie z niczym.
Wściekłam się, nie powiem. Miałam i nadal mam dziką ochotę pierdol.ąć to wszystko w cholerę i dać sobie z tym spokój.
Dziękuję za cierpliwośc. Jak już mówiłam, rozwinęłam się tu. Na tym nie poprzestanę
Trochę cierpliwości, postaram się w miarę możliwości szybko coś dodać.
No i zmiana planów. Omijam tu święta, bo naprawdę, w maju jakoś nie mam nastroju do opisywania gwiazdki... No, może będzie jeden dość istotny urywek.
Więc do napisania.
34. Trochę tego, trochę tamtego. Wpis dodał jeden z Huncwotów Piątek, 09 Kwietnia, 2010, 21:55
Przepraszam, że tutaj notki dodaję tak... No cóż. Rzadko. Nie moja wina, że łatwiej pisze mi się wpisy w pierwszej osobie. Jakoś tak mam.
Na opowiadanie muszę mieć pomysł.
I mam ogólnie: Co powiecie na to, bym nie pisała jedynie tego, co dzieje się u nich teraz, lecz też to, co było kiedyś? Tak kiedy byli dziećmi, zanim się znali?
Z dedykacją dla Łapomanki.
Czwartkowy wieczór.
Niska dziewczyna z kasztanowymi włosami i zielonymi oczami stała w zapełnionym uczniami pokoju wspólnym przed Huncwotami, zaciskając małe dłonie w pięści. Była wściekła.
Strasznie, strasznie wściekła.
Mierzyła ich rozjuszona wzrokiem, nie mogąc pojąć, w jaki sposób ta czwórka całkiem fajnych chłopców mogła tak skrzywdzić inną osobę.
We czterech na jednego.
Na Severusa Snape'a.
Jej przyjaciela.
- No więc? - warknęła. - Możecie mi to panowie wyjaśnić?
- A co tu do wyjaśniania? - prychnął Syriusz. - Nudziliśmy się, więc...
- NUDZILIŚCIE?! - wrzasnęła.
- Nie drzyj się, kretynko! - syknął Potter. Jego dłonie również zacisnęły się konwulsyjnie. - Niby kim ty jesteś, żeby prawić nam kazania?!
- Evans Lilyanne, gdybyś nie pamiętał, idioto!
- Odezwała się ta mądra - prychnął pod nosem Peter.
Evans wycelowała w niego palec.
- Żebyś ty chociaż miał odrobinę oleju w głowie!
- Bronisz Ślizgona? - zapytał z kpiną w głosie James.
- To mój przyjaciel, Potter! Nie ma znaczenia, do jakiego trafił domu!
- Jasne...
- Sam właśnie wykazujesz, że twoja inteligencja nie odrasta od podłogi! - wydarła się ruda.
- Nie krzycz, głupia, bo mi uszy pękną - syknął Remus, czując pulsujący ból w skroniach. Na jutrzejszą noc wypadała pełnia...
Lily zamrugała szybko.
- Ty też stajesz po ich stronie? - burknęła, łypiąc na niego niezbyt przychylnie.
Remus spojrzał wymownie w sufit.
- O ile się nie mylę, to Severusek zdążył ci już wypaplać, że ja również tam byłem. Nie widzę więc powodu, bym miał się teraz zapierać czy zjeżdżać ich. - Wskazał gestem na resztę Huncwotów. - Sam przecież lepszy nie jestem, nie?
- Właśnie tak myślałam, ale się zawiodłam!
- Pozory mylą, złoto moje - mruknął Peter.
- Nie nazywaj mnie tak! - warknęła.
- Dobra, chłopaki, chodźmy, szkoda mi czasu na tę rudą szlamę - syknął Syriusz, wsuwając ręce do kieszeni.
Remus spojrzał na niego szybko, marszcząc czoło.
Lily nadęła się ze złości i szoku, na chwilę tracąc mowę.
- Jak ty mnie nazwałeś, Black? - zapytała zadziwiająco spokojnie, kiedy odzyskała głos.
- Głucha jesteś, czy masz uszy nie domyte? - prychnął Czarny. - Nazwałem cię szlamą.
- Szlamą?
- Tak. Wiesz, takie małe, nic nie warte, nikomu nie potrzebne plugawe coś z brudną krwią.
Trzask!
Syriusz zachwiał się lekko, szybko przykładając dłoń do uderzonego przed chwilą policzka.
Lily syknęła, chwytając się za nadgarstek. Przygięła się nieznacznie do przodu. Uderzyła Blacka tak mocno, że zabolała ją ręka.
Black powoli na nią popatrzył, przymrużając oczy. Wyciągnął rękę, chwytając ją mocno za ramię.
- Syriusz! - krzyknął Peter.
Black odepchnął go, mocniej zaciskając palce na ręce Gryfonki.
- Nigdy więcej nie podnoś na mnie ręki - powiedział cicho, lecz wyraźnie, patrząc jej w zaszklone łzami złości oczy.
Ściskał ją stanowczo zbyt mocno. Straciła czucie w palcach.
Puścił ją, odpychając od siebie.
- Idź do tego twojego zasmarkanego przyjaciela. Leć, pewnie już na ciebie czeka. Zapewne się stęsknił. No idź do tego śmiecia! Jesteś warta tyle samo, co on - rzucił rozjuszony.
Remus nabrał powietrza.
- Syri, naprawdę zaczynasz przeginać...
Peter skinął głową.
Black roześmiał się szyderczo.
- Przeginać? Mówię jej, co myślę. Oboje są kompletnymi zerami.
James westchnął ciężko.
- Chodźmy. Szkoda na nią czasu.
Black po raz ostatni otaksował Lily pogardliwym spojrzeniem, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę dormitoriów, z Potterem idącym dwa kroki dalej. Peter po chwili wahania pobiegł za nimi.
Remus patrzył na nią przez chwilę, po czym również się odwrócił i odszedł w ślad za Huncwotami.
W pokoju wspólnym panowała cisza, mimo iż przez cały czas był pełen uczniów.
Evans zamknęła oczy, a po policzkach popłynęły jej łzy.
Do tej pory, najgorszą rzeczą, jaką usłyszała od jakiegokolwiek chłopaka było to, że jest niemądra i zrobiła coś głupiego.
A teraz?...
Odwróciła się, wybiegając z salonu na korytarz.
* * *
Szczupłe palce drobnej dłoni, na której widniał zabliźniony już symbol "H", miarowo gładziły biało-czarne futerko szczura o imieniu Seisi. Ich właściciel patrzył przy tym nieobecnym wzrokiem w okno, do połowy zalepione padającym w nocy śniegiem. Chmury pokrywające niebo jasno mówiły, że nie zamierzają na tym poprzestać.
Ciężkie westchnięcie przerwało panującą w dormitorium nieprzyjemną ciszę.
- To ja idę - mruknął blondynek o złotych oczach. Zsunął się ze swojego łóżka, odkładając uprzednio na poduszkę szczura.
Seisi uniósł się lekko, machając miarowo różowym noskiem. Węszył zawzięcie. Węszył i czuł, że z tym chłopcem, który zabrał go z tego głupiego, tekturowego pudełka, coś jest nie tak.
- Musisz? - zapytał cicho James, odkręcając się do niego przodem na materacu. Black podniósł się ze swojego kufra, podchodząc do posłania Lupina. Wziął szczura do ręki, opadając na zmiętoloną kołdrę.
- Przecież wiesz, że tak... - odparł cicho. Nie patrzył na nich. Nie potrafił.
Pettigrew westchnął.
- A szkoda. Tak to przynajmniej można mieć nadzieję, że to wszystko wcale nie musi się stać - powiedział powoli.
- Taki mało śmieszny żarcik. Wiesz, o co chodzi? - zapytał nieśmiało szarooki, bezwiednie przesuwając palce po długim ogonie małego przyjaciela jego przyjaciela, który zaczął ładować mu się do rękawa, łaskocząc szybkim oddechem i zimnymi łapkami.
Remus skinął głową.
- Wiem... - szepnął. Odwrócił się, podchodząc do drzwi.
- Będziemy na ciebie czekać, Remi! - powiedział Potter.
Syriusz skinął głową.
- Będziemy z tobą cały czas, Luniaczku. Nie fizycznie, oczywiście.
- Wiesz, mentalnie. Wyobraź sobie, że trzymamy cię za ręce, dobra? - zapytał Peter.
Remus przytaknął, czując rosnącą w gardle, dławiącą gulę. Sięgnął do klamki, nieco zbyt gwałtownie pociągając do siebie drzwi.
Wyszedł na schody, zamykając za sobą portal. Oparł się o ciężkie, drewniany portal, zamykając oczy. Zacisnął ręce w pięści, podnosząc głowę. Westchnął ciężko, starając się tym jakoś osuszyć zbierające się pod powiekami łzy. "Tak to przynajmniej można mieć nadzieję, że to wszystko wcale nie musi się stać... Taki mało śmieszny żarcik."
Niechętnie opuścił wieżę, powłóczystym krokiem kierując się do skrzydła szpitalnego.
Black oderwał ucho od dziurki od klucza.
- Poszedł - stwierdził. Wyjął różdżkę z kieszeni. Stuknął nią w zamek, wymawiając formułę zaklęcia zamykającego.
Klamka zadygotała, rozbłyskując złotym światłem. Znów znieruchomiała, wyglądając tak, jak zawsze.
Peter wyczołgał się spod swojego łóżka, wyciągając spod niego i sterty brudnych ubrań grubą książkę obitą w ciemnobrązową skórę. Otrzepał ją pobieżnie, podchodząc do Pottera.
- To na czym skończyliśmy? - zapytał James, siadając na swoim posłaniu.
Syriusz doskoczył do niego w kilku susach, po drodze porywając pudełko Kociołkowych Piegusków.
- Na rozdziale piętnastym. "Sposoby określenia animagicznej formy".
- To dawaj na głos - zarządził Black, rozkładając się wygodnie. Podłożył ręce pod głowę, wlepiając wzrok w baldachim.
James odchrząknął, zaczynając czytać:
- "Wybieranie animagicznej formy to jeden z ważniejszych punktów szkolenia na animaga. Nie może być ona pod żadnym pozorem przypadkowa; zwierzęca forma winna zgrywać się z cechami charakteru, genetycznymi bądź fizycznymi..."
Syriusz wybuchł śmiechem.
- Ciekawe, jak!
- Cicho, słuchaj dalej...
Szarooki posłusznie zamilkł.
Lunatyk zamknął za sobą drzwi pokoju, w którym zawsze się przemieniał. Był on zdecydowanie najprzytulniejszy, pomimo panującego w nim przenikliwego chłodu i okien zabitych deskami.
Podszedł do łóżka z porozpruwaną, potarganą pościelą, opadając na nie ciężko. Sfatygowane sprężyny jęknęły pod jego ciężarem.
Ponownie ciężko westchnął, obejmując się ramionami. Po chwili zdjął buty i wsunął je pod łóżko. Reszty ubrań nie ściągał. Specjalnie założył za duże spodnie od dresu i starą, wypłowiałą koszulkę. Nie miał ochoty dodatkowo marznąć, czekając na przemianę.
Położył się na plecach, wlepiając wzrok w sufit.
Ignorując fakt, że zbiera mu się na wymioty i że coraz ciężej mu oddychać, lekko się uśmiechnął. Przymknął oczy.
Miła świadomość - świadomość tego, że ktoś na niego czeka i martwi się. I że to nie są jego rodzice.
Ponownie popatrzył w sufit.
Wzdrygnął się, kiedy przyspieszył mu puls.
- Już czas... - szepnął do samego siebie. - Trzymacie mnie za ręce, tak?...
Położył dłonie wzdłuż ciała, zaciskając powieki. Nie chciał patrzeć, jak obraz zlewa się po bokach, jak kolory jaskrawieją, by z wolna przybrać odcienie czerwieni. Starał się jednak zmusić swoją wyobraźnię do posłuszeństwa, naginając ją do prośby Pettigrew.
Chwilę później podniósł rękę do ust, wsuwając między wargi zmiętą chusteczkę, którą kilka minut wcześniej wyjął z kieszeni.
Nie wiedział przecież, czy nie panując na sobą, nie przygryzie sobie języka. Albo nawet zbyt mocno go ugryzie. Stanowczo zbyt mocno, by mógł zostać w jednym kawałku.
Z dziwnym dla niego samego spokojem przyjął to, co się z nim działo.
Nie wrzeszczał w bezsilnej złości. Wyrywały mu się jedynie pojedyncze jęknięcia czy krótkie krzyki, kiedy jakaś zmiana zachodziła w nim zbyt gwałtownie i zbyt boleśnie, by mógł uleżeć z tym cicho.
Wyraźniejsze dźwięki, tak ostre, tak denerwujące...
Zapachy. Intensywniejsze, niemal namacalne, wręcz dające się odczuć w ustach. Sprawiające wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę, aby ich dotknąć.
Przełknął z trudem ślinę, z całej siły zaciskając powieki i pięści.
Zależało mu tylko na tym, żeby jak najszybciej zdeformowały mu się kości oraz skóra.
To było najgorsze.
Nie musiał czekać długo - ledwie minutę później poczuł ostre kłucie w całym ciele, nasilające się, gdy tylko spróbował się poruszyć.
Mięśnie pulsowały mu pod skórą, sprawiając, że całe ciało nieprzyjemnie się poruszało, mimo iż Remus nie próbował nawet skinąć małym palcem u nogi.
Chrzęst. Głośny, odrzucający, wręcz przyprawiający o mdłości. Niemal chrupnięcie.
Otworzył szeroko załzawione oczy, nabierając powietrza przez normalny jeszcze nos. Nadmiar słonej wody znalazł ujście w kącikach oczu, spływając w wilgotne już od potu włosy.
Usiadł szybko, podciągając kolana pod brodę. Oparł na nich czoło, mocno obejmując się wokół łydek ramionami.
Zdzierał sobie gardło, raz po raz się dławiąc i kaszląc.
Rozrastające się bez krztyny delikatności kości. Grubiejące, twardniejące, wydłużające się. Zmiana kształtu łączeń stawu, wszystkich kręgów w kręgosłupie, inna budowa kości ogonowej.
Później skóra. Stawała się szorstka, nieprzyjemna w dotyku. Porastała sierścią. Paliła, piekła niemiłosiernie, jakby przypalana żywym ogniem.
Twarz zmieniła swą budowę.
W końcu koniec...
Remus nie mógł jednak spokojnie odetchnąć.
Nie czuł już nic jako on.
Nie był już sobą.
Do świtu był zamknięty w ciele bestii, z której nie sposób się uwolnić.
* * *
Szybkie kroki. Bardzo szybkie. Wręcz bieg najmniej trzech osób.
Zza zakrętu wypadła dwójka chłopców, słaniając się na nogach. Za nimi truchtał trzeci.
- Wygrałem... - wydusił ten w okularach.
Drugi prychnął, łapiąc ciężko oddech.
- Chcia-ałbyś...
- Przestańcie, to poważna sprawa! - fuknął najniższy, o ciemnoblond włosach, które mogły nieco przypominać rudy. Nikt nie wiedział, czemu.
Dwaj pozostali zanieśli się głośniejszym śmiechem.
- Pacany - prychnął Pettigrew.
Black i Potter osunęli się wzdłuż ściany na posadzkę, wybuchając śmiechem.
- Dobra! - wykrztusił Syriusz, leżąc w dziwnej pozycji pod murem. - Chodźmy, bo się nas biedny Remi nie doczeka...
James skinął głową i pokasłując lekko, podniósł się.
We trójkę, ramię w ramię, udali się do skrzydła szpitalnego.
Kiedy dotarli pod drzwi, na palcach wkradli się do środka. Zamknęli za sobą cicho wejście.
Remus już nie spał - nie było w tym nic dziwnego, wszak dobijała dziewiąta. Zawsze budził się w okolicach ósmej.
Siedział oparty na poduszkach, patrząc spokojnie w pokryte chmurami niebo.
Odwrócił się, słysząc szelesty przy drzwiach. Spękane wargi rozciągnęły mu się w uśmiechu, kiedy zobaczył pozostałe trzy czwarte Huncwotów.
- Cześć - powiedział wesoło.
Chłopcy wymienili spojrzenia.
- Ciao - przywitał się po włosku Syriusz, skłaniając nisko.
James i Peter zgodnie mu pomachali.
Remus machnął ręką w zapraszającym geście.
- Siadajcie! - Skrzywił się, chwytając za łokieć.
Posłusznie go otoczyli, siadając na jego łóżku. Wlepili w niego trzy pary oczu, należące do nich.
Lunatyk uniósł brwi.
- No co?
- Jak się czujesz? - odparł Peter, ignorując jego pytanie.
Remus wzruszył ramionami.
- Dość zwyczajnie. Wręcz niepokojąco dobrze.
Po sali przebiegł szmer chichotów.
- A... No wiesz...? - zapytał nieśmiało James.
Lupin przechylił głowę.
- Lepiej, niż zwykle... Naprawdę. Znaczy, fizycznie tak samo okropnie, ale pod względem psychicznym czułem się o wiele lepiej. - Uśmiechnął się do nich. - Pewnie dlatego, że obiecaliście, że ze mną będziecie... "Mentalnie". To było naprawdę miłe.
Syriusz uniósł rękę, wyginając się do przodu. Położył mu dłoń na ramieniu. Po chwili usiadł tak, jak siedział przed chwilą.
James zaśmiał się cicho.
- Co to było? - zdziwił się wilkołak.
- Nie wiem...
Zapadła chwila ciszy.
- Fajnie, że ze mną jesteście... - szepnął Remus.
* * *
- Uuuh, moja głowa... - jęknął Remus tydzień później, siedząc razem z przyjaciółmi w salonie Gryffindoru. - To ciśnienie mnie zabije! Nie mogę, nooo...
Przyłożył okładkę podręcznika do czoła.
- To przez nogęęę... - przedrzeźniał jego ton Peter.
Remus prychnął.
- Mówisz tak tylko dlatego, że mi zazdrościsz! Ha! I tu się mam, tu cię mam, tu cię ma...
- Tak, tu go masz - mruknął Potter, nie przerywając obserwowania ognia trzaskającego w kominku.
Remus zaczął balansować ciałem na swym krześle, wyginając się, unosząc ręce na wysokość ramion i przybierając wyniosłą minę.
- No widzisz? Widzisz? Tylko ja miałem takie szczęście i urodziłem się mną...
- Nie wierzę - rzucił Black zza książki od historii magii. Oderwał się od pisania eseju zadanego na następne zajęcia z profesorem Binnsem. - Jak ty to zrobiłeś, że urodziłeś się sobą? Podziel się z nami tym sekretem, o panie...
Lunatyk wzruszył ramionami.
- Wiesz, to na pewno składa się jakoś do mojej matki i ojca... Chodź w jednym procencie na pewno do tego, że mimo wszystko jestem najszybszym plemnikiem, nie?
James wybuchł śmiechem.
Remus uniósł brwi.
- No bo nie?
- Trzeba by cofnąć czas i się spytać - mruknął Syriusz, stawiając kolejną kropkę w wypracowaniu.
- Kogo niby? - parsknął James.
Pettigrew zrobił wielkie oczy.
- To ty nie wiesz, skąd się biorą dzieci?...
- Wiesz, Pet - zaczął nieco kpiącym tonem Syriusz. - W naszym gronie, o ile mi wiadomo, ty z Remusem jesteś jedynym, który chodził do mugolskiej szkoły. - Pokręcił głową. - Nas w domu czegoś takiego nie uczyli.
Remus zaniósł się głośnym, wręcz histerycznym śmiechem. Zgiął się na swoim krzesełku w pół, jedną ręką obejmując za brzuch, a drugą uderzając w blat stolika.
Black popatrzył na niego, marszcząc czoło. Potter z lekkim uśmieszkiem obracał pióro w palcach, patrząc na cieszącego się Lunatyka.
- Z czego? - zdziwił się Peter.
Lupin jęknął w odpowiedzi, po chwili zanosząc się kaszlem.
- Nie mogę... Dwunastolatek nie wie, skąd się wziął... - wydusił, kiedy odzyskał głos.
- Wiem! - obruszył się Black, zamykając z trzaskiem książkę. - Matka mnie urodziła!
- Serio? Myślałem, że się wyklułeś - odparł wesoło blondynek o złotych oczach. - Wiesz, że jesteś jajorodny.
Syriusz zamrugał szybko.
- Jaki?... - zapytał niepewnym tonem.
- Ja-jo-ro-dny - przesylabował w odpowiedzi Peter, klaszcząc w dłonie do odpowiedniego rytmu kolejnych sylab.
Black wzniósł oczy do sufitu.
- Tak, mów do mnie jeszcze... Ja naprawdę wszystko rozumiem.
Remus uśmiechnął się lekko.
- Jajorodny to znaczy taki, który wykluł się z jaja, jak na przykład... Kura, niech będzie - wyjaśnił pogodnym tonem. Sięgnął do kieszeni po lizaka.
- Aha. Trzeba było tak od razu, a nie mi z sylabami wyskakiwać... - mamrotał niezadowolony szlachcic, wertując książkę w poszukiwaniu odpowiedniego rozdziału. Zamachał gwałtownie ręką. - Co ty myślisz, że jak wiesz coś, czego ja nie wiem, to możesz tak ze mną pogrywać?
Potter poklepał kuzyna po ramieniu.
- Tak, Syri. Zgadzam się z tobą. To było okrutne.
Syriusz popatrzył na niego wzrokiem zbitego szczeniaka.
- Okrutne? To mało powiedziane! To wręcz bestialskie było!
Pettigrew podniósł się ze swojego miejsca, podchodząc do Syriusza.
- Czego, kmiocie? - prychnął szarooki. Uniósł zaskoczony brwi, kiedy Peter się przed nim położył, rozkładając szeroko ramiona. - Co ty robisz? - parsknął, patrząc na niego z góry i składając usta w dzióbek.
Remus wychylił się na swoim krześle, wpychając dużego, okrągłego lizaka do buzi najdalej, jak mógł.
- Zniżam się do twojego poziomu - odparł Peter.
Syriusz prychnął, zarzucając nogę na nogę. Zadarł nos ku sufitowi, machając w stronę Pettigrew lekceważąco ręką.
- A gdybym ja miał zniżyć się do twojego, musiałbym zejść najmniej piętro niżej.
Potter i Lupin wybuchli śmiechem, podrygując na swoich miejscach. Remus zadławił się jedzonym właśnie smakołykiem, co sprawiło, że James zaśmiał się bardziej i spadł ze swojego miejsca.
Syriusz pokręcił głową.
- Ehh, dzieci.
- Dorosły się odezwał... - mruknął Remus. Pociągnął nosem, przestając się śmiać. Przykucnął na swoim krześle, wlepiając wzrok w bruneta.
- A żebyś wiedział - odparł cicho Syriusz.
Lunatyk oblizał z mlaśnięciem lizaka, po czym ponownie władował go do ust.
* * *
Niebo bez chmur. Górowało nad wszystkim hipnotyzującym, głębokim błękitem, przyciągając go siebie wzrok i zadzierając w górę setki ludzkich głów.
- Ładne - powiedział Peter, wskazując nań palcem. Z jego ust wydostały się kłębki pary, będące obiektem obserwowań Pottera. - James, musisz mi się tak patrzeć na usta? - zapytał po chwili niewinnie.
Remus parsknął, szybko przykładając do ust dłoń ukrytą pod szkarłatną rękawiczką.
- Na usta? Co ty, głupi? Na to, co z nich wyłazi się patrzę.
- Niezły jesteś - rzucił Black, wsuwając ręce do kieszeni. - Patrzeć na dźwięki... Ja tak nie umiem.
James machnął ręką.
- Oj, no! Na parę się gapię!
- Remus, coś ty taki zasępiony? - zmienił temat Peter.
- Za dwa tygodnie wracamy do domów. Na święta.
Syriusz uniósł ramiona.
- No i?
- Kosmici! - jęknął blondyn, opierając czoło o ramię stojącego przed nim Blacka. - To straszne! Pewnie już siedzą! I zaczynają do siebie bełkotać! Zginę!
- Ach, no tak... Jak mogłem zapomnieć, przecież ty jesteś starszym bratem - syknął ze złośliwym uśmieszkiem Black.
James roześmiał się.
- Odezwał się JEDYNAK.
- Skąd ten akcent? - zapytał uprzejmym tonem Peter.
Nim James zdążył się odezwać, uprzedził go Remus:
- To był nacisk na ilość jego zwojów mózgowych.
Syriusz uchylił usta, wytrzeszczając oczy. Wychylił w przód dolną szczękę i głowę.
Remus machnął w jego stronę teatralnie ręką.
- Widzisz?
James pokiwał głową, przykładając palec do dolnej wargi.
- Bardzo wyraźnie.
- Noom... - przytaknął Peter, również przyglądając się Syriuszowi.
Black prychnął, przybierając obrażony wyraz twarzy. Skrzyżował ręce na piersi, zadzierając nos ku błękitnemu niebu.
- Niewdzięcznicy - syknął jadowitym tonem, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył wzdłuż ściany, przy której do tej pory stali.
- Hej no, ale nie obrażaj się! - zawołał za nim Potter. Zmarszczył czoło, widząc, jak Syriusz unosi w górę prawą rękę i nie odwracając się, macha w ich stronę środkowym palcem. - Chamie! - ryknął za nim.
Dołączyła druga ręka, falując razem z pierwszą nad głową Syriego.
Remus zachichotał, kładąc dłoń na przedramieniu wzburzonego Jamesa.
- Pozwól mu się wyżyć, Jamie.
- Ale to niekulturalne! - szepnął Peter.
Potter pokiwał energicznie głową.
- Musimy go rugać, kiedy schodzi na złą drogę!
Chichotali dłuższą chwilę, kiedy nagle usłyszeli głuchy trzask i głośne: "BU!!!". Podskoczyli, Peterowi wyrwał się krótki krzyk.
Syriusz uderzył w szybę otwartymi dłońmi, opierając o nią czoło i wytrzeszczając oczy.
Remus zaczął się śmiać, podchodząc krok bliżej. Przyłożył dłonie do zimnego szkła, udając, że złącza z Syriuszem ręce.
Black oderwał na chwilę swoją rękę, machając nią zapraszająco do siebie. Następnie przysunął się bliżej do okna, przyciskając do niego wargi złożone w dzióbek. Ponownie położył swoją kończynę tam, gdzie była.
Lunatyk zachichotał, powielając ruch Syriusza.
James i Peter zaczęli klaskać, kiedy ich wargi "złączyły" się ze sobą w czułym pocałunku przez szybę z donośnym: "Mmmm!" w tle.
Odsunęli się, również śmiejąc.
Remus wsunął ręce do kieszeni.
- Zostań tak! - zawołał do Syriego James, grzebiąc zawzięcie w kieszeniach płaszcza. Po chwili wyjął z niego czarny marker. Z cichym pyknięciem pozbył się skuwki i przyłożył mazak do szkła. Zaczął na nim kreślić odciski psich łap w miejscach, w których Syriusz trzymał ręce.
Kiedy skończył, odsunął się, by móc podziwiać swe dzieło.
- Piękne - podsumował Peter.
Black zafalował brwiami, nie zabierając rąk.
- Jaaaakie łapki! - zapiał Remus, wskazując na nie palcem. Zaczął się głośno śmiać, a jego śmiech niósł się echem po opustoszałych, otulonych śniegiem błoniach.
* * *
Oddech śpiącego chłopca.
Skrobanie pióra po pergaminie.
Szelest materiału.
Ciche pochrapywanie.
Remus.
James.
Syriusz.
Peter.
Remus przekręcił się na plecy, układając ręce obok głowy. Zamlaskał przez sen, marszcząc lekko czoło. Godzinę wcześniej wrócił ze szlabanu za podwijanie Krukonce z piątej klasy spódnicy różdżką. Przecież to nie jego wina, że ta spódniczka podwiewała jej do góry, ukazując bieliznę, kiedy na korytarzu ćwiczył wyczarowywanie strumienia powietrza na zaklęcia. Na szlabanie oczywiście się stawił, mając teatralnie obrażoną minę, kiedy opiekun Ravenclaw mówił mu, co za karę ma robić. Dodatkowo czuł irytację również dlatego, że chłopcy podśmiewywali się z niego, kiedy został przyłapany przez nauczyciela i niezbyt dyskretnie doprowadzony do porządku.
James zachichotał nagle, odrywając się od pisania listu do rodziców. Jego treść nie była zbyt ambitna, ale napisać przecież coś musiał.
- Z czego? - zapytał Syriusz, odrywając się od suszenia włosów za pomocą ręcznika. Był lekko zarumieniony od zimnej wody, dopiero co wyszedł spod prysznica.
Zarzucił sobie materiał na ramię, sięgając po koszulę od piżamy.
- Przypomniał mi się profesor z dzisiaj... "Jeszcze jeden seksistowski śmiech, Lupin, i dopilnuję, żebyś sam chodził w spódniczkach!" - zapiał Potter, przedrzeźniając profesora od zaklęć.
Syriusz wepchnął sobie skrawek ręcznika do ust, by nie ryknąć śmiechem. Nie chciał obudzić ani Petera, ani Remusa. Pokiwał głową, siadając obok kuzyna.
- To było bezbłędne... Na równi z lunatykowym chichotem, kiedy kiecka podwinęła się jej tak wysoko, że zaczepiła o plecy...
Obaj cicho się zaśmiali.
- Albo jego mina, kiedy profesor popukał go w ramię!
- Nom... - Syriusz przybrał ową minę, wydymając wargi, unosząc brwi i robiąc wielkie oczy. Odwrócił się powoli, zerkając przez ramię. - "Och, pan profesor..." - dodał, naśladując głos Remusa.
James zgiął się w pół.
- On jest coraz lepszy... Jak czasem coś odpali, to godzinami można się z tego śmiać - wychrypiał okularnik.
Black parsknął, odrzucając ręcznik. Naciągnął na siebie koszulę, zapinając dwa środkowe guziki. Zerknął mimochodem na śpiącego Pettigrew.
- Ty, on chyba znowu będzie lunatykował - powiedział Potter, wskazując na podnoszącego się Remusa piórem.
Syriusz zachichotał, podciągając do siebie nogi.
- Popatrzmy...
- Obstawiasz, że znowu wejdzie do szafy? - zapytał okularnik.
- Może. - odparł Syriusz, przykładając palec do warg. - Ostatnio najpierw wysypał Peterowi fasolki za okno...
Zamilkli, rozciągając usta w szerokich, wręcz żabich uśmiechach, obserwując Remusa.
Lupin stał przez chwilę w miejscu, lekko się kołysząc. Postawił kilka kroków do przodu, kierując się do półki z książkami. Potykał się i chwiał lekko, przez porozrzucane po podłodze przedmioty.
Dotarł do obranego nieświadomie celu. Zaczął błądzić na oślep palcami po grzbietach książek, pomrukując cicho. Zatrzymał się przy jednej. Wyciągnął ją, po czym położył na biurku. Odwrócił się, kierując w stronę szafki nocnej Petera.
Mamrocząc coś do siebie, wyciągnął z niej paczkę żelek. Rzucił ją niedbale na poduszkę obok Petera, po czym odwrócił się i podszedł do łóżka Jamesa - czyli do siedzących na nim chłopców.
Trafił na nich dłońmi. Sunął chwilę po nich palcami, a jego głowa luźno opierała się podbródkiem na piersi.
Odwrócił się, tradycyjnie kierując kroki do szafy. Jak zwykle wszedł do niej flegmatycznymi ruchami, zamykając się w środku.
W całym dormitorium rozległo się ciche skrobanie paznokci Lupina o drewno.
Black i Potter wyłożyli się na materacu, dławiąc własnym śmiechem.
Przecież nie mogli obudzić reszty...
- Ciekawe, co Remus by powiedział, gdyby się dowiedział, że robimy sobie z niego podśmiechujki... - wydusił szarooki.
Mało brakowało, a postawili by na nogi całą wieżę. Jeden drugiemu w ostatniej chwili zatkał usta dłonią.
33. Niech żyje król... Wpis dodał jeden z Huncwotów Czwartek, 18 Marca, 2010, 10:00
No i nowa notka! Wreszcie. Prezent ode mnie dla was
U Lunatyka również jest, a co!
Odkąd chłopcy ochrzcili się na Huncwotów, minął miesiąc. Przez cały ten czas zachowywali się względnie dobrze, chcąc jakoś udobruchać profesora O'Blanskiego, który od pamiętnego śniadania bacznie ich obserwował. Sumiennie odrabiali wszystkie prace domowe, nie chcąc robić sobie zaległości. Ćwiczyli wszystkie zaklęcia, dochodząc we władaniu różdżką do coraz większej wprawy. Szukali w ciężkich woluminach nowych czarów, by wypróbować je na rzeczach martwych, tudzież Irytku. Remus szczególnie rozsmakował się w rzucaniu niejakiego "Waddiwiwashi!", które w księdze nie miało podpisu - było zalepione czymś brązowym.. Nazwał je więc niespodzianką. Wszak nigdy nie było wiadomo, co ci wstrzeli do nosa...
Pogoda powoli ulegała zmianie, zapowiadając kolejne rychłe nadejście zimy. Uczniowie korzystali z ostatnich wolnych chwil, wylegając na błonia, by cieszyć się słabnącymi promieniami słońca. Stopniowo przestawały tak mocno grzać. Błękitne niebo traciło swą soczystą barwę, przybierając ciężkie, ołowiane kolory, kryte pod kłębiastymi chmurami dzień za dniem mijającego listopada. Nieważne, że zaczął się dopiero tydzień temu.
- Nudzę się - mruknął Syriusz, leżąc rozwalony na trawie. Remus spojrzał na niego krótko znad powoli umierającej trawy, na której leżał brzuchem do dołu.
- To coś porób - poradził mu Peter.
- Jakiś ty twórczy! - prychnął Black.
- Spokój! - powiedział karcąco Potter, opierając się plecami o pień drzewa. - Opanujcie się, jest niedziela. Jutro znowu zaczynają się lekcje. Cieszcie się chwilą! Są takie ulotne...
- Jak motyle - dodał blondynek, przykładając policzek do ziemi. Zgiął nogi w kolanach, zaczynając nimi lekko machać. Niezawiązane sznurówki trampek powiewał lekko na wiejącym wietrze.
Okularnik skinął głową.
- Dokładnie! - poparł Syriusz, zrywając się. Zamachał rękami nad głową, mając kamienny wyraz twarzy. Ponownie usiadł. Remus westchnął cicho, a po chwili Peter zaczął gwizdać.
- Przestań - obfukał go Lunatyk, przymykając oczy. Pettigrew uniósł brwi.
- Dlaczego?
- Bo mi przeszkadzasz w słuchaniu!
Chłopiec milczał przez chwilę.
- Niby czego?
- Tego, jak ziemia oddycha - odparł cicho Remus.
James parsknął, wstając. Otrzepał spodnie.
- Nie wiem, jak wy, ale ja mam ochotę coś zmalować.
- Nie przesadzasz aby z tą ochotą? Za naukę byś się wziął, ty głąbie - stwierdził Syriusz, uśmiechając się lekko. Również wstał, wsuwając dłonie do kieszeni. Potter prychnął, przeczesując włosy palcami.
- Śmiesz mówić takie rzeczy... Geniuszowi?
Ogólna cisza panująca na błoniach została przerwana przez wybuch dzikiego i całkowicie niekontrolowanego śmiechu Remusa i Syriusza. Peter zachichotał, odwracając się do okularnika plecami. James zacisnął dłonie w pięści i tupnął.
- Z czego się śmiejecie? Natychmiast przestańcie!
- Słyszałeś?! - wykrztusił Remus, patrząc z udawanym wyrzutem na Blacka. - Przestań się śmiać!
- Nie rozkazuj szlachcicowi, ty plebsie! - parsknął Black, opierając dłonie na kolanach.
- Ale ja ci zakazuję! Zabraniam ci, słyszysz?! - wydusił Lunatyk, przekręcając na bok. Objął się rękami za brzuch, zaciskając powieki. Nie przestawał jednak rozciągać warg w uśmiechu od ósemki, do ósemki.
- Zabawne! - zawołał z udawaną złością James. - Jak mogliście?!
- Normalnie - odparli Black i Lupin jednocześnie.
- To wcale nie było trudne - włączył się Peter. Odchrząknął. - Naprawdę, przydałoby się coś zmalować. Na większą skalę...
- No jasne! - szepnął Syriusz. - Jak coś robisz, to rób to na szeroką skalę, albo w ogóle, ot co!
- Nie rozpędzaj się tak, bo cię z tyłu zabraknie - mruknął Lunatyk. Psia Gwiazda zrobiła urażoną minę, stając tyłem. Lupin spojrzał niezwykle wymownie w listopadowe już niebo, pokrywające się coraz ciemniejszymi chmurami. - Nie odstawiaj mi tu teatrzyku obrażonej królewny, Black. Nie weźmiesz mnie na to...
Opuścił powieki na jasne oczy. Zawiał gwałtowniejszy wiatr. Wyraźnie wyczuwał gromadzące się w powietrzu napięcie, tę uciążliwą suchość. Kłębiąca się niemal wszędzie mieszanina gazów powoli stawała się coraz cięższa...
- Chodźmy stąd - powiedział Luniek. - Niebo się obniża. Będzie burza - oświadczył.
Black spojrzał na niego przez ramię z zaciekawieniem.
- Skąd wiesz?
Lupin pokręcił nosem.
- Czuję to...
* * *
Nieustanny szum przypominający oklaski, stukanie dużych kropli uderzających w szybę. Krótki rozbłysk oślepiającego światła i długi, przeciągły grzmot.
- Ty cholero! - zawołał Potter, opierając się łokciami o parapet w salonie Gryffindoru. - Wiedziałeś! Wiedziałeś, że będzie padać!
- Naprawdę? - zdziwił się Remus. Wgramolił się na wymieniony wyżej parapet. - Nie wierzę...
Przycisnął nos do szyby w oknie, przykładając do niej dłonie po obu stronach głowy. Odgrodził się tym od nikłego światła bijącego od ognia w kominku i kilkunastu świec nabitych na bolce w wiszących pod sufitem monstrualnych świecznikach. Wbił wzrok w ciemność.
- Geniuszu, propozycja brojenia nadal aktualna?! - wrzasnął Black przez cały pokój wspólny, zeskakując z ostatnich stopni prowadzących do męskich dormitoriów. Obecni w salonie automatycznie skierowali wzrok na krzyczącego. Owy obiekt zainteresowania nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, grzechocząc pudełkiem Fasolek Wszystkich Smaków. Dopadł nieco zziajany do okna, przy którym byli jego przyjaciele. - Bo w końcu musimy poinformować resztę z szkoły, z kim mieszkają pod jednym dachem!
- Z kim niby? - zdziwił się Lunatyk, odrywając od obserwowania smug deszczu na szybie. Syriusz popukał go palcem w czoło.
- Z nami, sklerotyku! Z nami, Huncwotami przez wielkie "Ha"!
- Aaa... - mruknął tonem mało zainteresowanego. Oparł policzek na szybie, śledząc wzrokiem szybko spływającą po szkle kroplę wody. James parsknął, widząc to.
- Twój entuzjazm jest powalający.
- Twój intelekt z resztą też - odgryzł się blondyn. Nim okularnik zdążył przyłożyć odpowiednią ripostę, Black obu chwycił za karki.
- Hej, hej! Spokój! Milczeć. Obydwaj!
- Milczenie w niektórych przypadkach niszczy przyjaźń, ośle - burknął Lupin. Myślał krótką chwilę. - Kłótnie mogą ją poniekąd umacniać. Wiecie, przyjaźń można porównać do pociągu. Każda ma swój tor, swoje szyny, po których jedzie. Jeśli przyjaźń jest naprawdę silna, jeśli naprawdę się wkłada w nią prace i serce, pokona wszystkie nierówności i zakręty, jak ostre by nie były.
- A jeśli się nie przykładasz? - zapytał wesoło James.
- To będziesz popylał za pociągiem - odparł szybko Syriusz. Remus zaczął się śmiać.
- Dobra, inaczej. Porównaj to sobie do... Kwiatu. Co dzieje się z kwiatem, jeśli się o niego nie dba?
- Umiera? - podsunął James. Lunatyk wydął wargi.
- To dałbym raczej do pojęcia miłości. Do przyjaźni podsunąłbym dziczenie.
- Twórcze - skwitował Potter. Black zaczął się śmiać.
- Dziczejemy każdej nocy, przyjaciele! - zawołał. Okularnik przyłączył się do radości swego kuzyna. Blondynek pokręcił z uśmiechem głową.
- Wam to coś powiedzieć... Dobra, wracając do tematu. Mamy coś zbroić, żeby było wiadomo, że Huncwoci przez wielkie "Ha" istnieją. Nie mam nic przeciwko. Tylko gdzie Peter? Huncwotów jest przecież czterech. Nie możemy zacząć działać bez jednego z nas! To nielogiczne!
- Pewnego razu, na świat przyszła czwórka braci. Brat Logika, Brat Geniusz, Brat... - zaczął okularnik tonem wróżbitki. Black kopnął go w kostkę.
- Zamilcz, niewierny! Spłoniesz w ogniu Tartaru, Geniusiu! - zawołał, ostatnie słowo wymawiając przesadnie dziecięcym tonem. Remus wywrócił oczami, zsuwając się z parapetu.
- Cisza! Petera nie ma w dormitorium? - zapytał. Syriusz pokręcił głową, odpychając rękami Jamesa, który dzielnie próbował go atakować. - W salonie też nie... Gdzie on mógł pójść?
- Sowiarnia? - podsunął James, przestając szaleć. Chłopcy patrzyli na siebie przez chwilę, po czym odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia z salonu. Pożegnali się z Grubą Damą i ruszyli korytarzem odbijającym w prawo.
Owy korytarz nie różnił się niczym od reszty szkolnych korytarzy. Miał zimne, szare ściany z grubo ciosanych kamieni. Podłogę pokryto betonowymi płytami, choć, na przykład, w sali wejściowej, bądź tej, w którym spożywa się posiłki, jest zrobiona z marmuru. Na ścianach przemierzanego właśnie korytarza w pięciometrowych odstępach w uchwytach płonęły pochodnie. Nie rozdzierało to jednak panującego wszędzie mroku, spowodowanego szalejącą poza murami zamku burzą.
- Brr... - wzdrygnął się Lunatyk, obejmując ramionami. Potarł je energicznie dłońmi. - Podziwiam Ślizgonów. Ja bym chyba nawalił w gacie, gdybym miał w ciemnościach łazić po lochu...
- Te gnidy się nie boją - stwierdził lekceważąco Black. - Oślizgłe węże... Gady lubią takie miejsca.
- Ja nie - bąknął Remi, spuszczając głowę na swoje buty. Syriusz uśmiechnął się lekko.
- Gryfy nie lubią ciemności, Słoneczko! - zawołał dziarskim tonem James. - Dlatego wolisz słonko!
- Nie jestem gwiazdą, Jamie - burknął Remus z uśmiechem. Spojrzał wymownie na rozbawionego Syriusza. - No, ale mów mi: Słońce. Lubię, jak ktoś mi tak mówi.
Wzdrygnął się nagle, maksymalnie przysuwając do brunetów.
- Ten gobelin się na mnie gapi... - szepnął, wskazując na niego drżącą dłonią. Bał się. Zwyczajnie czuł strach.
Syriusz, nie czując nawet mikroskopijnej ochoty, by się z blondynka ponabijać, wyjął różdżkę, zapalając jej koniec prostym zaklęciem. Odważnie podszedł bliżej do wymienionego dzieła ludzkich rąk, przedstawiającego Salazara Slythrerina na czarnym rumaku. Przysunął twarz do jego głowy, wlepiając spojrzenie w jego materiałowe oczy. Wydały mu się jakieś dziwne, jakby... Żywe? Zmarszczył czoło, przyglądając się im jeszcze chwilę. Poczuł dziwne mrowienie na karku, jakby ktoś go obserwował. Zagryzł wargę, rozglądając się i stawiając krok w prawo. Ponownie popatrzył na gobelin i poczuł, że serce podjeżdża mu do gardła: Oczy Salazara przesunęły się w lewo, śledząc jego ruchy. Black gapił się na niego szeroko otwartymi oczami, czując jak krew szumi mu w uszach. Podniesione ciśnienie pulsowało mu tępo w skroniach, kiedy przesunął się w lewo, prowadzony oczami założyciela Hogwartu. Przełknął ciężko ślinę.
- O cholera... - wydukał. - On... Śledzi mnie wzrokiem... - wymamrotał, cofając się. Zimny dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, kiedy ujrzał rozciągające się w złośliwym uśmiechu usta Slytherina. Kolejnym wytworem jego młodej wyobraźni była halucynacja, że Salazar sięga ręką do szpady, którą miał przy pasie.
Black cofnął się na miękkich nogach. Wzdrygnął się, gdy Remus kurczowo zacisnął palce na jego dłoni. Odwzajemnił uścisk.
- Co wy? - zaśmiał się Rogacz. - To tylko gobelin! Gra światła, nie ma się czego bać - powiedział wesoło okularnik. Odwrócił się przodem do przedstawionej na płótnie postaci w tym samym momencie, w którym za oknem na końcu korytarza rozległ się donośny grzmot, ciemność na błoniach rozdarł krótki rozbłysk błyskawicy. Potter wzdrygnął się, a wesoły uśmieszek spłynął mu z twarzy. On również poczuł się dziwnie nieswojo. Poruszył się niespokojnie.
Krzyknęli całą trójką, kiedy na korytarzu nagle zgasły wszystkie pochodnie. Ciemność ogarnęła ich jak zaklęcie. Cała trójka wyraźnie czuła te mróweczki na karkach, w nosy nieprzyjemnie świdrował ich przykry zapach unoszący się w powietrzu zawsze, gdy zgasiło się świeczkę.
- Szlag! - wrzasnął Black. - To już przestaje być śmieszne! - jęknął nieco mniej zdecydowanym głosem. Wydał z siebie dziwny odgłos, kiedy poczuł oddech Pottera na karku. - Jamie, deklu! - syknął.
- Co to?... - zapytał chrapliwie - piszcząco Remus. - W-w oknie...
Black i Potter skierowali wzrok w stronę okna. Trójka przyjaciół wstrzymała przyspieszone oddechy, odgłosy burzy nasiliły się.
W ciemnym, oszklonym wyłomie w murze, które mimo wszystko odcinało się nieco jaśniejszą tonacją niż ściany, nie było nic. Znów błysnęło. Kolejny grzmot, deszcz zaczął siekać w szybę ze zdwojoną siłą.
- Grad?... - zapytał szeptem James.
Kolejny błysk, nieco dłuższy niż poprzedni. W tej samej chwili rozległ się donośny grzmot, przyciszając tym samym odgłos kroków. Na tle gotyckiego okna pojawiła się jakaś wysoka, dosłownie wielka postać. Sapała ciężko. Pojawiła się inna, mniejsza. Oczy błysnęły jej dziwnie, całkowicie białe, mając kształt połówek koła, kiedy stawała przodem do nich.
Chłopcy wrzasnęli dziko, czując, że włosy stoją im dęba. Po krótkiej demonstracji swojego strachu, rzucili się do ucieczki na złamanie karku. Syriusz bez namysłu, super inteligentnie rzucił za siebie różdżkę. Potykając się i chwiejąc, na oślep wybiegli z korytarza, rzucając się w ten na lewo, kierując się komendą Pottera.
Albus Dumbledore wyjął różdżkę z kieszeni, mrucząc zaklęcie. W korytarzu znów zapłonęły pochodnie. Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa uśmiechnął się lekko do siebie, podchodząc do gobelinu. Pochylił się, podnosząc porzuconą różdżkę z ziemi. Patrzył na nią przez chwilę, kręcąc z rozbawieniem głową. Odwrócił się do wyraźnie zakłopotanego gajowego.
- Chyba przestraszyliśmy moich uczniów, Hagridzie.
Rubeus uśmiechnął się niepewnie, rozkładając ręce. Chrząknął cicho, a Dumbledore pokiwał głową. Ponownie spojrzał na różdżkę Blacka. Jasnobłękitne oczy błysnęły mu wesoło.
* * *
Huncwoci w pełnym pędzie wparowali do pokoju wspólnego, ponownie zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych w nich uczniów. Owi uczniowie zdawali się być lekko zaskoczeni wyraźnie przerażonymi chłopcami.
Syriusz oparł się o ścianę, dysząc ciężko. Nagle wstrzymał oddech, robiąc duże, zdziwione oczy. Zaczął dokładnie obmacywać się w okolicach swych kieszeń.
- Co ty robisz? - zdziwił się zziajany James. Remus osunął się po ścianie, podkulając nogi i opierając czoło na kolanach. Oddychał szybko i ciężko.
- Zgubiłem różdżkę... - wydukał.
Lunatyk podniósł głowę, patrząc na niego wielkimi oczami.
- Pewnie... - zaczął po chwili. - Pewnie została na koryta... Peter!
- Coście tak wpadli, jakby was ktoś batem poganiał? - zdziwił się Pettigrew, podchodząc do nich. James potrząsnął głową, szczerząc zęby.
- Przyznaję, sam zwiewałem jakbym miał swój tyłek dogonić, ale teraz to chce mi się śmiać... - Na potwierdzenie swych słów wybuchł głośnym, szczerym śmiechem. Po chwili zawtórował mu chichot Syriusza.
- Ale z nas debile... - szepnął nagle Remus. Plasnął się otwartą dłonią w czoło. - To musiał być Hagrid! Hagrid i Dumbledore! Wiecie, to, co tak błysnęło, to musiały być...
- ....okulary dyrektora - dokończył James. Milczeli dłuższą chwilę, po czym znów zanieśli się śmiechem.
- Ach, adrenalina! - westchnął Black, kiedy kilka minut później niekontrolowany napad głupawki im minął. Remus podniósł się.
- Chodź, Peter. Właściwie to i tak mieliśmy cię znaleźć...
Chłopiec skinął głową, po czym zaraz za przyjaciółmi opuścił salon.
- Planujemy dać szkole znać, że MY tu jesteśmy. Pod jednym dachem, z nimi - zaczął James, kiedy ponownie wyszli na korytarz. Rozejrzeli się uważnie, zastanawiając się nad czymś, co można zbroić.
- Czy możemy zacząć od ofiar żywych? - zapytał nagle cicho Syriusz, mając zalążek pomysłu w głowie. Nim Remus zdążył wyrazić swe grymasy na tę myśl, James mocno szturchnął go między żebra. Blondynek syknął, zginając się.
- Ćwoku! - warknął. - Ty bęcwale, błaźnie, cepie, ciećwierzu, ciołku, cymbale, debilu, durniu, głąbie, imbecylu, kretynie, jełopie, matole, młocie, ośle, palancie, przygłupie, tłuku, tumanie, tępaku! - wyrzucił z siebie Remus jednym tchem. Nabrał powietrza i zaczął od początku: - Ciapo, dupo wołowa, łamago skończona, niedołęgo niemyta, ofermo skończona, ofiaro losu przepołowiczona, trąbo ty jerychońska!
- Mów dalej - mruknął Black, nie odrywając się od notowania na kartce pergaminu, którą zawsze miał przy sobie. Podrapał się ołówkiem po policzku. Remus zamrugał gwałtownie.
- Co?
- No, kontynuuj. To takie twórcze jest!
- Black, ty bucu! - jęknął. Syriusz pokiwał gwałtownie głową, gapiąc się na niego wielkimi, szarymi oczami, co jeszcze bardziej Remusa zirytowało. - Ty ordynusie, impertynencie, prostaku, żłobie! Buraku cukrowy, arogancie arogancki, no! - zawołał, tupiąc. Nie mógł jednak już samemu powstrzymać chichotu, kiedy James i Peter otwarcie śmiali mu się za plecami. Syriusz poklepał Lunatyka po ramieniu.
- Konstruktywne masz te kędziory, lowelasku.
- Nie jestem twoim kochasiem, Black - mruknął Remus. Syriusz zachichotał. Uszczypnął go po przyjacielsku w policzek.
- Moje pieścidełko!
- Puszczaj, łapiduchu! Ty postrzępieńcu, pało szalona... Wietrzniku! Ooo, teraz to ci dowaliłem...
Syriusz zarechotał, zginając w pół.
- Remusie, skąd ty znasz tyle wyzwisk? - zaśmiał się okularnik, opierając o ścianę. Peter kaszlał w rękaw.
- Ze słownika - odparł wesoło Luniaczek.
- CO?!
- No... Biorę słownik wyrazów bliskoznacznych, szukam "debil", no i mam...
Wybuch śmiechu potoczył się echem po korytarzu głośniej, niż grzmot, który rozległ się na błoniach.
* * *
- Może on? - zapytał cicho Peter, wskazując na zmierzającego właśnie w stronę lochów Ślizgona. Syriusz bez namysłu wyskoczył z ich kryjówki w ciemnej wnęce, rzucając się na nieświadomego niczego dwunastolatka. Ciężkie podręczniki upadły z donośnym stukiem i szelestem kartek na podłogę.
- Co za raptus... - mruknął Remus.
- Ach! Puszczaj, ty...!
- Spróbuj mnie nazwać szlamą, to będziesz własne zęby z ziemi zbierał! - warknął mu Black do ucha. James doskoczył do Ślizgona "od frontu", szczerząc zęby w niebywałej wręcz uciesze. Wyciągnął z kieszeni obręcz szerokiej, szarej taśmy izolacyjnej, w skrócie nazywanej: "Iks-elką". Odkleił kawałek, odrywając go zębami. Zakleił Ślizgonowi usta.
- A teraz grzecznie pójdziesz z nami - poinformował go Remus.
Jasne, złote tęczówki spotkały się z ziejącymi wściekłością i nienawiścią czarnymi oczami Severusa Snape'a.
- Jakie ty masz tłuste kłaki! - skrzywił się Peter.
- A ten nos... - dodał James, szturchając wymienioną część ciała palcem. Roześmiał się, a Syriusz zaczął ciągnąć rzucającego się chłopaka w stronę najbliższej toalety.
- Cóż, nie wszyscy wiedzą, że jest coś takiego jak szampon czy higiena osobista - stwierdził z niemal namacalnym żalem Remus. - A szkoda... Sam z siebie robi pośmiewisko.
- Co tu się dzieje?! - zawołał znajomy całej piątce głos.
- Reg! - syknął Black. Lupin odwrócił się szybko w stronę młodego Ślizgona.
- Co wy mu robicie? - zawołał z irytacją młodszy z Blacków.
- Nie drzyj się! - warknął Syri, mocując ze stawiającą opór "zwierzyną". Regulus nadął się.
- Będę! Co wy chcecie mu zro...?!
Lupin doskoczył do niego w dwóch susach, przytykając mu dłoń do ust. Wpatrując się ze stoickim spokojem w zielone oczęta brata swego przyjaciela, w których nagle zabłysły iskierki strachu, przyłożył palec do swych warg.
- Ciii...
Syriusz kopnął Snape'a pod kolanem, stwierdzając, że jego "ofiara" za bardzo się rzuca. Sapnął, kiedy pod Severusem nogi się ugięły i został gwałtownie obciążony.
- A teraz idziemy - szepnął Remus z naciskiem. - Wszyscy.
- Nie rzucaj się tak...! - warknął Syriusz. James podszedł bliżej, chwytając Ślizgona za nogi. Black przeniósł uścisk na wysokość mostka Severusa. Remus chwycił Regulusa za krawat, ciągnąc go za sobą. Kiedy nie chciał iść, Peter dźgnął go różdżką w plecy.
Chcąc, nie chcąc, młody Black musiał iść z nimi.
* * *
Trzasnęły zamykane drzwi toalety, rozległ się grzmot i głuche stęknięcie upuszczanego na podłogę Ślizgona.
- Witamy was serdecznie! - ucieszył się teatralnie Remus, rozkładając ręce.
- Czego od nas chcecie?! - warknął Regulus. Syriusz wycelował w niego palec.
- Z tobą chcę porozmawiać, braciszku.
- Nie jesteś moim bratem!
To było jak uderzenie w pełnym biegu w jakiś mur, albo zmiażdżenie przez spadający fortepian.
Zabolało.
Naprawdę...
Zamrugałem szybko, nie chcąc dać po sobie poznać, jak bardzo mnie te słowa poruszyły. Rozciągnąłem wargi w ironicznym uśmiechu.
- Nie wypieraj się, Reg. Dobrze wiesz, że nimi jesteśmy, czy ci się to podoba, czy nie. Krew zawsze zostaje ta sama, wiesz?
Patrzyłem na niego, na jego twarz, w jego szaro-zielone oczy. Uśmiechnął się krzywo, dumnie prostując.
- Korzeni można się wyprzeć!
- Właśnie to robisz. Poskarżyć się mamusi w liście? Jutro pewnie pojawi się z wielkim hukiem w wielkiej sali na śniadaniu i zrobi drakę, że jej ukochane pieścidełko, jej książątko liliami pachnące, w tiul i atłas od niemowlęcia tulone wypiera się swego pochodzenia... Ach, cóż to się będzie działo!
Regulus milczał przez chwilę, mierząc mnie wzrokiem.
- A więc o czym chcesz ze mną porozmawiać, Syriuszu?
Wiedziałem.
Przeczesałem włosy prawą ręką w tym samym momencie, w którym zrobił to Reg.
- A o czym z tobą rozmawiałem na początku roku?
Prychnął, poprawiając srebrno-zielony krawat. Mój szkarłatno-złoty wisiał sobie swobodnie, luźno przewieszony przez szyję.
- Ośmielę się sądzić, że ostatnim razem jasno dałeś mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego.
- Sam zacząłeś! - zawołałem, celując w niego palcem. - Nadal utrzymujesz swoje stanowisko, że wszystko co nie jest ślizgońskie, to jest złe i niedobre?
- W innych domach sieje się zło i rozpusta, nie ma w nich niczego, co można jeszcze uratować! Te garstki urodzonych na odpowiednim szczeblu są już zbyt zniszczone, wyżarte od zewnątrz i niszczone od środka. Nie da się ich już uratować. Ich można się już tylko pozbyć!
- Regulusie, czy to na pewno ty? Czy pozamieniałeś się na skóry z Lucjuszem? Mówisz jak on!
- Powtarzam to, co mi powiedział!
- BRAWO!!! - wydarłem się, czując, że zaraz nie wytrzymam ze złości, jeśli sobie troszkę nie pokrzyczę.- A WIĘC BĘDZIESZ UTRZYMYWAŁ KONTAKTY TYLKO Z TYMI, KTÓRZY CHODZĄ PRZYWDZIANI W ZIELEŃ I SREBRO, TAK?! DO WŁASNEJ MATKI TEŻ SIĘ NIE ODEZWIESZ, JEŚLI NA JAKIŚ BANKIET ZAŁOŻY BORDOWĄ SUKNIĘ ?!
- Źle mnie zrozumiałeś, Syriuszu - stwierdził ze stoickim spokojem Regulus.
Tak. Zasadnicza różnica między nami. Mnie wyprowadzenie z równowagi to kwestia kilku sekund, paru słów czy jednego spojrzenia. U Regulusa niemal graniczy to z cudem.
Zacisnąłem pięści i powieki, starając się opanować. Drobna dłoń zawędrowała mi na ramię. Zapewne Remus. Westchnąłem ciężko.
- No to o co ci chodzi? - zapytałem drżącym od gniewu głosem.
- O to, że nie liczy się to, jakie barwy ktoś przywdziewa, ile to, jakie jego wnętrze wykłada.
Skrzywiłem się. Jak ja kocham ten język...
- A po ludzku? - zapytałem. Wywrócił oczami.
- Mówię o tych, którzy mają zdrowe podejście do życia.
- Jasne, ty na pewno takie masz - warknąłem.
- Z pewnością lepsze niż twoje, jak ty to mówisz? Ach... BRACIE.
Ręka drgnęła mi konwulsyjnie w nagłej chęci zdzielenia mojego braciszka w pysk.
- Jeśli z taką łaską mierzysz to słowo wymawiać, uchowaj je dla siebie. Na nic się nie zda nieszczera chęć twa - burknąłem. Uśmiechnął się szeroko.
- Jak chcesz, to potrafisz, Syriuszu.
Uśmiechnąłem się wcale nie wesoło, teatralnie skłaniając.
- Skłaniam głowę pokornie i padam do stóp twych, o panie. Jakież to mądrości jeno spłyną z ust twych więcej?
Remus i James wymienili spojrzenia. Unieśli z powątpiewaniem brwi, zgadzając się ze sobą w milczeniu. To może trwać godzinami, jeśli nie dłużej. Tak czy owak, jednak rozmawiają ze sobą...
Potter odkleił więcej taśmy, okręcając ją wokół kostek Snape'a. Remus i Peter w tym czasie przytrzymywali go za ręce. Po chwili zamienili się miejscami. Tak oto spętanego Ślizgona wepchnęli pod umywalki, wracając do biernego obserwowania tworzonego właśnie wersalu przez rodzeństwo Blacków.
- A skoro zacno tak panu przeszkadza inność cieni barwiących me wnętrze, nie znaczy-li to przecie, iż żyć mamy w gniewie? - zapytał Syriusz. Zielonooki Black pokręcił powoli głową.
- Nie, nie znaczy-li tego, jeno tyle, żeśmy nie winni widywać się wśród ludu.
- Ha! - wrzasnął Syriusz, znów jak Syriusz. Stanął do brata bokiem, celując w niego teatralnym gestem ręką. - Jeno się mnie wypierasz, bracie?! - krzyknął.
Regulus powstrzymał parsknięcie śmiechem. Uniósł jedynie podbródek nieco wyżej, przymrużając oczy.
- W sednoś samo trafił, bracie umiłowany.
Starszy Black kaszlnął w pięść, maskując tym samym ochotę do śmiechu.
- Jak to tak można, bracie? Krew jeno jedna, tyle co poglądy inne! Przepaścią ma nam to być, grać przeciw nam?
- Gra grze nie łaska, lecz... - zaczął Regulus. Syriusz machnął ręką.
- Dobra, pas. Nie mogę już dłużej.
Młodszy z braci uśmiechnął się lekko.
- Przepraszam, że tak wtedy na ciebie naskoczyłem, Regulusie. Wkurzyłem się.
- Rozumiem. Mnie również gniew ścisnął obręczą żelazną w sercu i skroniach.
Syriusz jęknął.
- Mówiłem coś!
Regulus wzruszył ramionami.
- Dobrze. Co proponujesz?
Psia Gwiazda milczała chwilę.
- Rób co chcesz i jak chcesz, to mnie nie obchodzi. Gadaj sobie ino... Tfuj! Jak ci się podoba. Ale, cholera jasna, nie wypieraj się, żeś mój młodszy brat! Przecież mamy tylko inne naszywki na szatach, no bądźmy poważni...
Zielonooki skinął głową.
- Racja. Mój błąd.
Hunwot prychnął, zaciskając dłonie w kieszeniach.
- Chyba chciałeś powiedzieć: Nasz.
Podeszli do siebie, wyciągając ręce. Uścisnęli się krótko.
- No, a teraz spływaj, młody! My mamy coś jeszcze do załatwienia. Sio, sio, sio! - zawołał Syriusz, dosłownie wykopując brata z łazienki. Zatrzasnął z hukiem drzwi za pomocą swej nogi. Odwrócił się po chwili i spojrzał w okno. - O, burza się skończyła.
Pozostali Huncwoci wybuchli śmiechem. Black patrzył przez chwilę w powoli jaśniejące niebo, po czym zatarł ręce.
- Dobra, co z nim zrobimy? - zapytał James. Syriusz wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Mumię! Skokonimy go.
- I dolepimy do ściany? - podsunął Remus.
Black klasnął w dłonie. Odkręcając się przodem do Lunatyka, pstryknął palcami i całą dłonią wskazał na blondyna.
- Geniusz.
Po łazience przebiegła fala chichotów, tłumiąc nerwowe sapanie Severusa. Huncwoci doskoczyli do niego jednym susem. Każdy z nich wyjął z wewnętrznej kieszeni szaty rolkę "Iks-elki". Zaczęli więc Ślizgona okręcać, nie mogąc powstrzymać przy tym śmiechu.
Snape nie zamierzał im ułatwiać tej zabawy; rzucał się, furczał i parskał przez nos. Remus wgramolił mu się na brzuch, siadając na nim okrakiem. Przycisnął mu ramiona do posadzki, kręcąc głową.
- Spokojnie. To nie będzie bolało.
James wybuchł śmiechem, widząc to. Syriusz zachichotał.
- Właśnie dlatego bym się bał, Remi. Zawsze się tak mówi.
Teraz z kolei zaśmiali się Peter z Lunatykiem. Remi westchnął.
- No kręć szybciej, no. Nie mamy całego dnia.
- Nie denerwuj się, Luniaczku. Jestem już przy kolanie - oświadczył wesoło James.
- Ale podwójnie go, żeby się nie uwolnił przypadkiem - powiedział Peter. - Nietoperz-wampir na wolności...
- Ahaha! Przykleimy go do ściany do góry nogami! - zawołał ze śmiechem Remi. Poklepał Ślizgona w policzek. - Będziesz ślicznie wyglądał. Przyczepimy cię przodem do lustra, żebyś mógł się widzieć.
- Tak... A nad stopami napisze się kredą "Strzeżcie się! Wylęg nietoperzy!".
- A skąd weźmiesz kredę? - zapytał nieco sceptycznie Peter. James w odpowiedzi sięgnął do kieszeni. - Aha.
- Syri, możesz położyć się na podłodze?... Peter, a ty wyrysujesz kontur jego ciała. Wiesz, żeby było widać, że Snape jest groźny i atakuje - powiedział pogodnie Lunatyk.
Severus z trudem powstrzymywał łzy wściekłości cisnące mu się do ciemnych oczu. Jedno wiedział na pewno:
Nienawidzi tej przeklętej zgrai brudnych, beznadziejnie głupich i żałosnych Gryfonów.
Black posłusznie położył się na posadzce, rozkładając lekko ugięte nogi w kolanach nieco na boki. Jedną rękę położył luźno przy głowie pod kątem prostym, a drugą wygiął obok swego prawego boku. Peter, chichocząc, przykucnął obok i zaczął dokładnie odrysowywać jego kontur.
Gruba, szara taśma izolacyjna uwięziła Severusa już do pasa. Remus zszedł z niego, klękając obok.
- Teraz trzeba ręce... - Nie bez trudu przyłożył ręce stawiającego czynny opór Ślizgona do jego brzucha. James przeciągnął taśmę od jednego boku Severusa, przez ręce, do drugiego boku. Ręce zostały przytwierdzone.
- Syri, chodź! Musimy go podnieść!
Syriusz doskoczył do Lunatyka w mgnieniu oka, susząc zęby w szerokim uśmiechu. Obaj chwycili Snape'a pod łokcie i jednym szarpnięciem podciągnęli go w górę. Pettigrew podparł chłopaka od tyłu, pomagając tym samym postawić go do pionu.
- Tylko się nie szarp, bo upadniesz - powiedział z troską w głosie Remus. Black parsknął w rękaw. Sięgnął po swoją taśmę i zaczął "mumifikować" Ślizgona od ramion w dół. Głowę i szyję postanowili zostawić sobie na końcu.
Kolejne fragmenty odrywanej od rolki taśmy odklejały się z odgłosami przypominającymi trzaski, uwalniając tym samym niemiły dla nosa zapach. Syriusz jednak przysunął twarz do kawałka oderwanego plastra i wciągnął powietrze. Po krótkiej chwili ponowił gest.
- Co ty robisz? - zdziwił się Remus, odrywając od krycia głowy Ślizgona. - Zdurniałeś? Nie rób tak.
Black wzruszył ramionami.
- Jakby mi w czymkolwiek miało to zaszkodzić.
Remus jedynie pokręcił z dezaprobatą głową. Syriusz jednak posłusznie powrócił do owijanie Snape'a.
- Jak nie widać reszty twarzy, to oczy ma nawet ładne - stwierdził kilka minut później James. Reszta Huncwotów w odpowiedzi wybuchła głośnym śmiechem, a Severus z całej siły zacisnął powieki. Zrobiło mu się niedobrze ze złości. Nie mógł jednak zrobić nic poza wyklinaniem ich w myślach. Och, gdybym miał w ręku różdżkę! - jęknął do siebie we własnej głowie.
- Dobra, doklejamy naszego nietoperza do ściany! - zarządził Black. Remus westchnął, kręcąc jasnowłosą główką.
- Dobra, dobra. Syri, jak ty go zamierza... Aaaah... - szepnął, widząc jego znaczące spojrzenie. Sięgnął do kieszeni po różdżkę. - Wingardium Leviosa!
Srebrna mumia z oczami ziejącymi żądzą mordu uniosła się kilka cali nad posadzkę. Kuzyni podeszli nieco bliżej, względnie delikatnie obracając ją w powietrzu głową do dołu. Remus przelewitował go tak blisko ściany, jak tylko mógł. Black i Potter natychmiast doskoczyli z taśmą.
- Tylko błagam was, mocno go przyklejcie, bo jak zleci to sobie ukręci kark - jęknął Lupin. Syri skinął głową.
- Ta jest, panie kierowniku!
Szybko, sprawnie i dokładnie przykleili Ślizgona do ściany.
- Powinien się trzymać - mruknął Peter. Syriusz pokiwał głową, chichocząc.
- Co? - zdziwił się Remus.
- To ten sam kibel, w którym w poprzednim roku znokautowaliśmy Malfoy'a... Pamiętasz, Jamie?
- Nom. Ta toaleta niedługo będzie zawierać całą historię nas, Huncwotów!
Remus odwrócił się, pochodząc do umywalek. Sięgnął po mydło w kostce, leżące na jednej z kamiennych mydelniczek. Po krótkiej chwili namysłu stanął na palcach, starając się sięgnąć jak najwyżej na lustrze. Przycisnął wyrób do mycia rąk do gładkiej tafli i zgrabnie wykaligrafował:
HUNCWOCI TU BYLI!!!
Odłożył mydło na miejsce. Odwrócił się w idealnym momencie, by zobaczyć, jak Syriusz kredą na ścianie to, co dyktował mu James.
Tu spoczywa jedyny prawdziwy król i władca Egiptu. Ten, któremu odważy się z niego śmiać...
- ...zostanie dotknięty Klątwą Tutenhamona - przeczytał na głos Peter. Zachichotał.
Black odsunął się, z przechyloną na bok głową podziwiając swe dzieło. Oddał kuzynowi kredę.
- Chodźmy już lepiej - mruknął Remus.
James bezceremonialnie wrzucił kredę do otwartego sedesu i wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Peter i Remus poszli w jego ślady. Black zatrzymał się jednak w progu, posyłając Ślizgonowi głęboki ukłon.
- Niech żyje król... - mruknął, po czym wybuchł śmiechem. Zatrzasnął z hukiem drzwi.
Severus westchnął ciężko, w końcu pozwalając zbierającym się w jego ciemnych oczach łzom swobodnie wypłynąć.
Nienawidził ich.
Tego był pewien.
* * *
- Kto ci to zrobił? - zapytał kilka minut później Lucjusz Malfoy, kiedy z niewielką pomocą Regulusa zdjął Severusa ze ściany. Posadził go na podłodze. - Szybko nie będzie bolało... - mruknął, po czym gwałtownym ruchem zerwał mu taśmę z ust.
Chłopak skrzywił się, zaciskając powieki. Syknął cicho.
- Regulusie, idź po profesora Slughorna. Wiesz, gdzie to jest - rzucił władczo Lucjusz. Black skinął głową, szybkim krokiem opuszczając łazienkę. Blondyn ponownie spojrzał na młodszego kolegę.
- Ci przeklęci Gryfoni! Black, Potter, Lupin i ten mały Pettigrew! - krzyknął Severus, czując, że złość trawi go od środka.
Malfoy ruchem różdżki uwolnił mu ręce, dzięki czemu brunet mógł ukryć twarz w dłoniach, co też natychmiast zrobił. Westchnął ciężko. Lucjusz poklepał go po ramieniu.
- Ciekawe, czy będą tacy dumni z siebie, kiedy trafią do McGonagall na dywanik - mruknął czarnooki dwunastolatek. Blondyn spojrzał na lustro.
- Huncwoci tu byli... - przeczytał cicho. Parsknął ironicznie pod nosem. - Piękną nazwę sobie nadali. A McGonagall na pewno będzie wściekła...
Kolejnym ruchem nadgarstka rozciął taśmę krępującą nogi młodszego Ślizgona. Podał mu rękę, pomagając wstać.
- Nienawidzę ich - szepnął chrapliwie Snape. Zacisnął mocno powieki oraz drżące od gniewu dłonie w pięści.
- Spokojnie - powiedział cicho Lucjusz, słysząc zbliżające się kroki nauczyciela. - Długo cieszyć się nie będą...
* * *
- A jaką miał minę! - zawołał przez śmiech James. - Prawie się popłakał!
Syriusz i Peter zawtórowali mu donośnym rechotem. Remus tylko cicho zachichotał.
Od czterdziestu minut leżeli na łóżku Blacka w dormitorium, pokładając się ze śmiechu. Ilekroć próbowali przywołać się do porządku, któryś zaczynał się cicho cieszyć, prowokując tym samym resztę. Zaraźliwe odgłosy, jak to ujął Lunatyk.
W pewnym momencie drzwi od dormitorium otworzyły się, ukazując im rozjuszoną opiekunkę domu.
- Huncwoci? - zapytała z dziwnym grymasem na twarzy. Potter natychmiast skinął głową. - A więc za mną, żartownisie - powiedziała wściekła, po czym wyszła.
Remusa natychmiast opuścił dobry humor.
- Cholera... - szepnął.
Black wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Nie wyskakuj z gaci, Remi!
Wstał, odrzucając poduszkę.
* * *
- Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z tego, jacy jesteście nieodpowiedzialni?! Huncwoci! Też mi coś! Powinniście podpisywać się nieco inaczej! - krzyczała profesorka, zdzierając sobie gardło już od piętnastu minut.
- Idioci? - podsunął z wesołym uśmieszkiem James. Profesorka uderzyła w blat swojego biurka długą, drewnianą linijką. Remus wzdrygnął się niekontrolowanie, podobnie jak Peter nerwowo przełykając ślinę. Syriusz jedynie przymrużył oczy, wykrzywiając usta. Jamesowi wyrwało się ciche: "Ojej!...".
- Macie miesięczny szlaban i Gryffindor traci trzydzieści punktów za każdego z was!
- Ile?! - zawołał z niedowierzaniem Pettigrew.
- Po pięćdziesiąt za każde z was! - wrzasnęła wściekła, robiąc się karmazynowa na twarzy. Remus poczuł, że miękną mu kolana. - Gdybym mogła wyrzuciłabym was ze szkoły, ale profesor Dumbledore twierdzi, że ten WYSKOK jeszcze nie kwalifikuje się pod dyscyplinarne skreślenie z listy uczniów! A teraz zejdźcie mi z oczu i nie pokazywać się do lekcji transmutacji! I NIECH MI KTÓREŚ CZEGOŚ NIE BĘDZIE UMIAŁO!!! - ryknęła.
- Tak jest! - zawołali, o dziwo dla nich samych, zgodnie. Zasalutowali, po czym odwrócili się i jeden po drugim wymaszerowali z gabinetu, zamykając za sobą drzwi.
James i Syriusz przybili piątki, chichocząc szaleńczo.
- Dwieście punktów - mruknął martwym głosem Remus. Pokręcił głową, odgarniając włosy za ucho. Uśmiechnął się, czując niezrozumiałą dla niego samego dumę. - Och, przechrzci nas Gryffindor...
- Ale super... - szepnął Peter. - Chłopaki, rządzimy!
Profesor Minerwa McGonagall opadła ciężko na krzesło, rozmasowując skronie.
- Huncwoci... - mruknęła. Spojrzała na drewnianą linię. - Och, będą z wami kłopoty...
32. Bracia krwi. Wpis dodał jeden z Huncwotów Sobota, 06 Marca, 2010, 20:10
Notka z dedykacją dla Doo, a jakże. Oraz dla Niki, która skomentowała poprzedni wpis.
Zapraszam również do pamiętnika Remuska. Tam nie ma żadnych komentarzy, a fe!
Głuche łomoty o wschodzie słońca poderwały Pettigrew. Usiadł szybko, rozsuwając zasłony. Wrzasnął ze strachu, widząc, że coś wyraźnie usiłuje wydostać się z szafy. Wyskoczył z łóżka, doklejając się plecami do ściany.
- Co jest?... - zapytał sennie James, macając na oślep ręką po szafce nocnej. Palce trafiły na okulary. Chwycił je, szybko zakładając. Spojrzał na wyraźnie przerażonego Petera. - Tobie co? - zdziwił się.
Chłopak o włosach delikatnie wpadających w rudy wskazał ręką na szafę.
Syriusz wygramolił się ze swojego łóżka, podchodząc do mebla.
- Remus, uspokój się! Szafa się zacięła, nie wariuj bo ci powietrza braknie! - zawołał, patrząc z nietęgą miną na wystający spod drzwiczek rąbek szalika.
Remus nie odpowiedział. Przekręcił się, podkulając nogi. Teraz było mu jeszcze bardziej niewygodnie i ciężej było mu złapać oddech. Nabrał powietrza przez rozchylone usta, opierając stopy na jednej z szerszych ścianek. Uprzednio wymacał dłonią przerwę w desce, chcąc znaleźć miejsce, w które ma kopać. Zacisnął dłonie w pięści, starając się wyobrazić sobie, że nie jest tym drobnym blondynkiem zamkniętym w ciasnej szafie, tylko o wiele większą istotą. Taką z ostrymi pazurami, silnymi kończynami i wielkimi zębami...
Otworzył oczy, jarzące się w ciemnościach złotem tęczówek. Zaparł się, po czym szybko jeszcze mocniej przyciągnął nogi do piersi. Rozprostował je, uderzając w blokadę jego ruchów najmocniej jak mógł. Nagle ogarnęła go niepomierna wściekłość. Jakim prawem coś pozwala sobie mu go zatrzymywać wbrew jego woli?! Ponowił ruch.
Syriusz wytrzeszczył oczy, widząc jak cały mebel dygoce. Pokręcił głową.
- Nie, nie kop! - wrzasnął, domyślając się, cóż to Remusek wyrabia. - Luniaczku, nie! - jęknął. Rzucił się "na szczupaka" do swojego łóżka, wyciągając ręce przed siebie. Padł płasko na łóżko, sięgając do szafki nocnej.
TRZASK!
Posypały się drewienka, zawiasy stęknęły żałośnie. Remus wytoczył się z wnętrza mebla, dysząc ciężko.
- O... kurdę... Ufff, uff!
Skulił się, przykładając czoło do podłogi.
- Jak ty to zrobiłeś?... - zapytał cicho James, przyklękając obok. Nie sądził, że owa kruszyna mogłaby rozłupać grube dębowe drzwi. Remus podniósł wzrok. Potter wzdrygnął się, widząc świecące oczy przyjaciela. Cofnął się. - Oooo...
- Już nigdy - mruknął blondynek, wstając. Potrząsnął głową, zakrywając twarz dłońmi. Opuścił ręce, wyglądając już normalnie. - Naprawdę, już nigdy nie będę narzekał na to, że jestem wilkołakiem! - powiedział, wstając.
Peter uniósł brwi.
- Zaraz... To ty...
- Nie, sąsiad z bloku. Nie wiedziałeś, że każdy mieszaniec może wykorzystywać swoje zdolności kiedy tylko chce?
Syriusz uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- No tak. Wielka siła. Rozumiem... Nie bolą cię nogi?
Lupin pokręcił głową.
- Remus - zaczął podniesionym głosem James. - Jedenastoletni wilkołak, który potrafi wymusić na sobie używanie swych futrzastych zdolności!
- Nie próbuj mnie pocieszać, Jamie. Muszę napisać wypracowanie z eliksirów. Dzisiaj. Do tego moje "zdolności" mi się nie przydadzą - mruknął Lupin, podchodząc do swojego kufra. Wyjął z niego ciemnobrązowe sztruksowe spodnie i koszulę.
- Biedny Remi - szepnął współczująco Peter. Syriusz pociągnął nosem, kręcąc głową.
- Tak... Z każdą kolejną stawianą literką w eseju ma coraz brutalniejsze myśli samobójcze...
- Och tak, tak! - zawołał Remus, wskakując na swoje łóżko. Zamachał nad głową trzymanymi ręku ubraniami. - Najpierw utopienie w misce płatków. Później w sedesie! Następnie skok z krawężnika na główkę. Chwila później przedawkowanie witaminy ce!. Aż w końcu dochodzę do kulminacyjnego momentu, do najbardziej przerażającej wizji! - krzyczał, miotając się po łóżku i żywo gestykulując. Odzież spadła gdzieś na parapet. Remi wzniósł oczy i dłonie do sufitu. - Poślizgnięcie się na skórce od banana...
Syriusz, James i Peter zachichotali.
Remus opuścił ręce, zamykając oczy. Oparł podbródek na piersi, powoli przyklękając.
- I wtedy widzę ich wszystkich. Moją matkę, ojca... Nawet kosmitów. Jak stoją nad moim grobem z pudełka po domino i wytykają mi wszystkie moje błędy... Jak przedziurawiłem spodnie na tyłku. Jak nie chciałem jeść szpinaku, jak nie lubiłem mleka... Albo co celowo nie przewinąłem rodzeństwa, przez co porobiły im się odparzenia na małych tyłkach... Na żelki Haribo, jak się wtedy darły!
Remus westchnął ciężko, zaciskając powieki. Potrząsnął głową, udając, że ociera wyimaginowane łzy. Uchylił powieki i kontynuował łamiącym się głosem:
- Nigdy sobie tego nie wybaczę. Jak ja mogłem nie chcieć jeść tej zielonej kupy na talerzu?! - załkał, rzucając się na materac. - Przecież to jest.... Zdrowe. A przez wrzaski Jo i Jacoba prawie mi uszy pękły! Aż musiałem wziąć walkmana!
James nie wytrzymał. Zaczął się głośno śmiać. Syriusz i Peter również ryknęli śmiechem, kiedy Remus na podłogę i zaczął się na niej wycierać, wydając z siebie pełne żałości jęknięcie.
- Nie zniosę dłużej tej sromoty mego życia! Chłopcy, dobijcie mnie! Dobijcie mnie!
- Kto z nas ma to zrobić? - zapytał cicho Syriusz, przyklękając obok niego. Chwycił jego drobniutką dłoń. Remus wzniósł na niego swe złote oczy, przestając się wierzgać.
- Ty... Ty to zrób, Syri... Zabij mnie. Dobij... Ukróć me cierpienia... - Oparł czoło o jego kolano. - Zaśpiewaj coś!
James wygiął się w tył groteskowym łukiem, rozdziawiając usta w potężnym ryku. Peter zwinął się na podłodze, pokwikując cicho. Black fuknął, odrzucając rękę Lupina. Wstał, odchodząc na kilka kroków. Stanął pod oknem.
- Jak sobie życzysz! - oświadczył podniesionym głosem. - Może być Queen?
- Może - przytaknął Remus. Zakrył oczy ręką, czekając na swój koniec.
Syriusz nabrał powietrza, postanawiając nie zaczynać od początku piosenki.
Czy jest w tym jakaś magia
Jest w tym jakaś magia, to może być tylko jedno
To szaleństwo, które trwa tysiąc lat, wkrótce przeminie
Ten płomień palący me wnętrze
Słyszę tajemne harmonie
Lupin jęknął głośno, wyginając się pod dziwnymi kątami w udawanej agonii. James i Peter dzielnie tłumili śmiech, a Syriusz z mściwym uśmiechem zaczął wrednie fałszować, zmieniać głos w nieprzyjemne dla ucha skrzeki czy piski.
Jedno pasmo światła, które wskazuje drogę
Żaden śmiertelnik nie może zwyciężyć dzisiaj
Jest w tym jakaś magia
Dzwon dźwięczący w twej głowie
Wyzywa wrota czasu
Jest w tym jakaś magia
Oczekiwanie zdaje się wiecznością
Dzień zaświta trzeźwym wejrzeniem
- Dość! - wrzasnął nagle Remus, zrywając się. Przyciskał dłonie do uszu. - Zaraz naprawdę nie wytrzymam!
Syriusz zarechotał złym śmiechem czarnoksiężnika, zaczynającego się od mrożącego krew w żyłach: "Buahahahaa!". James parsknął, poprawiając okulary. Remus naprawił mu je poprzedniego wieczora.
- Dobra, dobra. Wiemy, że jesteś zły i niedobry, że masz to we krwi, ale... Odpuść sobie.
Syriusz udał obrażonego. Głośno tupiąc poszedł do łazianki, zatrzaskując za sobą drzwi.
- A ja chciałem iść na siku, no - powiedział smutnym głosem blondynek. Wiercił stopą dziurę w betonowej posadzce. Peter parsknął.
- Będziesz musiał poczekać.
- Ale ja chcę teraz! - jęknął. Dopadł do drzwi, zaczynając w nie wściekle łomotać. - Syri! Otwórz!
- Nie! - odpowiedział głos Syriusza. - Zostałem znieważony! Muszę wycierpieć swoje w samotności!
- Ale ja muszę do łazienki! - zaszlochał na niby wilkołak. Osunął się na podłogę, uderzając delikatnie głową w drzwi. I znowu. I jeszcze raz.
- A ja muszę zrobić coś niezwykle intymnego! - odparsknął Syriusz.
- Kupkę?! - zakrzyknął James z parapetu. Peter złożył usta w dzióbek, wychodząc niepostrzeżenie z sypialni.
- Ty świnio! Jak możesz mi zarzucać robienie tak paskudnych rzeczy?! - ryknął Syriusz, wyskakując z łazienki. Otworzył gwałtownie drzwi, uderzając nimi Remusa. Owe "wrota" otwierały się do zewnątrz.
Remus przetoczył się dwa razy, nie próbując stawiać oporu.
- Umarłem - stwierdził w chwili grobowej ciszy, która zapadła w dormitorium.
Black doskoczył do Pottera.
- Jak mogłeś? - zapytał, całkowicie ignorując martwego Remusa. James wzruszył ramionami.
- Normalnie. To wcale nie było trudne.
Skierował orzechowe oczy na wilkołaka leżącego obok butów Petera. Blondynek westchnął ciężko, krzywiąc się.
- I tak oto, Remus wydał z siebie swój ostatni dech - skomentował Syriusz, wyciągając z kufra skarpetki.
Lupin parsknął, podnosząc się. Skrzywił się wymownie.
- Co tak śmierdzi? - jęknął, zatykając nos. Rozejrzał się, a jego wzrok padł na peterowe kapcie. Uniósł brew, opuszczając rękę. - No tak - mruknął. Pociągnął nosem. - I tak oto, wszystko stało się jasne.
W dormitorium ponownie zapadła chwila ciszy.
- O nie - szepnął James.
- Hmm? - wydał z siebie Remus, drepcząc w miejscu i zaciskając uda.
- Co ty robisz? - zapytał Black, wiążąc sznurówki trampek.
- Muszę siku - mruknął Remus, zaczynając podskakiwać w miejscu. - James, co "o nie?".
- Już nic.
- A co było? - dociekał Remus, zaczynając wykonywać dziwne akrobacje.
- W naszej przyjaźni zaczyna zapadać cisza - powiedział dramatycznym tonem. - Znamy się nieco ponad rok a już kończą się nam tematy do rozmów...
- Luniek, ty lepiej idź do tej łazienki, bo się nam zaraz zmoczysz.
- Nie chce mi się! - jęknął. Zamarł nagle, patrząc na nogę jednego z łóżek. - Luniek?
- No, od "Lunatyka".
Widząc wlepione w siebie duże, złote oczy przyjaciela, wywrócił swoimi stalowoszarymi.
- Bo lunatykujesz.
- Że jak? - parsknął Remus, robiąc żałosną minę. Potrząsnął głową, na jednej nodze udając się do łazienki. Nie racząc zamknąć za sobą drzwi, dopadł do muszli klozetowej.
- Co za brak skromności! - stwierdził ze złością James.
- Odczep się, i tak stoję tyłem do was! - zawołał Remus, potrząsając jasnowłosą głową. Pióra zatańczyły wesoło w powietrzu.
- A swoją odrębną, polną drogą z wybojami, to ten pseudonim i tak dobrze do ciebie pasuje - stwierdził Black, wchodząc do łazienki. Remus wykrzywił usta.
- Syri, to, że nie zamknąłem drzwi, nie znaczy, że czyjaś obecność mi nie przeszkadza. - Spuścił wodę, drugą ręką poprawiając ubranie, a Black doskoczył do niego w dwóch susach.
- Ej! - wrzasnął ze złością blondyn, kiedy poczuł oddech Blacka na karku. Syriusz parsknął, odwracając się.
- I tak nic nie widziałem.
- I twoje szczęście - burknął wilkołak. Syriusz zachichotał, wychodząc z łazienki.
- Nie wiem, jak wy, ale ja mam dziką ochotę trochę poświrować - mruknął James na śniadaniu. Remus wzruszył ramionami, sięgając po koszyk z bułkami.
- To świruj, broni ci ktoś?
- To dawaj, kuzynie! - ucieszył się Black. - Obaj uwolnimy swojego zwierza!
Remus posłał mu zgorszone spojrzenie.
- No co?
- Nic - powiedział zmęczonym tonem Remus. - I tak nie zrozumiesz.
- Masz mnie za idiotę? - zapytał Syriusz, jeżąc się. Lupin zrobił wielkie oczy, kładąc sobie dłoń na piersi.
- Ja? Skąd! Za kogo ty mnie masz?
Syriusz przybrał zadowoloną minę. Rozejrzał się po sali, myśląc nad jakimś sensownym zajęciem. Remus westchnął, mrucząc pod nosem coś, jak brzmiało: "Idiota...".
- Hej! - wrzasnął Black na pół sali. Zaskoczony Remus upuścił kanapkę, która spadła mu wierzchem do dołu. Podniósł bułkę, z niezadowoloną miną podziwiając piękne plamy dżemu na brązowym materiale. - Słyszałem to!
- Co? - zdziwił się James, wyrywając z zamyślenia. Black wskazał na Remusa widelcem, prawie wsadzając mu jego ząbki między oczy. - Nazwał mnie idiotą!
- Weź mi to sprzed twarzy! - sapnął, opędzając się. - Że ja?! - wrzasnął z nagłą irytacją. Wstał, odsuwając ze zgrzytem ławkę. - Ja nazwałem cię idiotą?! JA?!
- A nie?!
- Słyszysz głosy! - oskarżył go wilkołak. Black również się zerwał, uderzając rękami w blat. Trafiona rozpędzoną dłonią łyżka w wazie z sosem wyleciała w powietrze, ochlapując zawartością naczynia Pottera i siedzącego obok Prewett'a z trzeciego roku.
- Ty naprawdę masz mnie za idiotę! - zawołał ze złością Black.
- Idiota, idiota! - powtórzył jak nakręcana zabawka Lupin, wykonując przy tym dziwne wygibasy. Syriusza zatelepało ze złości. James nagłym pomysłem zanurkował pod stół, opadając na kolana i ręce. Wsłuchując się w kłótnię Syriego i Rema, która w całej sali była doskonale słyszalna. Po części dlatego, że rozmawiali ze sobą naprawdę głośno, a po części, że poza nimi nikt się nie odzywał.
Na czworaka dotarł do nóg Syriusza. Przysunął się na tyle blisko, że bez trudu mógł dosięgnąć ją zębami. Rozwarł szczęki i mocno wbił je w łydkę kuzyna.
Syriusz zawył jak zraniony pies, obronnym gestem odskakując w tył. Upadł na ziemię jak przewracana woskowa rzeźba, obijając sobie boleśnie łokcie i pośladki.
- Czy wyście do reszty zdurnieli?! - ryknął O'Blansky, pojawiając się book nich jak duch. James przestał warczeć i szarpać nogawkę czarnowłosego współlokatora z dormitorium. Wypluł materiał jego spodni, podnosząc na profesora zdumione spojrzenie. Syriusz przestał się wydzierać jak zarzynane prosię, a Remus jak na komendę przestał się zwijać ze śmiechu na posadzce. Podniósł się, przydeptując skraj peleryny od mundurka.
- Banda idiotów! - zawołał rozzłoszczony nauczyciel.
- A nie mówiłem? - zapytał cicho Remus, patrząc na Syriusza z pełnym satysfakcji uśmiechem. James parsknął.
- Śmieszne - warknął Syriusz, krzywiąc się od bólu nogi. - Debilu! - zawołał, uderzając Jamesa w tył głowy.
- SPOKÓJ!!! - huknął profesor. Chłopcy zamilkli. - Macie w tej chwili opuścić salę, albo dostaniecie miesięczny szlaban! - wrzasnął.
James, Remus i Syriusz wymienili spojrzenia. Odwrócili się, kierując w stronę wyjścia.
- Nerwowy jakiś - stwierdził pogodnie James, jakby profesora w ogóle nie było w sali.
- Za mało rozrywek, ot co - burknął Syriusz. Remus tylko pokiwał głową, wsuwając ręce do kieszeni.
- JAZDA! - zagrzmiał dymitr.
Chłopcy puścili się biegiem, wyrzucając ręce nad głowy. Wymachując nimi dziko, wysoko unosząc kolana, wybiegli z sali, wydając z siebie donośne: "Łaaaa!!".
Alan O'Blansky zmrużył oczy.
- Co za huncwoci! - stwierdził tonem przebrzmiałym irytacją.
Trójka chłopców, która przed pięcioma minutami została nazwana huncwotami, wpadła z hukiem do pierwszej lepszej sali, dysząc ciężko od biegu i dusząc od śmiechu.
- A to dobre! - wykrztusił James.
- Zgubiliśmy Petera - zauważył Remus, próbując złapać oddech.
- Że jak on nas nazwał? - zapytał Syriusz, pokasłując.
Wymienione trzy zdania zostały wypowiedziane w tym samym czasie, co jeszcze bardziej rozbawiło zziajanych dwunastoletnich Gryfonów.
- Jak on nas nazwał? - powtórzył Syriusz. Lupin zmarszczył czoło, wdrapując się na katedrę. james uniósł brwi.
- Ale kto?
- No, pan sor O'Blansky!
- Sor?... - powtórzył Remus. Syriusz skinął głową.
- Zamiast "psor". "Sor" brzmi ładniej.
James zachichotał, podchodząc do okna.
- Coś na "ha" chyba. Jak sądzisz, Remi?
- Nie słyszałem, byłem zajęty darciem się - stwierdził beznamiętnie. Milczał przez chwilę. - A nie, wiem! "Huwoci"... Dobrze, że wiem, co to jest.
- Nie ma czegoś takiego!
- Nie, nie, nie... - powiedział cicho James. Remus wzruszył ramionami.
- Nie krzycz na mnie, mogłem źle usłyszeć.
- Nie przestanę!
- Wasze zdolności zaczynania zdań powalają! - zawołał wesoło Potter.
- Nie komentuj! - zawołali zgodnie Black i Lupin. Okularnik pokręcił głową, chichocząc.
- Chłopaki, zlitujcie się. Ciągle zaczynacie od "nie".
- Nie prawda - bąknął Remus.
- Nie kłam, Luniaczku - powiedział cicho Syriusz.
Potter ponownie zaniósł się śmiechem.
- Znowu to samo!
- Nie nasza wina - stwierdził beznamiętnie szarooki.
W sali zapadła cisza. Remus potrząsnął głową.
- Nie ma czegoś takiego, jak "huwoci".
- Nie zawracaj sobie tym głowy, Remi. Źle usłyszałeś i tyle - powiedział pocieszająco Syriusz.
- Chodźmy do wieży, może Peter już tam jest.
Blondynek zeskoczył z katedry, a Syriusz zebrał swe obolałe pośladki z blatu ławki. James dopadł do drzwi.
Artur Weasley roześmiał się głośno, puszczając trójkę drugorocznych Gryfonów przodem. Wszedł za nimi, zamykając za sobą przejście.
- Peter! - zawołał James, dopadając do przyjaciela. Zarzucił mu ręce na szyję. - Jak my tęskniliśmy!
- My? - zdziwił się Remus. - Ja jeszcze nie zdążyłem, mów za siebie.
Syriusz parsknął, doskakując do jednej z kanap. Rzucił się na nią, niebywale wdzięcznie okręcając w powietrzu. Opadł na nią ciężko plecami i podłożył ręce pod głowę.
- Kelner, lemoniada - mruknął jeszcze, przymykając oczy.
- No nie przesadzaj - powiedział Remus, po czym bezceremonialnie i niezbyt delikatnie klapnął tyłkiem na blackowy brzuch. Syriusz stęknął, krzywiąc buźkę.
- Oszalałeś?!
- Ty zająłeś całą kanapę, nie ja. Nie marudź, przecież muszę gdzieś usiąść!
- Obaj jesteście bardzo skromni - stwierdził prefekt. Syriusz uśmiechnął się szeroko.
- A jak, skromność to moje drugie imię!
- Skromność? Myślałem, że Alphard, po ojcu chrzestnym - powiedział święcie zdumiony James. Remus plasnął się otwartą dłonią w czoło, a Syriusz zamknął oczy, z trudem hamując drganie kącików ust. - No co?
- Nieważne. Zmieńmy temat - powiedział szybko Peter, nie przestając bawić się recepturkami, rozciągniętymi między palcami jego dłoni.
- No dobra! - zawołał Remus. - Arturze, nie wiesz może, co to ten "huwot"?
- Huwot? - powtórzył jak echo Wealsy.
- No, tak nas nazwał profesor - oświecił go Potter.
Rudzielec wybuchł śmiechem, odchylając głowę do tyłu.
- Nie, nie nazwał was tak! - zawołał przez śmiech. - Źle musieliście usłyszeć. Użył określenia: Huncwoci.
- Huncwoci? - zdziwił się Peter.
- Same zdarte płyty, no - mruknął Black. Remus zachichotał, w lot chwytając ową metaforę. Spojrzał na Syriusza "wesołym" spojrzeniem, na co ten wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- A co to ten huncwot? - zapytał James, stwierdzając, że jest nie poinformowany w tej kwestii.
- Huncwot to jest raczej niezbyt popularne określenia na osobę, która często broi, robi sobie różne żarty i niemal ciągle łamie regulamin.
- Niemal ciągle? - mruknął Remus. - Czuję się urażony...
Peter parsknął.
- A co ja mam powiedzieć?
- Oświecę cię - odparł natychmiast Black, unosząc się na łokciu. - Patrz mi na usta, bo to bardzo ważne i trudne do powtórzenia: obsmarkałem się.
Pettigrew szybko zakrył twarz, a wilkołak wybuchł śmiechem. Artur podał Peterowi chusteczkę. Chłopiec wymamrotał podziękowanie, odwracając się do rozmówców tyłem.
James wskoczył na drewniany stolik.
- Nie radzę - powiedział pogodnie prefekt. Okularnik machnął ręką.
- Chłopcy... To początek naszej rozróbczej pracy!
- Rozróbczej pracy? - powtórzył Peter. Syriusz i Remus zdławili śmiech.
- Tak! Nie możemy tak po prostu zignorować nazwania nas huncwotami!
- No, skoro pan profesor tak ładnie poprosił - powiedział cicho Syriusz.
- Panowie - powiedział podniesionym głosem Remus. - Idziemy na górę. Szybko! - zawołał. James podskoczył wesoło, na co stolik trzasnął głośno, załamując się pod dwunastolatkiem.
- Nie żebym cię za to winił, James, ale to twoja wina - stwierdził beznamiętnie Syriusz.
- My idziemy, Arturze - powiedział Potter, ignorując owe oskarżenie. Weasley skinął głową.
Chłopcy potruchtali do swojej sypialni, zostawiając popsuty stolik samemu sobie.
- No dobra - powiedział Remus, kiedy już byli sami w sypialni i stali w kółeczku, bardziej jednak przypominającym kwadrat. - Jak zauważył Syriusz, profesor tak ładnie nas poprosił, używając pięknej metafory. Jak słusznie stwierdził James, nie możemy tego tak po prostu zignorować.
- Więc? - zapytał Peter, zwieszając głos.
- Jak to, co? - zapytał Syriusz. - Od tej chwili jesteśmy Huncwotami!
- A Huncwoci zawsze razem, choćby nie wiem, co! Po śmierć i dłużej! - zawołał w euforii James. Wyciągnął lewą dłoń. -Dajcie lewe ręce. Koniecznie lewe! Wiecie, od serca - dodał, falując brwiami.
Położyli swe lewe na dłonie, jedną na drugiej. James, Syriusz, Remus i Peter.
- Przysięgacie czy w dzień, czy to w noc dzielnie łamać szkolny regulamin? - zapytał okularnik. Chłopcy skinęli głowami.
- Przysięgamy - powiedzieli jednocześnie. Żaden nawet się nie uśmiechnął.
- Czy przysięgacie z dumą przyjmować kolejne szlabany i odjęte punkty?
- Przysięgamy!
- A czy przysięgacie wymyślać coraz to lepsze sposoby umilania uczniom życia?
- Przysięgamy.
- A czy już zawsze, zawsze będziemy razem?
- Zawsze!
- Kim jesteśmy? - zapytał, patrząc na nich roziskrzonymi oczami.
- Huncwotami! - odkrzyknęli Syriusz, Remus i Peter.
- Teraz i zawsze?
- Teraz i zawsze!
- Zgadzam się, ot co - powiedział Potter. Zamyślił się. - Musimy jakoś zaznaczyć, że my, to my! Z wielkiej litery!
- Może jakieś znamię, czy coś? - podsunął Remus. Peter zagryzł wargę.
- Takie widoczne - dodał nieco ciszej blondynek. Potter klasnął w ręce.
- No jasne! Wytniemy sobie na dłoniach duże ha! Najlepiej na lewej dłoni, tak między kciukiem a palcem wskazującym. Ma ktoś jakiś nożyk?
Syriusz sięgnął do kieszeni, wyciągając z niej scyzoryk. Zawsze nosił go przy sobie, odkąd dostał go od ojca chrzestnego. Zostawiał trwałe ślady we wszystkim, co przeciął. Nie było też zamka, którego nie dałby rady otworzyć.
- Daj rękę, Jamie - powiedział nieco rozkazującym tonem. Potter posłusznie wyciągnął ku niemu dłoń, a Black wyjął ostrze. Zagryzając wargę w skupieniu, naciął skórę kuzyna, wycinając wyraźny znaczek.
Po kilku minutach, w czasie trwania których słychać było tylko posykiwania czy przyspieszone oddechy, cała czwórka miała "wyrżnięte" w skórze doskonale widoczne znaczki. Wielką literę "H".
- Uła... - mruknął Remi, patrząc na krew płynącą mu po nadgarstku.
- Ha, ha, bracia krwi! - parsknął Syriusz. Peter uniósł brew.
- Czemu nie?
Chwila ciszy.
- Jesteśmy braćmi z wyboru, moi drodzy - powiedział uroczystym głosem James. Złapał Petera za nadgarstek. Potarli o siebie krwawiącymi rozcięciami na ich rękach, krzywiąc się lekko. Remus i Syriusz powtórzyli ten gest. Zrobili tak we czwórkę, każdy z każdym.
- Połączeni wolą, krwią i szczerą chęcią - zaczął James. - Tak narodziliśmy się my, Huncwoci.
Syriusz uśmiechnął się chytrze.
- Hogwart będzie nasz...
31. Lunatyk. Wpis dodał jeden z Huncwotów Piątek, 26 Lutego, 2010, 20:47
Z dedykacją dla Rogacza.
- Gdzie jest Seisi?! - ryknął Remus, stojąc na swoim łóżku.
- Nie ma go na poduszce? - zapytał sennym głosem James. Remusowy okrzyk wyrwał go se snu. Syriusz usiadł, rozglądając się przelotem nie do końca przytomnym wzrokiem. Peter stoczył się z łóżka.
- Nie ma - jęknął z rozpaczą Lupin. Bruneci zgodnie odrzucili kołdry, wstając z łóżek. W obliczu traumy Remusa nie mogli przecież leżeć spokojnie!
- Z dormitorium na pewno nie uciekł - powiedział Peter, zaglądając pod swoją poduszkę. - Drzwi przez całą noc były zamknięte. Chyba, że o czymś nie wiem - dodał po chwili, zerkając na Syriusza. Skrzywił się, widząc jedynie wypięty w jego stronę tyłek czarnego, kiedy Black siedział do połowy pod łóżkiem.
- Nie rozumiem, dlaczego nazwałeś swojego szczura po japońsku - zawołał James z baldachimu swojego łóżka. Tajemnicą zostanie, w jaki sposób na niego wszedł.
- Bo kocham ten kraj - odparł jękliwym tonem Remus, ostrożnie grzebiąc w kufrze.
- Remusie! Czy ten twój Seisi miał małe łapki, długi, różowy ogon i czarno-białą sierść? - zapytał głos Syriusza spod dużego, wygodnego mebla. Lupin wyprostował się.
- Tak, a co?
- Nic, tylko właśnie kuli się przed moją twarzą i gapi się na mnie wytrzeszczonymi oczkami - stwierdził całkowicie beznamiętnie Syri. Remus podszedł do niego szybkim krokiem, kładąc się obok. Wyciągnął rękę, chwytając szczura.
- Nie uciekaj mi więcej - mruknął, wycofując się spod mebla. Usiadł po turecku, pocierając policzkiem o jego krótkie futerko. James, Syriusz i Peter wymienili spojrzenia, zaniechając jakiegokolwiek komentarza.
- Lepiej się pospieszmy, w tę czy drugą stronę, za godzinę zaczyna się zielarstwo.
Chłopcy w milczeniu zrzucili górne części swych piżam. Remus wydął wargi, patrząc na szkolną koszulę.
- Wiecie, że profesorka się zwolniła?
- Ta Sprout? Czemu?
- Nie wiem. Widać miała jakiś powód... Dumbeldore mówił na uczcie, że zastąpi ją jakiś Matashichi Kuramochi.
- Japończyk? - zdziwił się Peter. Remus skinął głową, szeroko się uśmiechając.
- Kura... kurczątko! - zawołał James, zaczynając się głośno Śmiać. Ugiął nogi w kolanach, to samo robiąc z łokciami. Zaczął szybko machać ramionami, wydając z siebie ciche pogdakiwania.
- Idiota - skwitował prostodusznie złotooki blondynek.
- Witam was na pierwszej w tym roku lekcji zielarstwa! Pierwszej ze mną - zaznaczył profesor. - Jak pewnie wam wiadomo z powitalnej uczty, jestem Matashichi Kuramochi. Pochodzę z Japonii, dokładniej z Tokio. Jakieś pytania? - zapytał, złączając dłonie. Przydługie, czarne włosy związał w niebywale bawiącą Syriusza kitkę. Remus raz po raz podarowywał Blackowi kopniaka pod stołem, samemu jednak nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Wpatrywał się w stosunkowo niskiego nauczyciela z wyrazem uprzejmego zainteresowania na twarzy. - Nie? No, to zaczynamy. Kto wie, co to za rośliny?
Wskazał zamaszystym gestem na rząd rosnących spokojnie roślinek o czerwonawych liściach.
- To są mandragory - powiedział po chwili milczenia Peter. Profesor pokiwał energicznie głową.
- Mandragory! Dokładnie tak, eee...
- Peter.
Kuramochi uniósł brew.
- Peter... Tak. Wiesz, do czego służą?
- To bardzo silny środek pobudzający. Używa się jej do przywracania poprzedniego stanu ludziom, którzy padli ofiarą jakiegoś złego uroku.
Black zmarszczył nos.
- To są te wrzeszczące chwasty?
- To nie są chwasty! - obfukał go Remus, nim zdążył zrobić to profesor. - Nawet nie masz pojęcia, ilu antidotów jest składnikiem!
- Jest również bardzo niebezpieczna - włączył się profesor. Pokręcił głową, zerkając w stronę sterty nauszników leżących na stoliku na kozłach, obok którego stał. - Lepiej mieć szczelnie zatkane uszy, kiedy krzyczą...
- Krzyczą? - parsknął jakiś Puchon. - Roślina ma krzyczeć? To chore!
- Sam jesteś chory, szlamo! - warknął Syriusz. - Skoro tak ciężko ci pojąć, że świat magii aż tak różni się od tego, z którego ty jesteś, to zjeżdżaj do tych swoich brudnych mugolaków!
- No! - krzyknął profesor, przebijając się przez szmer oburzonych odgłosów wydawanych przez klasę. - Bez takiego słownictwa! Jak się nazywasz?
- Black - burknął Syriusz. Nauczyciel uniósł lekko brwi, kręcąc głową.
- Gryffindor, tak? - zapytał jeszcze, wskazując gestem na naszywki szaty Czarnego.
Syriusz skinął głową.
- Minus dziesięć punktów.
Syriusz mnie zabił. Dosłownie i w przenośni! W życiu bym nie pomyślał, że może tak nazwać kogoś z mugolskiej rodziny. Niby ma pochodzenie, jakie ma, ale bez przesady! Ja też jestem czystej krwi i jakoś nikogo tak nie wyzywam. O co mu chodzi? Każdy wie, że Fawcett to debil...
Spojrzałem na stojącego obok mnie kuzynka. Był wyraźnie wkurzony. Ba, też bym się wściekł, gdyby wszyscy tak na mnie zerkali...
Remus też jakiś zirytowany?...
- Co to miało być?! - wrzasnął Remus, kiedy zielarstwo dobiegło końca. Szli energicznym krokiem w stronę zamku, kierując kroki na lekcję histroii magii.
- Nic! - warknął Syriusz, wpychając ręce do kieszeni. Podniósł wzrok znad swoich butów, patrząc na zamek. - Zupełnie nic - dodał już ciszej.
- W szklarni wyglądało to nieco inaczej - zauważył kąśliwie Peter.
- Pet, rozumiem, że możesz być... urażony... Sam jesteś pochodzenia mugolskiego, ale...
- Od kiedy tak zwracasz na to uwagę? - zapytał cicho James. Syriusz zakrył dłońmi uszy, zaciskając powieki i szybko potrząsając głową.
- Nie zwracam! - krzyknął. - Wyrwało mi się, okay?!
- Okay - przytaknął Remus, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Nie złość się już.
Syriusz skierował na blondynka swoje szare tęczówki. Złotooki pokręcił głową.
- Nie chcę się kłócić. Zdenerwowałeś się i tyle. To się zdarza. Ile minut trwa ta przerwa? - dodał, zmieniając temat. James chrząknął wymijająco, zerkając na zegarek.
- Dwadzieścia. Wiecie, już trzecia.
- Już? - zdziwił się Peter. Syriusz skinął głową.
- Zielarstwo trwało dwie godziny.
- Chodźmy do łazienki! - zawołał Remus. - Jak muszkieterzy! Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!
James wyrzucił w powietrze zaciśniętą pięść.
- Kierunek: toaleta!
Chłopcy rzucili się truchtem w dalszą drogę. Niedługo potem znaleźli się w jednej ze szkolnych toalet. Wyszczerzyli do siebie radośnie zęby, otwierając na oścież drzwi od jednej z kabin. Syriusz bezceremonialnie wtargnął do środka, mając na celu wskoczenie na sedes. Biedny nie zauważył podniesionej klapy...
James, Remus i Peter zgięli się ze śmiechu, kiedy noga Czarnego wleciała do muszli, rozchlustując wokół nieco wody. Black poleciał bezwładnie twarzą na spłuczkę, obronnym gestem wyciągając przed siebie ręce. Otwarte dłonie klapnęły o kamienną ścianę.
- Brawo! - krzyknął James. - Order Merlina za idiotyzm!
Remus nagle uspokoił się, dając susa za otwarte drzwi kabiny. Zaczął rytmicznie podrygiwać, wydając z siebie donośnie: "Oooh, ooh!". Po chwili dodał jeszcze wesoły śpiew bardzo inteligentnej piosenki:
Twoje ciało, moje ciało
Każdy rusza swoje ciało
Twoje ciało, moje ciało
Każdy pracuje swoim ciałem
Nie trzeba było czekać chociaż pięciu sekund, aby przyłączył się do niego James, Peter i Syriusz mokrą nogą. Młodzi Huncwoci chwycili się za ręce, podrygując i śpiewając, ukryci za otwartymi drzwiami kabiny.
Nagle za drzwiami zaległa cisza. Zza framugi wychynęły trzy głowy, jedna pod drugą - Syriusza, Remusa, Jamesa i Petera. Łepetyny Gryfonów zniknęły, przy akompaniamencie cichych chichotów. Znów dało się słyszeć:
Twoje ciało, moje ciało
Każdy rusza swoje ciało
Twoje ciało, moje ciało
Każdy pracuje swoim ciałem
Drzwi łazienki ponownie się otworzyły. Wszedł profesor O'Blansky. Remus zamilkł, czułymi zmysłami wychwytując obecność pół wampira. Zamachał szybko ręką, każąc przyjaciołom zamilknąć. Posłusznie przestali śpiewać, a w zasadzie w kółko maglować ten sam fragment tekstu. Patrzyli na siebie wielkimi oczami w złotawych, szarych, orzechowych i niebieskich kolorach. Wyraźnie słyszeli kroki nauczyciela, jego ciche pogwizdywanie, odgłos otwieranych drzwi sąsiedniej kabiny. Stuknęła podnoszona klapa, zgrzytnął rozsuwany rozporek. Chłopcy, tłumiąc dziki śmiech, wybiegli z łazienki najciszej jak mogli. Zatrzasnęli za sobą z hukiem drzwi, dopiero na korytarzu pozwalając sobie na upust swym wielce dobrym nastrojom.
Nadszedł wieczór. Ciemność otuliła szkolne tereny swą miękką, ciężką pierzyną, zanurzając je w nieprzeniknionym mroku. Był nów.
W dormitorium piętnastym wieży Gryffindoru, w części należącej do tak zwanej płci męskiej, panowała względna cisza. Jedynie miarowe skrzypienie sprężyn i donośne sapanie przerywało owe kojące zjawisko. Gdyby ktoś mocno przyciskał ucho do dziurki od klucza, może dosłyszałby cichy szelest przewracanej kartki w książce, a po chwili i chrupnięcie ciastka z czekoladą. Ktoś o wyjątkowo dobrym słuchu wychwyciłby delikatne mruknięcie śpiącego dwunastolatka, przekręcającego się na drugi bok.
Zgrzytnięcie klamki, skrzypienie i seria spokojnych kroków. Ktoś zapewne wyszedł z łazienki. Kolejny zgrzyt, prawdopodobnie otwieranego kufra.
James wepchnął sobie do ust kolejną garść żelek, nie przestając skakać po łóżku. Wyszczerzył się szeroko do Blacka, widząc, że szare tęczówki kuzyna spoczęły na jego twarzy. Syriusz uśmiechnął się lekko do siebie, ponownie kierując wzrok na kolejne wersy czytanej właśnie książki. Automatycznie wyciągnął rękę po następne ciastko.
Peter westchnął ciężko, prostując się. Sięgnął po koszulę od piżamy. Spojrzał mimochodem na Remusa.
Lupin, jak nie trudno się domyślić, spał. Przyłożył luźno zaciśnięte dłonie do nieznacznie rozchylonych ust. Długie, rozpuszczone włosy kontrastowały swą miodową barwą ze szkarłatną poduszką. Ściągnął na chwilę brwi, by niemal natychmiast znów wygładzić czoło. Ponownie cicho mruknął.
- Ciekawe, co mu się śni - parsknął Syriusz. James z jękiem opadł na materac. Sprężyny zakwiliły żałośnie.
- Jak zarwiesz łóżko, to na pewno nie będziesz ze mną spał! - prychnął Peter. James zadarł wysoko brodę.
- I tak bym nie chciał!
- A co, może do mnie byś się przyczołgał? - zapytał Syriusz, zakładając stronę w książce. Odłożył ją na bok. Potter pokręcił rozczochraną głową.
- Ty kopiesz przez sen, a ja nie mam chrapki na siniaczki.
Szlachcic zrobił wielkie oczy.
- Kopię?... Skąd wiesz?
- Tyle razy idąc na nocne siu-siu widziałem, jak przebierasz nogami!
Peter wybuchł śmiechem, a Syriusz przybrał obrażoną minę. Skierował wzrok na siedzącego mu na kolanie szczura.
- Więc z kim będziesz spał? - ponownie podjął przerwany wątek Peter. Jamie zafalował brwiami, podchodząc do śpiącego wilkołaka.
- Z Remuskiem... - mruknął, zniżając głos. Odchylił miękką kołdrę, wsuwając się pod nią. Przylgnął do ciepłego, mogłoby się wydawać że do wręcz gorącego ciała złotookiego blondyna. Przymknął oczy, obejmując go w pasie.
- Rety, jaki on ciepły! Bez jaj, chyba naprawdę będę z nim spał.
Black i Pettigrew zgodnie ryknęli śmiechem. Zamilkli, słysząc cichy jęk Lupina. Przytknęli sobie dłonie do ust, starając się pohamować donośną radość. James podparł się na łokciu, patrząc na blondynka z zaciekawieniem.
- To z mojej winy?
Bosa stopa złotookiego wychynęła niespiesznie spod kołdry, znajdując oparcie na zimnej, kamiennej posadzce. Remus usiadł, powoli szykując swe ciało do przybrania pionowej postawy. Podniósł się, nie otwierając oczu.
Syriusz zerwał się ze swojego miejsca, rzucając szczura Peterowi. Chłopak złapał go w ostatniej chwili.
- Mam go! - zawołał zadowolony.
Black nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, zbliżając się do stojącego Remusa. Tyknął go lekko w ramię. Powieki blondyna nawet nie drgnęły. Potrząsnął nim lekko. Znów zero reakcji, kąciki różanych warg nie zadrżały, choć Lupin na pewno zacząłby się śmiać.
- Panowie... - zaczął pełnym głosem Syriusz, obserwując, jak Remusek kieruje kroki do szafy. - Mamy lunatyka w składzie!
Drzwi dużej, ciemnej szafy z ręcznymi zdobieniami zaskrzypiały cicho. Lupin spokojnymi, flegmatycznymi ruchami wszedł do środka i zamknął za sobą drzwiczki. James zaczął się głośno śmiać.
- Więc nie tylko w pełnie się włóczy!
Śmiech przeszedł przez dormitorium piętnaste niczym grzmot.
- Nie wyciągajmy go stamtąd. Chcę zobaczyć reakcję naszego luniaczka, kiedy się obudzi - zawołał Peter, pakując się do swojego łóżka. Syriusz zmarszczył czoło.
- Luniaczek...
- Nawet fajnie brzmi - powiedział wesoło James. Sięgnął po więcej żelek. Black klasnął w dłonie.
- No, to mamy ksywkę dla Remuska! - zakomenderował, zacierając ręce. Rzucił się na swoje łóżko. - Ciekawe tylko, czy nasze Luniątko się wyśpi.
- Rano go zapytasz - stwierdził James, włażąc pod kołdrę.
- Taa... Dobranoc - mruknął Syriusz.
- Dobranoc - odpowiedzieli jednocześnie James i Peter.
Black zdmuchnął ostatnią świecę.